No więc byliśmy w sobotę na imprezie. Z Fiutkową. Już tak niewiele brakowało, by ładniej się nazywała. Dokładnie dwa dni, bo dokładnie tyle dni przed ślubem wyszło na jaw, że narzeczony przyprawił jej rogi.
A wydało się, jak zwykle, przypadkowo. Fiutek wchodziła akurat do kościoła, żeby zrobić ostatnie ustalenia w sprawie dekoracji i o coś zahaczyła. I nie chodzi wcale o to, że zahaczyła rogami o zwieńczenie bramy. Fiutek była harda i chodziła zawsze z wysoko podniesioną głową, więc wchodząc do kościoła potknęła się o klęczącego tuż przy wejściu przyjaciela swojego narzeczonego, który żarliwie się modlił. Zdziwiła się nieco, bo gość raczej od kościoła stronił. Nie zważając na miejsce i na jego modły, zagadnęła go „niechcący” o ich kawalerskie. Gość się nieco speszył i trochę wykręcał, więc Fiutkowa mocniej przyparła go do muru. Może niepotrzebnie. Świdrowała go przy okazji tymi wielkimi oczami, marszcząc przy tym brwi, aż chłopak nie wytrzymał no i się wygadał. I zanim się zorientował, Fiutkowa siedziała już w swoim maluchu, pędząc do narzeczonego. Co się działo później, można sobie wyobrazić. Wszystkim nam jej szkoda… Bo do dziś nazywa się Fiutek.
Przyjęcie weselne miało być huczne, ale bardziej huczne było jego odwołanie. Huczało w rodzinie, huczało wśród koleżanek oraz wśród sąsiadów. A najbardziej w ZUS-ie, gdzie Fiutek pracowała. Przez kolejny tydzień karmiła koleżanki tym, co jej zostało z wesela, którego nie było i czego goście nie zjedli na wtorkowej stypie. Aaa. Stypa.
Bo kiedy tak pędziła Fiutkowa maluchem, by rozprawić się z narzeczonym, nie wyhamowała tuż pod jego klatką. No i uderzyła w drzwi wejściowe w chwili, gdy ten akurat wychodził, na ostatnią przymiarkę ślubnego garnituru. Przymiarka się nie odbyła, lecz garniak się nadał. Na ostatnią drogę.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
rozkoszna puenta :)
OdpowiedzUsuńKasia ~
to niemożliwe aby było prawdziwe! czyżby była jakaś sprawiedliwość na tym świecie?
OdpowiedzUsuńa jednak :)
UsuńAle żeby tak maluchem.... to prawie jak śmierć w kartonach pewnej blendiny.
OdpowiedzUsuńAle żeby tak maluchem... to prawie jak śmierć w kartonach pewnej blendiny.
OdpowiedzUsuń