Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziolo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziolo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 października 2013

zasrana marihuana

część I tutaj... click

część II tu... click

A mianowicie trawa. Trawa, trawa, trawa. Wszędzie mnóstwo trawy. Siostry postanowiły założyć plantację konopi. Nie na wielką skalę, lecz na taką małą, by dorobić do zasiłku i tego, co ze złomu. By nie mieć daleko, uprawiały ją przy lesie, koło swojej kamienicy, na lewo od bagna, tuż koło wysypiska śmieci. Narobiły się przy tym, jak jasna cholera, po raz pierwszy w życiu. No i kiedy zaczęły widzieć już pierwsze efekty, dzieci od sąsiadów podpaliły lasek. Cholerne, małe gnoje.

Paliło się jak cholera, jak stodoła z sianem, albo jeszcze gorzej. Pojawiła się policja oraz straż pożarna. Gęsty, gryzący dym wdzierał się dosłownie wszędzie, również w każdy zakamarek walącej się kamienicy. I zrobiło się wesoło. Przynajmniej na początku. Wielka łuna ognia ściągnęła na miejsce spore zbiegowisko. No i się zaczęło. Od niedźwiedzia, gdy wyjechał z lasu na różowym rowerze. Grizelda przecierała oczy ze zdumienia. Kiedy niedźwiedź podszedł do niej bliżej, to zauważyła, że to całkiem fajny facet. Dokładnie taki, o jakim marzyła, trochę Brada Pitta, a trochę Wałęsy. Wielki, umięśniony z bardzo niskim głosem. Połechtał ją po twarzy swoimi wąsami, zabrał ją na ramę i wywiózł do lasu, z którego chwilę później zaczęły dochodzić tylko głośne jęki.

Gracjela za to patrzyła z podziwem na dzieci od sąsiadów, które wspinały się na drzewa, odbijały od najwyższych gałęzi i latały w powietrzu, dzwoniąc złotymi dzwoneczkami, zataczając cudne kółka nad polaną, niczym mewy nad wysypiskiem śmieci. Też tak zawsze chciała. Zamachała rękami i uniosła się nad ziemią. Widziała gdzieś tam w dole całą ekipę strażaków, porozbieranych do naga, którzy tańczyli w rytm afrykańskiej muzyki, wykrzykując jej imię. Gracjela-ela-ela-ho, Gracjela-ela-ela-ho  – dochodziło do niej z dołu. Słyszała też tam-tamy. To małe zajączki, w niby pióropuszach z liści kasztanowca wybijały ten rytm. Jakie one były cudne. Pomachała do nich z góry, a z jej rąk posypał się złoty pyłek, który zamienił pogorzelisko w piękną, kwietną łąkę. Cudowne, kolorowe i ogromne kwiaty, wystrzeliwały w górę, a na jednym takim siedział śliczny książę, z całkiem dużym ch…. Ach, jakie to było cudowne.

I kiedy tak latała sobie Gracjela z dziećmi od sąsiadów, ujrzała na horyzoncie dwa pterodaktyle. Ujrzeli je też policjanci i zaczęli strzelać, schowani za radiowozem. Dzieci z piskiem zaczęły uciekać, spojrzały na Gracjelę, na jej długie blond włosy i ogromne białe skrzydła i wiedziały już, że schowane pod nimi będą mogły czuć się bezpiecznie. Zgromadzeni wokół gapie również  uciekali. Nowakowa spod siódemki biegała jak sarna. Zresztą to była sarna z twarzą Nowakowej. I widzieli to wszyscy, każdy mógłby przysiąc. Pterodaktyl już ją chwytał w szpony, ale wtedy sąsiad spod dziewiątki zamienił się w Godżillę i dzielnie stawił czoła temu potworowi, łapiąc go za skrzydła, łamiąc dziób i nogi. Drugiemu nie zdążył, bo ten wyciągnął zaraz dużą, białą flagę i nią wymachiwał, by się nie narazić. Za chwilę z tobołka wyciągnął whiskacza i dał łyk Godżilli. Tuż po tym zdarzeniu wyszedł z lasu samochód policyjny. Jak na transformersa, trochę był strachliwy. Wracający z kryjówek w lesie gapie przyprowadzili ze sobą góralską kapelę. Ci zaś przygrywając na skrzypeczkach i kobzie, postawili wszystkim butelkę gorzały. Popijali wszyscy, łącznie z zajączkami. Wszystkim pić się chciało, a kiedy zgłodnieli, tęcza na niebie się rozstąpiła i sypnęło manną. I spadały ryby.. I nastała ciemność.

Kiedy trzy dni później wszyscy się ocknęli, zobaczyli krajobraz, jak po jakiejś bitwie. Dzieci od sąsiadów leżały pod drzewami, z główkami wbitymi w piach, jak strusie. Sąsiad spod dziewiątki taszczył pana Ryśka, bo ten nie wiedzieć czemu, miał złamane nogi. Nowakowa spod siódemki z przestrzelonym tyłkiem leżała na brzuchu pojękując cicho. Pan Leon, gdy się ocknął, ze spodniami spuszczonymi do kolan, kątem oka dojrzał pijaczka Heńka, dopinającego spodnie z wyrazem zakłopotania. Nie mniej zakłopotane były nastolenie córki Leona. Nie było kapeli, nie było gorzały. I Grizeldy nie było. Znaleźli ją po tygodniu w głębi tego lasu, ze spódnicą podciągniętą aż na głowę. Nic nie pamiętała, poza jednym, że było jej dobrze z tym jej ideałem. Choć trochę zdziwiona, że facet ani na chwilę nie zdjął z siebie futra.

Plan sióstr znowu nie wypalił… albo i wypalił, chociaż było dziwnie..

bring it