część I tutaj... click
część II tutaj... click
część III tutaj... click
Przez kolejne dwa miesiące Grizelda z Gracjelą prawie nie wychodziły z domu. Siedziały w nim przerażone, wymykając się o zmroku, unikając wścibskich oczu najbliższych sąsiadów. Wciąż miały wrażenie, że wszyscy dookoła podejrzliwie na nie patrzą. Jakby wiedzieli, kto uprawiał pole. Zresztą po tej całej akcji z marihuaną, każdy na każdego jakoś dziwnie zerkał. Każdy chciał zapomnieć, ale im nie pozwalało na to policyjne śledztwo.
Gdy sprawa już nieco przyschła, wybrały się w końcu na spacer, do lasu, choć Grizeldzie ten las wciąż źle się kojarzył. Ani na chwilę nie ustawały w rozmyślaniach, jak przegonić pecha i w końcu los odmienić. Ich sposoby na zarobek były kiepskie albo jeszcze gorsze. No i czasochłonne. Oraz nielegalne. I gdy tak spacerowały wymyślając kolejny sposób, okazja trafiła się sama. Miała jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, krótkie czarne włosy i brązowe oczy. Bardzo wystraszone. Chłopak był przystojny, choć skromnie odziany, spacerował po lesie z zadartą do góry głową, jakby szukał czegoś na najwyższych drzewach. Grizelda z Gracjelą spojrzały na siebie i nie zastanawiając się ani chwili, doskoczyły do chłopaka, kneblując mu usta i narzucając na głowę starą reklamówkę. A gdy się ściemniło zawlokły go siłą do swojej piwnicy.
Pomysł był prościutki. Gorzej z wykonaniem. A chodziło o to, by wyłudzić okup.
Przez tydzień zastanawiały się jak dokończyć akcję. Oglądały filmy i czytały prasę, przeanalizowały nawet ostatnie porwania. I postanowiły w końcu napisać anonim. Zażądały w nim po prostu ponad sto tysięcy. By się nie rozdrabniać i w końcu dorobić. A gdy miały już mozolnie wyklejony liścik, uświadomiły sobie, że nie wiedzą nawet, gdzie go, do cholery, wysłać. I kiedy zeszły do piwnicy, rozwiązały chłopca, ściągnęły mu z głowy starą reklamówkę, to ten je poprosił, żeby go zabiły. Bo się okazało, że po stracie pracy, rzuciła go dziewczyna, a on spacerował i chciał się powiesić, bo do domu dziecka wrócić nie zamierzał. Tego już było Grizeldzie i Gracjeli za dużo. Zrobiło się nerwowo. Związały więc go znowu i zakneblowały. Wściekły się cholernie, no bo miały problem, a gdy po tygodniu poszły do piwnicy, problem był znów większy. Bo go nie karmiły no i miały trupa.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marihuana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marihuana. Pokaż wszystkie posty
środa, 16 października 2013
czwartek, 3 października 2013
zasrana marihuana
część I tutaj... click
część II tu... click
A mianowicie trawa. Trawa, trawa, trawa. Wszędzie mnóstwo trawy. Siostry postanowiły założyć plantację konopi. Nie na wielką skalę, lecz na taką małą, by dorobić do zasiłku i tego, co ze złomu. By nie mieć daleko, uprawiały ją przy lesie, koło swojej kamienicy, na lewo od bagna, tuż koło wysypiska śmieci. Narobiły się przy tym, jak jasna cholera, po raz pierwszy w życiu. No i kiedy zaczęły widzieć już pierwsze efekty, dzieci od sąsiadów podpaliły lasek. Cholerne, małe gnoje.
Paliło się jak cholera, jak stodoła z sianem, albo jeszcze gorzej. Pojawiła się policja oraz straż pożarna. Gęsty, gryzący dym wdzierał się dosłownie wszędzie, również w każdy zakamarek walącej się kamienicy. I zrobiło się wesoło. Przynajmniej na początku. Wielka łuna ognia ściągnęła na miejsce spore zbiegowisko. No i się zaczęło. Od niedźwiedzia, gdy wyjechał z lasu na różowym rowerze. Grizelda przecierała oczy ze zdumienia. Kiedy niedźwiedź podszedł do niej bliżej, to zauważyła, że to całkiem fajny facet. Dokładnie taki, o jakim marzyła, trochę Brada Pitta, a trochę Wałęsy. Wielki, umięśniony z bardzo niskim głosem. Połechtał ją po twarzy swoimi wąsami, zabrał ją na ramę i wywiózł do lasu, z którego chwilę później zaczęły dochodzić tylko głośne jęki.
Gracjela za to patrzyła z podziwem na dzieci od sąsiadów, które wspinały się na drzewa, odbijały od najwyższych gałęzi i latały w powietrzu, dzwoniąc złotymi dzwoneczkami, zataczając cudne kółka nad polaną, niczym mewy nad wysypiskiem śmieci. Też tak zawsze chciała. Zamachała rękami i uniosła się nad ziemią. Widziała gdzieś tam w dole całą ekipę strażaków, porozbieranych do naga, którzy tańczyli w rytm afrykańskiej muzyki, wykrzykując jej imię. Gracjela-ela-ela-ho, Gracjela-ela-ela-ho – dochodziło do niej z dołu. Słyszała też tam-tamy. To małe zajączki, w niby pióropuszach z liści kasztanowca wybijały ten rytm. Jakie one były cudne. Pomachała do nich z góry, a z jej rąk posypał się złoty pyłek, który zamienił pogorzelisko w piękną, kwietną łąkę. Cudowne, kolorowe i ogromne kwiaty, wystrzeliwały w górę, a na jednym takim siedział śliczny książę, z całkiem dużym ch…. Ach, jakie to było cudowne.
I kiedy tak latała sobie Gracjela z dziećmi od sąsiadów, ujrzała na horyzoncie dwa pterodaktyle. Ujrzeli je też policjanci i zaczęli strzelać, schowani za radiowozem. Dzieci z piskiem zaczęły uciekać, spojrzały na Gracjelę, na jej długie blond włosy i ogromne białe skrzydła i wiedziały już, że schowane pod nimi będą mogły czuć się bezpiecznie. Zgromadzeni wokół gapie również uciekali. Nowakowa spod siódemki biegała jak sarna. Zresztą to była sarna z twarzą Nowakowej. I widzieli to wszyscy, każdy mógłby przysiąc. Pterodaktyl już ją chwytał w szpony, ale wtedy sąsiad spod dziewiątki zamienił się w Godżillę i dzielnie stawił czoła temu potworowi, łapiąc go za skrzydła, łamiąc dziób i nogi. Drugiemu nie zdążył, bo ten wyciągnął zaraz dużą, białą flagę i nią wymachiwał, by się nie narazić. Za chwilę z tobołka wyciągnął whiskacza i dał łyk Godżilli. Tuż po tym zdarzeniu wyszedł z lasu samochód policyjny. Jak na transformersa, trochę był strachliwy. Wracający z kryjówek w lesie gapie przyprowadzili ze sobą góralską kapelę. Ci zaś przygrywając na skrzypeczkach i kobzie, postawili wszystkim butelkę gorzały. Popijali wszyscy, łącznie z zajączkami. Wszystkim pić się chciało, a kiedy zgłodnieli, tęcza na niebie się rozstąpiła i sypnęło manną. I spadały ryby.. I nastała ciemność.
Kiedy trzy dni później wszyscy się ocknęli, zobaczyli krajobraz, jak po jakiejś bitwie. Dzieci od sąsiadów leżały pod drzewami, z główkami wbitymi w piach, jak strusie. Sąsiad spod dziewiątki taszczył pana Ryśka, bo ten nie wiedzieć czemu, miał złamane nogi. Nowakowa spod siódemki z przestrzelonym tyłkiem leżała na brzuchu pojękując cicho. Pan Leon, gdy się ocknął, ze spodniami spuszczonymi do kolan, kątem oka dojrzał pijaczka Heńka, dopinającego spodnie z wyrazem zakłopotania. Nie mniej zakłopotane były nastolenie córki Leona. Nie było kapeli, nie było gorzały. I Grizeldy nie było. Znaleźli ją po tygodniu w głębi tego lasu, ze spódnicą podciągniętą aż na głowę. Nic nie pamiętała, poza jednym, że było jej dobrze z tym jej ideałem. Choć trochę zdziwiona, że facet ani na chwilę nie zdjął z siebie futra.
Plan sióstr znowu nie wypalił… albo i wypalił, chociaż było dziwnie..
część II tu... click
A mianowicie trawa. Trawa, trawa, trawa. Wszędzie mnóstwo trawy. Siostry postanowiły założyć plantację konopi. Nie na wielką skalę, lecz na taką małą, by dorobić do zasiłku i tego, co ze złomu. By nie mieć daleko, uprawiały ją przy lesie, koło swojej kamienicy, na lewo od bagna, tuż koło wysypiska śmieci. Narobiły się przy tym, jak jasna cholera, po raz pierwszy w życiu. No i kiedy zaczęły widzieć już pierwsze efekty, dzieci od sąsiadów podpaliły lasek. Cholerne, małe gnoje.
Paliło się jak cholera, jak stodoła z sianem, albo jeszcze gorzej. Pojawiła się policja oraz straż pożarna. Gęsty, gryzący dym wdzierał się dosłownie wszędzie, również w każdy zakamarek walącej się kamienicy. I zrobiło się wesoło. Przynajmniej na początku. Wielka łuna ognia ściągnęła na miejsce spore zbiegowisko. No i się zaczęło. Od niedźwiedzia, gdy wyjechał z lasu na różowym rowerze. Grizelda przecierała oczy ze zdumienia. Kiedy niedźwiedź podszedł do niej bliżej, to zauważyła, że to całkiem fajny facet. Dokładnie taki, o jakim marzyła, trochę Brada Pitta, a trochę Wałęsy. Wielki, umięśniony z bardzo niskim głosem. Połechtał ją po twarzy swoimi wąsami, zabrał ją na ramę i wywiózł do lasu, z którego chwilę później zaczęły dochodzić tylko głośne jęki.
Gracjela za to patrzyła z podziwem na dzieci od sąsiadów, które wspinały się na drzewa, odbijały od najwyższych gałęzi i latały w powietrzu, dzwoniąc złotymi dzwoneczkami, zataczając cudne kółka nad polaną, niczym mewy nad wysypiskiem śmieci. Też tak zawsze chciała. Zamachała rękami i uniosła się nad ziemią. Widziała gdzieś tam w dole całą ekipę strażaków, porozbieranych do naga, którzy tańczyli w rytm afrykańskiej muzyki, wykrzykując jej imię. Gracjela-ela-ela-ho, Gracjela-ela-ela-ho – dochodziło do niej z dołu. Słyszała też tam-tamy. To małe zajączki, w niby pióropuszach z liści kasztanowca wybijały ten rytm. Jakie one były cudne. Pomachała do nich z góry, a z jej rąk posypał się złoty pyłek, który zamienił pogorzelisko w piękną, kwietną łąkę. Cudowne, kolorowe i ogromne kwiaty, wystrzeliwały w górę, a na jednym takim siedział śliczny książę, z całkiem dużym ch…. Ach, jakie to było cudowne.
I kiedy tak latała sobie Gracjela z dziećmi od sąsiadów, ujrzała na horyzoncie dwa pterodaktyle. Ujrzeli je też policjanci i zaczęli strzelać, schowani za radiowozem. Dzieci z piskiem zaczęły uciekać, spojrzały na Gracjelę, na jej długie blond włosy i ogromne białe skrzydła i wiedziały już, że schowane pod nimi będą mogły czuć się bezpiecznie. Zgromadzeni wokół gapie również uciekali. Nowakowa spod siódemki biegała jak sarna. Zresztą to była sarna z twarzą Nowakowej. I widzieli to wszyscy, każdy mógłby przysiąc. Pterodaktyl już ją chwytał w szpony, ale wtedy sąsiad spod dziewiątki zamienił się w Godżillę i dzielnie stawił czoła temu potworowi, łapiąc go za skrzydła, łamiąc dziób i nogi. Drugiemu nie zdążył, bo ten wyciągnął zaraz dużą, białą flagę i nią wymachiwał, by się nie narazić. Za chwilę z tobołka wyciągnął whiskacza i dał łyk Godżilli. Tuż po tym zdarzeniu wyszedł z lasu samochód policyjny. Jak na transformersa, trochę był strachliwy. Wracający z kryjówek w lesie gapie przyprowadzili ze sobą góralską kapelę. Ci zaś przygrywając na skrzypeczkach i kobzie, postawili wszystkim butelkę gorzały. Popijali wszyscy, łącznie z zajączkami. Wszystkim pić się chciało, a kiedy zgłodnieli, tęcza na niebie się rozstąpiła i sypnęło manną. I spadały ryby.. I nastała ciemność.
Kiedy trzy dni później wszyscy się ocknęli, zobaczyli krajobraz, jak po jakiejś bitwie. Dzieci od sąsiadów leżały pod drzewami, z główkami wbitymi w piach, jak strusie. Sąsiad spod dziewiątki taszczył pana Ryśka, bo ten nie wiedzieć czemu, miał złamane nogi. Nowakowa spod siódemki z przestrzelonym tyłkiem leżała na brzuchu pojękując cicho. Pan Leon, gdy się ocknął, ze spodniami spuszczonymi do kolan, kątem oka dojrzał pijaczka Heńka, dopinającego spodnie z wyrazem zakłopotania. Nie mniej zakłopotane były nastolenie córki Leona. Nie było kapeli, nie było gorzały. I Grizeldy nie było. Znaleźli ją po tygodniu w głębi tego lasu, ze spódnicą podciągniętą aż na głowę. Nic nie pamiętała, poza jednym, że było jej dobrze z tym jej ideałem. Choć trochę zdziwiona, że facet ani na chwilę nie zdjął z siebie futra.
Plan sióstr znowu nie wypalił… albo i wypalił, chociaż było dziwnie..
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)