Czesiu jako żarliwy katolik, przyjmował kolędę raz w roku i chodził do kościoła w każdej wolnej chwili. Spowiadał się ze swych grzechów każdego miesiąca. Miłował Pana Boga ponad swe marne życie, a Pan Bóg miał Cześka w dupie, dając temu wyraz, płatając mu figla, tworząc go na podobieństwo „zewsionego” głupka. Pamiętam ten dzień, kiedy poznałem Czesia i w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jest lekko pie**olnięty. Szybko jednak okazało się, że nie znam się na ludziach i źle pomyślałem. Bo Czesiu był popie**dolony i to całkiem zdrowo. Właściwie tak poku*wionego człowieka nie spotkałem nigdy.
Czesiek był brzydki jak noc listopadowa, właściwie biorąc pod uwagę ostatni listopad, to w całym miesiącu nie było tak brzydkiej nocy. Wyglądał trochę jak połączenie świnki morskiej z fraglesem. Czyli był świnkinsem. No i śmiał się wstecznie. Ze świnkinsem od początku jakoś się nie układało. Miał się za lepszego, lepiej wykształconego, no i w tym naszym korpo pracował sześć miesięcy dłużej, więc miał się za boga i chciał mną dyrygować, co powodowało opór oraz tarcia. Czesiu był skarżypytą. Z każdą drobną sprawą zaraz biegł do szefa. Bo czuł się niepewnie, no i był wieśniakiem.
Właściwie to był nawet taki okres, kiedy wydawało mi się, że z Czesławem można się dogadać. Lecz kiedy zaczęły dochodzić mnie słuchy, że Czesiu opowiada wszystkim dookoła to, co powiedziałem mu kiedyś w zaufaniu, w momencie słabości, to krew mnie zalała. Czesiu lubił zajmować się sprawami innych, bo sam nie miał życia. Nie miał też kolegów, ani z podstawówki, ani szkoły średniej. Na studiach też z nim nikt zadawać się nie chciał, choćby za pieniądze. Sfrustrowany Czesiek mieszkał z rodzicami (zresztą na początku mama odbierała nawet Cześka z pracy) do trzydziestego trzeciego roku życia, spędzając czas z nimi i swoimi psami. Psy to jedyne istoty, które kochały Cześka bezwarunkowo. Do czasu.
Bo gruchnęła wiadomość, że Czesiek się żeni. Narzeczona Cześka była po trzydziestce i jak większość panien z dobrych domów ze wsi, zaczęła na siłę szukać sobie męża. Więc padło na Cześka, bo jak nie ma co się lubi… Narzeczeństwo trwało krótko, ledwie sześć miesięcy i po skromnym przyjęciu Czesiek został mężem. Dzień ten był dla Cześka też szczególnie ważny, bo w noc po weselu stracił swój wianuszek, co się objawiało radosnymi gwizdami jeszcze dwa tygodnie.
Czesiek przez całe lata karmił mnie wspomnieniami z wojska, opowiadał z pasją o czołgach i pancernych wozach. Wspomnienia z tego czasu były w Cześku żywe, bo sam nigdy nie był choćby na koloniach. Zresztą historyjek Cześka było całkiem sporo i wiele zmyślonych. Jedna nawet taka wzięta prosto z porno, którą zaczął opowiadać, gdy się okazało, że mimo zaawansowanego wieku wciąż był „nierusany”. Czesiek w swym marnym życiu widział tylko cztery cycki, wliczając w to cycki matki, gdy ta karmiła go piersią, tuż po urodzeniu.
Łonaczący po hanysku Czesiek, przebrany za kloszarda, krytykował mnie za wszystko. Za sposób mojej pracy, za brak wykształcenia i styl ubierania. Skarżąc na mnie, kopiąc pode mną dołki, doprowadził do tego, że straciłem wiarę w swoje własne siły. Na szczęście na chwilę. A po co o tym piszę? Bo każdy ma w pracy takiego swojego Cześka, dla którego jedynym sposobem, by zaistnieć, jest pogrążanie innych i każdy ten krzyż niestety nosić musi czym strasznie sobie szkodzi. Każdemu szefowi w korpo też taki mierny Czesiek zawsze się przydaje. A Czesiek, jak to Czesiek, mimo, że jest ku*wą, to jest też katolikiem. I pójście do spowiedzi załatwia dla niego sprawę.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawiczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawiczek. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 stycznia 2014
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)