Babcia Irena była super. Niestety nie miałem jej na co dzień, bo w latach osiemdziesiątych coś im odbiło i postanowili z dziadkiem wyprowadzić się do pipidówy oddalonej od naszego miasta o pięćdziesiąt kilka kilometrów. Ani to nad morze, ani w góry, więc nie jeździłem do nich na wakacje, bo nie było sensu. Wpadaliśmy za to z rodzicami do nich od czasu do czasu, najczęściej znienacka. Bo wtedy ogólnie wpadało się do wszystkich znienacka. Bo nie było telefonów, ani skype’a. Nie było też fejsa. Zresztą w pipidówie babci nie było nawet ani jednej budki telefonicznej. Masakra.
Te pięćdziesiąt kilka kilometrów to była prawdziwa wyprawa. Bo nie mieliśmy też samochodu. Samochody były na talony, a u nas dojścia do talonów nikt nie miał. Bo trzeba było być w partii. Można było kupić samochód używany od tego, kto dostał nowy talon. Ale taka przechodzona używka kosztowała trzy razy więcej niż nowe. Więc tłukliśmy się PKS-em, który przyjechał albo nie, o czym dowiadywaliśmy się najczęściej na przystanku.
Jak już udało nam się dojechać, to była wielka radość. Cieszyła się babcia, że ujrzeć mogła wnuki, cieszyły się wnuki, że w końcu k… dojechały. Zmarznięte, wygłodniałe, ale szczęśliwe. Babcia zaczynała od robienia dla nas jedzenia. Po kilku godzinach spędzonych w podróży wyglądaliśmy z bratem i siostrą dość marnie. Rodzice jakoś się trzymali, ale w ciągu kilku minut na stole lądowała gorąca herbata z sokiem z malin z lasu, prawdziwy chleb z prawdziwym masłem i prawdziwą kiełbasą. Bo babcia miała w mięsnym znajomości. Bo jakby nie miała, to byłby z samym masłem. Albo nawet bez. Uwielbiałem też drożdżowe ciasto, które miała zawsze. Do dzisiaj pamiętam ten smak, lubiłem je z kruszonką.
Jedzenia nigdy nam nie brakowało. Nawet, gdy było na kartki, bo mama też miała w sklepach znajomości. Choć bywało niebezpiecznie, bo komitet kolejkowy mógłby mamę pobić. Więc do sklepów chodziłem ja. To była misja specjalna. Podchodziłem do mięsnego, zawsze od dupy strony, pukałem trzykrotnie w określonym rytmie i znajoma pani, pakowała mi do torby, co akurat miała. Czasem schab, czasem kiełbasę, a czasami nerki. Tfu. Tym gulaszem z nerek to do dziś mi się odbija. Ale brało się co było. Bo można się było zamienić kiełbasą na papier toaletowy, gdy ktoś miał znajomości w sklepie papierniczym, albo na paczkę kawy, gdy znał kogoś w spożywczym.
A później przyszedł kapitalizm, który, nie wiedzieć czemu, przeklinała babcia. Narzekała, marudziła i zawsze mówiła, że winni są temu Żydzi. Bo Żydów babcia wręcz nienawidziła. Z całego serca. Jak osiemdziesiąt pięć procent prawdziwych Polaków, katolików, wieszających krzyże z szefem nad każdymi drzwiami...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz