Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2014

masakra tasakiem z biedronki i nożami z lidla

Marcelina wracała do domu w radosnym nastroju. Czerwcowy wieczór był cudowny, lekki, ciepły, w powietrzu unosił się zapach kwitnących drzew, rosnących w alei, przy której mieszkała. Unosząc się jakby tuż nad ziemią, frunęła niemal tak lekka jak motyl. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu od czasu, kiedy Michał, jej mąż, dziś już były, zostawił ją dla innej. Młodszej. Szczuplejszej. Wcale nie ładniejszej. I bez klasy. Po prostu zwykłej szmaty. Dzisiejszy dzień odmienił życie Marceliny, a właściwie to dzisiejszy wieczór. Bo dzisiaj wieczorem Marcelina była na pierwszej, od dziesięciu lat, randce. Z Jarkiem, kolegą z księgowości.

Odejście męża Marcelina okupiła silnym załamaniem. Dosłownie z dnia na dzień Michał spakował walizki i wyprowadził się z ich domu, zostawiając ją z trójką małych dzieci. Dzieci…. Dzieci były dla niej całym światem, sensem jej życia, szczególnie w chwili, gdy wydawać by się mogło, że nic już przy życiu jej nie trzyma. Była dumną matką a one były jej ostoją i największą radością. Jedenastoletni Grześ, dziewięcioletni Staś i siedmioletnia Zosia. Jej kochane łobuziaki, roześmiane, rozkrzyczane, takie żywe srebra. Bo wszędzie ich było pełno.

Kiedy Marcelina przekręcała klucz w zamku, zdziwiła się, że w mieszkaniu, mimo dosyć wczesnej pory, panuje cisza, jak makiem zasiał. Uśmiechnęła się pod nosem, bo nie pamiętała już, kiedy jej dzieci były aż tak grzeczne. Zazwyczaj dom był pełen gwaru, przekomarzanek, każde każdemu płatało przeróżne psikusy. Przy każdej okazji. Po sto razy na dzień. Marcelina delikatnie nacisnęła klamkę w drzwiach pokoju chłopców i uchylając lekko drzwi zajrzała do środka. I zamarła…. Jej przeraźliwy krzyk słychać było w całej kamienicy, właściwie to we wszystkich kamienicach wzdłuż całej alei. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Grześ leżał na łóżku w zakrwawionej pościeli, krew sączyła się z jego gardła. Obok leżał równie zakrwawiony tasak, który dzień wcześniej kupiła w Biedronce. Na łóżku po prawej leżał Staś, z jego głowy wystawała ledwie rękojeść jej kuchennego noża. A Zosia, jej najukochańsza, złotowłosa Zosia zwisała głową w dół z piętrowego łóżka, z nożem wbitym w pierś. Gęstniejąca krew ściekała strumieniami, sklejając jej blond loczki. Jej oczka były zamknięte, a twarz wykrzywiona w jakimś grymasie, jakby uśmiechu, ale tego Marcelina już dojrzeć nie zdążyła. W całym pokoju panował dziwny zapach, lecz ona go nie czuła. Prawdopodobnie zapach śmierci. Krzyczała jak w amoku, miotała się po pokoju, zdążyła tylko wybrać numer Jarka, nim pociemniało jej w oczach i zemdlała.

Kiedy się ocknęła, wzdrygnęła się na pierwszą myśl, lecz zobaczyła Zosię pochylającą się nad nią i tulącą się czule. Nie wiedziała, co się dzieje, nie potrafiła zebrać myśli. Jej oczy błądziły i tuż obok zobaczyła Grzesia oraz Stasia. Odetchnęła z ulgą. Ale miała sen. I w tej chwili zobaczyła Jarka, który zbierał do worka na śmieci złamany w pół nóż, butelki po ketchupie i drugi, dość ostry nóż wbity w kuchenną, drewnianą deskę, którą chwilę wcześniej wyciągnął spod piżamki Zosi.

bring it