Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korpo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korpo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

jestem gejem

- jestem gejem i jestem Żydem – powiedział Malik, gdy w ostatni piątek miesiąca, chwilę przed szesnastą, do jego boksu podeszła szefowa i Regina z HR-ów, trzymająca w ręce jakieś formularze – i w dodatku jestem czarny – dorzucił po chwili.

Mirella z Reginą zgłupiały, spojrzały na siebie, po czym ta druga zbliżyła swoją twarz do twarzy Malika i mrużąc oczy oraz nos zaczęła przyglądać mu się badawczo. Z bliska jej twarz była jeszcze większa, nos bardziej spiczasty, a oczy ściągnięte w wąskie kreski, przez szkła okularów wyglądały jeszcze groźniej. Ściągnęła je z nosa, znów je założyła, ściągnęła raz jeszcze, chuchnęła, wytarła, założyła znowu i tak się patrzyła jakieś dziesięć minut, przekrzywiając głowę raz w prawo, raz w lewo.

Regina miała dwadzieścia pięć dioptrii. W sumie. Ale to wystarczająco dużo, żeby całkiem zgłupieć. Widziała Malika po raz pierwszy w życiu, do dziś był dla niej jedynie symbolem pracowniczym R sześćdziesiąt trzy trzy pięć dwa coś tam.
- przestań się wygłupiać, to poważna sprawa – syknęła Mirella.
- właśnie. Głupie żarty – dodała Regina.
Choć widziała Malika pierwszy raz na oczy, miała już formułkę, z jaką go pożegna, prosząc przy okazji, by w trzydzieści minut spakował swe graty. Działała w tej branży ze dwadzieścia latek, procedując zawsze utartym schematem. A tu taka niespodzianka. Jakiś k… peszek, w piątek przed weekendem.

Kiedy po szesnastej wszyscy wychodzili, klepali go w plecy, gratulując odwagi i poczucia humoru. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziano Reginy z taką głupią miną. Wszyscy się uśmiechali, wracając do domu w radosnych nastrojach. Malik nie rozumiał, co myśleli inni, mówiąc o odwadze i poczuciu humoru. Zresztą był przyzwyczajony. Za każdym razem, kiedy tylko mówił, że jest czarny, wszyscy dookoła pukali się w głowę. Tłumaczył sobie, że jako czarny nie może liczyć na współczucie, ani zrozumienie w kraju białych ludzi. Prawda była taka, że czarna była matka i czarny był ojciec, a Malik był biały. I w dodatku rudy. Był adoptowany. Państwo Zuanzi trzymali to jednak w wielkiej tajemnicy. To znaczy my, ja, Gołąb, Isiu, Miriam i Mireczek wiedzieliśmy od dawna, ale państwo Zuanzi raz nas poprosili, żebyśmy przed Rysiem się nie wygadali. Przez tyle lat przyjaźni trzymaliśmy to wszystko w wielkiej tajemnicy. Ale dzisiaj nadszedł dzień, w którym wyjaśnić trzeba było wszystkie wątpliwości.

część II tu <click>

poniedziałek, 17 lutego 2014

bo ja tu, panie, zapie*dalam

Ja zawsze marzyłem o tym, żeby móc pracować gdzieś w okresie wypowiedzenia. Nie dane mi jednak było, bo za każdym razem, gdy odchodziłem z firmy i składałem papier, to zwalniali mnie od razu ze świadczenia pracy. Inaczej niż w tym korpo. Tu oni mnie zwolnili, ale trzymają do końca. Czyli do końca lutego. Od sześciu długich lat siedzę w tym burdelu i o takim przypadku jeszcze nie słyszałem. Inni w sumie też. Zazwyczaj w piątki, najczęściej ostatnie, wpadały te smutne laski lub kolesie z HR-ów, papiery fruwały, łzy lały się strumieniami i w ciągu trzydziestu minut niektórych już nie było. Takie były metody. A ze mną było inaczej. Więc miałem wyjebane.

I gdy mnie kiedyś, ktoś w końcu zapytał:
- Ty. A co ty właściwie robisz w tej pracy na wypowiedzeniu?
To ja zgodnie z prawdą mu odpowiadałem:
- no jak to? Zapie*dalam.

To najlepsze trzy miesiące, które przeżyłem w tej firmie. A właściwie dwa i pół. Zabawiłbym z chęcią dłużej, ale wzywają mnie całkiem nowe obowiązki. I nowe wyzwania.

wtorek, 28 stycznia 2014

słodka zemsta

część I tu <click>

Przymusowa przeprowadzka Dynamicznego Damiana do biurka przy akwarium Gandzi była całkiem niezłym pomysłem. Gandzia to był kawał gnoja i nikt go nie lubił. Cholerny cwaniak i kłamca, typowy korpoterrorysta, obserwował nas codziennie zza tych szyb znad „Rzeczpospolitej”. Ale od kiedy podrzuciliśmy mu Dynamicznego, co tylko podniósł wzrok, spoglądał na niego, opadały mu powieki i stawał się senny. I o to nam chodziło. Skoro już nie mogliśmy się go pozbyć….

A próbowaliśmy. Wymyślaliśmy różne sposoby i do jednego z nich chcieliśmy namówić Edith. Ten akurat był najlepszy i najprostszy. Wymyśliliśmy, że Edith, jako asystentka, pod jego nieobecność zasłoni mu w akwarium żaluzje, a kiedy tylko Gandzia zjawi się po lunchu w biurze, potargamy Edith bluzkę oraz stanik i wepchniemy za drzwi. I będziemy filmowali, jak wybiega z krzykiem. Nie wiem, co z tym pomysłem było nie tak, ale Edith za żadne skarby nie chciała się zgodzić. Mimo, że obiecaliśmy zwrócić jej kasę za stanik i za bluzkę. Zresztą zrzucić chcieli się wszyscy i obojętnie, jaką drogą by kupiła, wychodziłoby najwyżej pięć zeta od łeba.

Niestety ten pomysł, jak i wiele innych spalił na panewce. Ale okazja, żeby dopiec Gandzi nadarzyła się wkrótce sama. A wszystko w dniu, gdy z Ifałkiem wybraliśmy się na zakupy. Zobaczyliśmy go w oddali z żoną oraz z córką. I kiedy Ci się rozdzielili, poszliśmy powoli za nią do Sephory. Żeby jakoś nie wtopić, wymyśliliśmy sobie pseudonimy operacyjne. Ja chciałem być Sebą a Dawid Krystianem.

Plan był taki. Wszedłem do Sephory i spacerowałem tuż przy żonie Gandzi. Za chwilę wpadł Ifałek i woła od progu:
- Sebaaa, wiesz, kogo widziałem?
Ja stałem koło niej dyskretnie się przyglądając.
- Sebaaaaaaa – darł się od wejścia Ifałek.
- eeeeeee, Sebaaaaaaaaaaa – krzyknął głośniej.
- Rafiku! – ryknął – ku*wa – dodał ciszej.
Żona Gandzi spojrzała dyskretnie. I wtedy dopiero skojarzyłem, że ja jestem Sebą.
- co tam Ifa… eee, no Krystian?
- ty wiesz kogo widziałem?
- no. To znaczy nie. No kogo? Gadaj?
- Gandzię.
- był z tą lafiryndą z księgowości, co mu laskę robi?
- nie. Był sam, choć wydawało mi się, że tę drugą, z zamówień, tuż obok widziałem.
- ehhh, nieważne. To nie nasza sprawa Krystian. On już wszystkie stukał. Nawet tę sprzątaczkę.
I w tym momencie osłupiała żona Gandzi upuściła na podłogę luksusową wodę. My udając, że nic nie widzimy, wyszliśmy powolnym krokiem z tej Sephory.

Gandzia następnego dnia nie przyszedł do pracy. Nie przychodził zresztą cały długi tydzień. Ale gdy po tygodniu wrócił, zrobiło się niewesoło…


środa, 15 stycznia 2014

Bóg, brak honoru, Czesiu i ku*wa

Czesiu jako żarliwy katolik, przyjmował kolędę raz w roku i chodził do kościoła w każdej wolnej chwili. Spowiadał się ze swych grzechów każdego miesiąca. Miłował Pana Boga ponad swe marne życie, a Pan Bóg miał Cześka w dupie, dając temu wyraz, płatając mu figla, tworząc go na podobieństwo „zewsionego” głupka. Pamiętam ten dzień, kiedy poznałem Czesia i w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jest lekko pie**olnięty. Szybko jednak okazało się, że nie znam się na ludziach i źle pomyślałem. Bo Czesiu był popie**dolony i to całkiem zdrowo. Właściwie tak poku*wionego człowieka nie spotkałem nigdy.

Czesiek był brzydki jak noc listopadowa, właściwie biorąc pod uwagę ostatni listopad, to w całym miesiącu nie było tak brzydkiej nocy. Wyglądał trochę jak połączenie świnki morskiej z fraglesem. Czyli był świnkinsem. No i śmiał się wstecznie. Ze świnkinsem od początku jakoś się nie układało. Miał się za lepszego, lepiej wykształconego, no i w tym naszym korpo pracował sześć miesięcy dłużej, więc miał się za boga i chciał mną dyrygować, co powodowało opór oraz tarcia. Czesiu był skarżypytą. Z każdą drobną sprawą zaraz biegł do szefa. Bo czuł się niepewnie, no i był wieśniakiem.

Właściwie to był nawet taki okres, kiedy wydawało mi się, że z Czesławem można się dogadać. Lecz kiedy zaczęły dochodzić mnie słuchy, że Czesiu opowiada wszystkim dookoła to, co powiedziałem mu kiedyś w zaufaniu, w momencie słabości, to krew mnie zalała. Czesiu lubił zajmować się sprawami innych, bo sam nie miał życia. Nie miał też kolegów, ani z podstawówki, ani szkoły średniej. Na studiach też z nim nikt zadawać się nie chciał, choćby za pieniądze. Sfrustrowany Czesiek mieszkał z rodzicami (zresztą na początku mama odbierała nawet Cześka z pracy) do trzydziestego trzeciego roku życia, spędzając czas z nimi i swoimi psami. Psy to jedyne istoty, które kochały Cześka bezwarunkowo. Do czasu.

Bo gruchnęła wiadomość, że Czesiek się żeni. Narzeczona Cześka była po trzydziestce i jak większość panien z dobrych domów ze wsi, zaczęła na siłę szukać sobie męża. Więc padło na Cześka, bo jak nie ma co się lubi… Narzeczeństwo trwało krótko, ledwie sześć miesięcy i po skromnym przyjęciu Czesiek został mężem. Dzień ten był dla Cześka też szczególnie ważny, bo w noc po weselu stracił swój wianuszek, co się objawiało radosnymi gwizdami jeszcze dwa tygodnie.

Czesiek przez całe lata karmił mnie wspomnieniami z wojska, opowiadał z pasją o czołgach i pancernych wozach. Wspomnienia z tego czasu były w Cześku żywe, bo sam nigdy nie był choćby na koloniach. Zresztą historyjek Cześka było całkiem sporo i wiele zmyślonych. Jedna nawet taka wzięta prosto z porno, którą zaczął opowiadać, gdy się okazało, że mimo zaawansowanego wieku wciąż był „nierusany”. Czesiek w swym marnym życiu widział tylko cztery cycki, wliczając w to cycki matki, gdy ta karmiła go piersią, tuż po urodzeniu.

Łonaczący po hanysku Czesiek, przebrany za kloszarda, krytykował mnie za wszystko. Za sposób mojej pracy, za brak wykształcenia i styl ubierania. Skarżąc na mnie, kopiąc pode mną dołki, doprowadził do tego, że straciłem wiarę w swoje własne siły. Na szczęście na chwilę. A po co o tym piszę? Bo każdy ma w pracy takiego swojego Cześka, dla którego jedynym sposobem, by zaistnieć, jest pogrążanie innych i każdy ten krzyż niestety nosić musi czym strasznie sobie szkodzi. Każdemu szefowi w korpo też taki mierny Czesiek zawsze się przydaje. A Czesiek, jak to Czesiek, mimo, że jest ku*wą, to jest też katolikiem. I pójście do spowiedzi załatwia dla niego sprawę.

niedziela, 15 grudnia 2013

chu*owy bohater i kanapka z pleśnią

To niewiarygodne, żeby u zbiegu trzech okropnych ulic, przy tak brzydkim rondzie, noszącym tak chu*owe imię, niby ogromnego bohatera, dla którego niby wielkiego bohaterstwa tak małe rondo wydaje się być kpiną, choć nawet jak na kpinę, to wciąż jest zbyt małe, była sobie stacja benzynowa z niezwykle uprzejmą obsługą, jak nie z tego kraju. Nikt tak, jak moje ukochane panie ze stacji Orlenu nie poprawia mi nastroju. Dlatego jeżdżę tam raz na jakiś czas po browce lub za każdym razem, gdy mi braknie fajek, zamiast zejść do sklepu u siebie, na dole. Ale zawziąłem się i ogłosiłem bojkot. I nic już tam nie kupię, choćbym z głodu zdychał. Zresztą nie kupię też kanapek, na innej chu*owej stacji, której nazwy z grzeczności nie wymienię. No i może trochę z obawy przed sądem.

Bo nikt mi nigdy więcej nie będzie wciskał kitu o nowych procedurach i że weszła taka, która nakazuje podawać klientom kanapki na ciepło, bo prawdopodobnie są dużo smaczniejsze. Bo ja do ku*wy nędzy najlepiej chyba wiem, co najbardziej mi smakuje. A jeśli lubiłbym ser pleśniowy na ciepło, to lubiłbym też ciepłą, psią kupę, z pierwszego lepszego trawnika, w pierwszym lepszym parku. A nie lubię. Uwielbiam za to chrupiące kanapki, ale z chłodnym serem i surowymi warzywami. Ale oni wiedzą lepiej. A przynajmniej tak im się wydaje. Więc mają na to procedurę. A ja mam to w dupie. Więc zrobiłem jatkę, choć na codzień jestem oazą spokoju. Pie*dolonym kwiatem lotosu na tafli je*anego jeziora. Przynajmniej do chwili, aż ktoś nie wyskoczy z jakąś procedurą.

Jak te idiotki z marketu, ze stoiska z rybami, które jest po sąsiedzku, tuż obok piekarni. Czekałem chyba z dziesięć minut, aż ktoś się pojawi i poda mi ciastka. I gdy miałem dość, poszedłem na ryby i poprosiłem taką, z pyska nieco tępą, żeby zadzwoniła do POK-u i zwyczajnie poprosiła kogoś do obsługi. A ta mi na to odpowiada, że nie zna procedury. No krew mnie chciała zalać i przyrzekłem sobie, że jak jeszcze raz usłyszę o procedurze, to ją zwinę w rulon i wcisnę do gardła albo prosto w dupę, narażając przy tym kogoś na cierpienia.

wtorek, 22 października 2013

Betty eSz

Betty eSz była idiotką. Nieeee. Betty eSz jest idiotką, bo ciągle jeszcze żyje, mimo, że różni, wredni ludzie dookoła życzą jej jak najgorzej. Średnio wysoka, w miarę szczupła, farbowana blondina jest najlepszym dowodem na to, że idiotką się jest, niezależnie od koloru włosów. Ktokolwiek ją poznał, ten wie.

Betty eSz pracuje w pewnym korpo. W jednym i tym samym od lat, niestrudzenie, na menadżerskim stanowisku średniego szczebla. I podczas, gdy dookoła wszyscy inni menadżerowie już się pozmieniali (niektórzy nawet dwukrotnie), Betty eSz, jak była, tak jest, przynosząc chwałę swojej firmie. Z piętnaście lat już będzie, albo nawet więcej.

Głupota Betty eSz objawiała się na wiele sposobów, począwszy od słowa „faktÓra”, które powtórzyła kilkakrotnie w jednym mailu, gdy ktoś złośliwie wyłączył jej słownik w komputerze, a kończąc na różnych, publicznych wystąpieniach, gdy Betty eSz pragnęła z ochotą podzielić się swoim geniuszem z widownią. A wychodziło różnie, najczęściej idiotycznie, z czego nic nie robiła sobie Betty eSz. Bo inni to się śmiali, do rozpuku. Wtedy również, gdy na pewnym spotkaniu udzielała lekcji z podstaw ekonomii, kiedy kilka dni wcześniej gruchnęła wieść, że Regio Betty zrobiła dla firmy zajebistego deala na zerowej marży.

Betty stanęła na środku, przy białej tablicy i narysowała duże „X”. – To są nasze obroty – powiedziała. Za chwilę narysowała duże „Y” – to są nasze koszty – tłumaczyła dalej. Jeżeli od X odejmiemy Y, to wyjdzie nam Z, który jest naszym zyskiem, i musi być większy od zera, żeby nasza organizacja mogła sprawnie funkcjonować. Wprost genialne i w swym geniuszu proste. Eureka! Dodałbym jedynie, że działając na zerowej marży niesprawnie funkcjonować raczej by nie mogła.– Ależ Beatko. Przecież nikt z nas, jak tu siedzimy (tu zacząłem wodzić dłonią po audytorium), z koleżanek i kolegów nie jest idiotą, by sprzedawać coś na zerowej marży – podsumowałem. I sala gruchnęła gromkim śmiechem. Bo powaga sytuacji i napięcie, jakie zbudowała Betty, wzięły szybko w łeb i nikt jej już nie słuchał, wymuszając zrobienie ludziom przerwy.

Betty eSz aspirowała. Do wyższego stołka i do wyższych sfer. A jakże. W końcu byle kim nie była. Była kimś. Idiotką. I bycie tą idiotką pieczołowicie pielęgnowała. Starała się wysławiać ładnie, budując pełne zdania i akcentując końcówki. Yhm, yhm, rozumiĘ – to często powtarzała. Ja chcEM – umiała też wyrażać jasno swe żądania. Znała się na konkurencji, bo ta w jej opinii „dubbingowała” ceny, choć w opinii innych zdubbingować można było Kermita lub Piggy. Lubiła też adoptować nieswoje pomysły, „adoptowała” też do potrzeb swoje nowe biuro. Dla Betty eSz, która nie widziała różnicy między mobbingiem a mopingiem, różnica między adopcją a adaptacją były już zupełnie bez znaczenia.

Styl ubierania się Betty był pretensjonalny. Ze swą dobrą pensją pozwolić sobie mogła na bardzo drogie ciuchy. Choć i tak w nich wyglądała, jak tania lafirynda. Lubiła sukienki i małe torebeczki i pewnego razu przyszła tak do pracy, nie mieszcząc się w drzwiach ze swym kapeluszem. – Co Betty? Byłaś na koktajlu[1]? – zapytałem. A ona mi na to: - Nie, ale też mam smaka na małego shake'a.

[1] rodzaj przyjęcia

niedziela, 20 października 2013

korpo pogrzeb

Byłem w piątek na pogrzebie…. Własnym.

Zapisałem się w korpo do zespołu projektowego, tego, który miał wymyśleć, jak poprawić jakość obsługi, zwiększyć poziom satysfakcji klientów i takie tam inne rzeczy. Pojechałem więc do Warsaw na spotkanie robocze, które o dziwo było konkretne i ok. Do czasu. Przynajmniej dla mnie. Od rana, jadąc w strugach deszczu, miałem jakieś dziwne uczucie niepokoju. I się nie myliłem. Ku*wa.

Zaczęło się niewinnie, było całkiem miło. Nauczony jednak doświadczeniem, by zbyt się nie cieszyć i nie chwalić dnia przed zachodem słońca, wyczekiwałem momentu by się w końcu zwinąć. A mówiąc wprost, normalnie wypier*olić. Ale nie zdążyłem. Bo mnie zaprosili, na miłą rozmowę, na której się dowiedziałem, jaki jestem fajny. Pewnie niejeden na moim miejscu bardzo by się cieszył, bo tak wielu komplementów pod swoim adresem nie usłyszałem już od bardzo dawna. Ba! Nigdy jeszcze nie usłyszałem na swój temat tylu komplementów i to w tak krótkim czasie. Dotarło do mnie wtedy, jaki jestem zajebisty i sam się nie doceniałem. Zresztą takie miłe rzeczy mówi się zazwyczaj na pogrzebach, nad trumną lub urną. Ja miałem okazję posłuchać tej przemowy jeszcze za mojego życia. Choć uczucia miałem bardzo pomieszane. Jak się okazało, obawy miałem słuszne, bo po tych peanach dostałem propozycję, mianowicie „awans”. No co za ku*wa szczęście.

W każdej innej firmie, w innej sytuacji, skakałbym pod sufit i sikał ze szczęścia. Lecz tu zamiast skakać, tylko się posikałem, bo chcą mnie posadzić na gorącym krześle. Chętnie bym odstąpił ten „awans” kolegom, bo ja jestem skromny i ostatnio miewam niską samoocenę. W każdym razie myślę, że w tej naszej grupie, w tym malutkim dziale, są inne osoby, które na ten „awans” bardziej zasługują. Ale nie mam wyjścia, mam za to niewiele czasu, żeby się zastanowić i podjąć decyzję.

W każdym razie może się okazać, że będę tym z kilku nielicznych przypadków, który dostał awans w korpo, starając się w pracy, nie całując przy tym wszystkich wkoło w dupę.

piątek, 6 września 2013

korpo gazetki

Postanowiłem zapisać się do zespołu redakcyjnego korpo gazetki. Właściwie namówiła mnie do tego Baśka, mówiąc, że mam dar. Nasza firmowa gazetka to taka trochę „Trybuna Ludu”, ale na początek całkiem spoko. Niestety nie płacą dodatkowo za pisanie, ale kicham na to, bo zamierzam prowadzić najbardziej poczytnego bloga.

Poszedłem więc do koleżanki naczelnej. W korpo wszyscy to koleżanki i koledzy. Wszyscy mówią sobie cześć i po imieniu. Takie panują tu zasady. Są wprawdzie zadzierające nosa wyjątki, jak jedna taka dyrektor, odpowiadająca na moje cześć, chłodnym dzień dobry. Pfff. Jako, że może mi nagwizdać, dałem jej jeszcze dwie szanse. No i za trzecim razem, na moje cześć, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, uśmiechnęła się trochę krzywo i odpowiedziała: cześć. A już miałem ją zacząć ignorować. Ale nie o niej miało być.

Tak więc poszedłem do naczelnej i powiedziałem, że chcę się zapisać. Zapytała, czy czytuję. Co miałem powiedzieć? Że nie? Że raz czytałem? Więc nakłamałem, że tak, że fajna i ogólnie super, ale przyda się im trochę świeżego spojrzenia.

Artykuły do naszej gazetki mogą mieć różne formy. Poradnikowe, np. jak dobrze zorganizować sobie miejsce pracy, jak radzić sobie ze stresem podczas wystąpień, ale też mogą być informacjami o nowym oddziale, o działalności dobroczynnej. Inną formą są wywiady z ciekawymi osobami.

Tadam. I tu od razu pomyślałem o sobie. Ale, że niezręcznie byłoby pisać o sobie samym, chociaż jestem niezwykle interesujący, to do redakcji postanowiłem wkręcić też Baśkę. Baśka to moja koleżanka taka trochę lepsza. Wiem, jak ma na imię ona, jej mąż, wiem, ile ma dzieci i jakie ma hobby. Chodzimy razem na kawę czasami. Do firmowej kuchni na trzecim piętrze. A w korpo to już dużo.

Baśka jednak zaczęła się buntować, bo kiedy powiedziałem w wywiadzie, który miał być o mojej pracy, że w moim dziale mam w cholerę obowiązków, ale najmniej mi pewnie płacą, że niektórzy to nieudolne lenie, że zawsze mnożą problemy, to powiedziała, że się pod tym nie podpisze i z redakcji się wypisała. Ja właściwie też.

Wolę prowadzić swojego bloga, w którym mogę pisać co chcę, o czym chcę i przynajmniej prawdę. O kolegach z dzieciństwa, o ludziach z sąsiedztwa i o samym sobie. No i najważniejsze, że mogę pisać o tym, że niektórzy to nieudolni lenie i że zawsze mnożą problemy.

czwartek, 22 sierpnia 2013

praca w korpo

Praca w korpo może być fajna. Korpo dają wiele możliwości. Lepsze pensje, służbowe samochody, karnety na siłownię i podobno możliwości awansu i co najważniejsze, rozwoju. Korpo zazwyczaj mają wypasione siedziby w stolicy. A jeśli nie w stolicy, to przynajmniej w innym fajnym i dużym mieście. Korpo mają też swoje oddziały rozsiane w mniejszych lub większych pipidówach. Główna siedziba to dowództwo generalne, reszta to zaś front. Wschodni, czy zachodni... w każdym razie rzeźnia. To tam odwala się czarną robotę. Doradza, sprzedaje, produkuje, wydzierając rynek konkurentom, walcząc o procenty udziału, świecące później na zielono w tabelkach dyrektorów. Dlatego praca w korpo może być fajna, o ile jest się wyższej rangi oficerem. Generałem.

Generałem, znaczy Dyrektorem trzeba się urodzić. Dyrektorzy są najczęściej potomkami ojców Dyrektorów, Dyrektorami z urodzenia a nie doświadczenia. Bo w korpo dyrem handlowym nie zostaje ten, który przez całe lata najwięcej sprzedawał, ale ten, który najwięcej o tym książek przeczytał. I to amerykańskich, na em-bi-eju. Taki dyro zazwyczaj sypie mądrościami i dobrymi radami jak z rękawa, cytuje amerykańskie teorie, nijak nie pasujące do polskich realiów. Zresztą co tam dyra obchodzą polskie realia. Dla dyrektora to taki czeski film. A w międzynarodowej korpo to nawet ćeske divadlò.

Divadlò może być dramatyczne. Szczególnie w korpo produkcyjnym, w czasach kryzysu. Kryzys objawia się świecącymi na czerwono tabelkami w excellu dyra. W pierwszym odruchu dyro wzywa na pomoc IT, kiedy IT nie pomoże, na pomoc wzywane jest korpo doradcze. Korpo doradcze wnikliwie analizuje sytuacje korpo produkcyjnego i uderza w pipidówy, strzelając do swoich, jak do kaczek. W myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście, w pierwszej kolejności do odstrzału idą Ci, którzy zawsze mieli jakiś pomysł i coś do powiedzenia. Bo w korpo nie płacą za sypanie pomysłami jak z rękawa, za myślenie też nie. A już "manie" swojego zdania w korpo jest gorsze niż dezercja. Korpo to jest wojsko, ma być posłuszne... A że przy okazji głupie? Phi...

Spośród tych głupich łowi się prawdziwe perły i awansuje na kierowników. W korpo generalnie panuje zasada, że im głupszy żołnierz, tym większe ma szanse na awans. Głupi do końca życia będzie w dowód wdzięczności całował dyra w dupę. A mądry mógłby co najwyżej pokąsać. A nie o to chodzi, by dać się podgryzać, tylko żeby tabelki znów zaświeciły na zielono. Malowanie tabelek przypomina trochę malowanie trawy przed pochodem z okazji 1-go Maja. Zamiast pochodu jest zazwyczaj konferencja, gdzie w blasku lampy rzutnika dyro prezentuje wyniki. Wyniki mają to do siebie, że nic z nich nie wynika. A już na pewno nie dla kogoś, kto spojrzałby na to z perspektywy małego producenta chociażby eeee... zniczy. Bo w korpo wszystko jest inaczej.

W korpo liczą się procenty, dokładniej zaś, w procentach marża. Wprawdzie nie widziano w kantynie korpo nikogo, kto by się procentami nażarł, ale z jakichś powodów, z perspektywy tamtego koryta, wygląda to inaczej.. dlatego w korpo lepiej jest zarobić 5 milionów na 30% niż 30 na pięciu... A jeśli ktoś ma inne zdanie, to przyjeżdża po niego czarna wołga i już wiadomo, że ów ktoś postanowił kontynuować karierę. Tyle, że gdzie indziej :-)

Kiedy teoria o 5-ciu na 30-tu jednak się nie sprawdza, w korpo zaczynają zwalniać. A właściwie kończą. Zamyka się pipidówy, bo założenia generałów na pewno były dobre, tylko wojsko ch..owe. I znów zatrudnia się korpo doradcze, które po latach analiz wśród generalicji przeprowadza badanie satysfakcji i wychodzi, że wszyscy są zadowoleni. A jeśli nie, to tylko im się tak wydaje. I nieważne, że korpo produkcyjne nie ma już żadnej fabryki, bo gdy w końcu ktoś się pokapuje, to większość generałów zdąży pójść na emeryturę.

Dlatego właśnie praca w korpo może być fajna. Do czasu. No chyba, że jest się generałem.

















bring it