Zadzwoniłem do Sylwka, a ten roztrzęsiony mówi, że Marysia wróciła w jeszcze gorszym stanie. Właściwie nawet nie wróciła, bo chodzić nie mogła. Przytargał ją do domu Sylwek, prawie nieprzytomną. Nie mógł jej dobudzić, gdy ta mamrotała, żeby dał jej spokój. Poczuł od niej tylko zapach alkoholu.
Trzeba było w miarę szybko coś z tą sprawą zrobić. Jak się wkrótce okazało, winna całej sytuacji była przedszkolanka, która częstowała dzieci pralinami. Nim się zorientowała, że jest w nich alkohol, zdążyła ululać pół grupy starszaków…