środa, 30 października 2013

podstarzały lovelas

Podstarzałemu lovelasowi tę ksywę nadali koledzy z pracy już kilka lat temu. Ale akurat ja wypowiedziałem to na głos ostatnio, gdy ten akurat niespodziewanie stanął sobie za mną. I kurczę wtopiłem. No co za ku*wa obyczaje, żeby się tak ludziom za plecami skradać. Musimy ze sobą współpracować, bo nie mamy wyjścia, choć od dawna się nie lubimy. Właściwie on pierwszy przestał mnie lubić po tym, jak obnażyłem jego kłamstwa i intrygi, którymi psuł atmosferę między chłopakami. Tak to jest, jak ktoś lubi grać pierwsze skrzypce, lecz ma słaby warsztat. Albo mały smyczek. I to był początek niesnasek między nami, lecz już udajemy, że jest całkiem spoko. To znaczy on udaje, bo dla mnie to była zabawa z gimnazjum i nie warta tego, co się wtedy działo. Trochę mnie to śmieszyło, lecz bardziej wkur*iało. On miał o coś żal i na mnie się obraził, a ja to miałem w dupie i to go bolało. Knuł intrygi dalej i krew go zalewała, że za każdym razem na tym go łapałem.

Podstarzały lovelas ma pięćdziesiąt lat z okładem. Dość dużym okładem. Właściwie dobiega sześćdziesiątki. I nie chodzi wcale o to, że nie mam szacunku do ludzi w tym wieku. Bo mam, bo tak mnie wychowała mama. Ciut od niego starsza. Ale to jest babka z klasą. A no właśnie. Klasa. To to coś, czego mu brakuje, by starzeć się z godnością. Bo nic bardziej nie odziera człowieka w tym wieku z ostatków godności, niż chociażby przebieranie się za nastolatka. A on to bardzo lubi. I wygląda śmiesznie. Spalony na solarium, przebrany za skejta, przechadza się po firmie chybotliwym krokiem, w stylu Johna Wayne’a, w przebraniu Liroya, często mieląc w ustach wykałaczkę. Jak dziś. Gdy wychodząc z pracy nieco po szesnastej, żując wykałaczkę, wsiadł do samochodu i od razu założył ciemne okulary. Czasem to się dziwię, że ten chłop tym autem się nie rozpier*oli. Bo i słońca nie ma i po zmianie czasu już o tej godzinie jest lekka szarówka. No, ale ja to jestem zwykły, więc pewnie się nie znam, co i jak się nosi, no i nie mam stajla.

W zasadzie przyznać muszę, że od dawna jednak trochę mu zazdroszczę tego dobrego samopoczucia i braku kompleksów. Bo ja to chyba za bardzo wszystkim się przejmuję. A on niekoniecznie. Ilekroć w naszej firmie pojawi się nowa laska, ten ją obskakuje. Patrzy na nią zawsze powłóczystym wzrokiem, robiąc słodkie minki, strzelając uśmieszki, demonstrując przy tym braki w uzębieniu. Nie popuści żadnej, choć żadna go nie chce. Lecz go to nie rusza i być może kiedyś w końcu mu się uda.

7 komentarzy:

  1. grunt to się nie zniechęcać ;) a stajla masz, zapewniam cie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ludzie prostaccy, bez kompetencji, pewni siebie, przekonani o swojej wyjątkowości są szczęśliwi. To się nazywa być bezczelny na życie. Ale "to trzeba umieć! Trzeba na tym się rozumieć! Tu mieć i tu mieć. Trzeba tylko młodym być".

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ci bez kompleksów co mają cały świat w d...... żyją łatwiej, czasami też bym chciała być takim bezmózgiem :-)

    OdpowiedzUsuń

bring it