No to wtopił Jarosław z tym swoim romansem. Jako głowa rodziny, przykładny mąż i ojciec dwóch nieletnich synów, ukrywał swoje wyskoki bardzo skrupulatnie i dotychczas nieźle mu to wychodziło. Pracował bardzo dużo, wciąż jeździł po kraju i w każdym jego zakątku miał na boku laskę. Jak marynarz prawie, z tą różnicą tylko, że statkiem nie pływał, bo gdy pływał to rzygał. No i wracał po każdej delegacji do własnego domu, w którym czekali na niego synowie i żona. Ona zakochana, zapatrzona w niego jak w święty obrazek, ufała mu bezgranicznie niczego nieświadoma, oni zaś szczęśliwi, bo bardzo lubili, kiedy w domu byli mama oraz tata. I trwałoby to jeszcze całe długie lata, gdyby nie przypadek, jak to zwykle bywa. Gdy wrócił Jarosław z którejś delegacji, po upojnej randce, spędzonej w Lublinie.
Wrócił bardzo późno i z nóg nieco padał, bo poszalał trochę i był ciut zmęczony. Wtoczył się do domu, rozebrał do naga i wśliznął do wyra, by nie budzić żony. Gdy się ocknął rano, to się okazało, że żona jest chora i wstać z łóżka nie może. Więc zrobił jej Jarosław gorącą herbatę, dał śniadanie synom i tego starszego wyprawił do szkoły. Młodszy też nie lubił wstawać wcześnie rano, zasypiał przy stole, na nogach się słaniał, więc tata spakował dla niego plecaczek, wsadził go na plecy i zaniósł do auta, wrzucając uprzednio plecaczek do kombi. Zaspany był dzieciak, zaspany był ojciec, ale jakoś w końcu do przedszkola dotarli.
Obudził małego, wypiął z fotelika, otworzył bagażnik i zabrał plecaczek. Odprowadził do drzwi, no i się pożegnał, zostawiając malca pod opieką Pani. Spieszyło mu się bardzo, bo się zorientował, że w tym zamieszaniu nie zabrał komórki. Wszystko z niewyspania, bo na co dzień nie był przecież roztargniony, panował nad wszystkim i się nie stresował, ukrywając pilnie te swoje romanse. Lecz jednego tylko jakoś nie przewidział. Że padnie na niego, by odstawić dziecko, no i przy okazji pomyli plecaczki. Nim się zorientował, nim ominął korki i wpadł do przedszkola cały zasapany, zauważył żonę, która już z daleka machała pięściami, wykrzykując głośno obraźliwe słowa.
Bo gdy przedszkolanka zabrała małego i chciała mu pomóc przy przebraniu w szatni, to z plecaczka wypadł cały zapas gumek. Gdy zaczęła szperać, to znalazła jeszcze woreczek z extasy, a upuszczając z wrażenia resztę ekwipunku, rozbiła na podłodze butelczynę whisky. I postanowiła zadzwonić do żony, bo zgłupiała nieco i takiej sytuacji w całej swej karierze dotychczas nie miała. Mały pojęcia nie miał, co się wokół dzieje, siedział na ławeczce, machając w powietrzu bosymi stópkami, obserwował kłótnię wielkimi oczami. Jaro był spalony, bo romans się wydał. Lecz gdy żona zapytała, czy z innymi sypiał, to ten z ręką na sercu prawdę jej powiedział, że z żadną nie sypiał, bo za każdym razem, z każdej delegacji, wracał do ich domu, do wspólnej sypialni.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą delegacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą delegacje. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 listopada 2013
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)