Wróciliśmy z Mireczkiem nad ranem, w sobotę, bo przyjechaliśmy tu dzień wcześniej i postanowiliśmy zabawić się z chłopcami ze wsi. Malik nie czuł się najlepiej i nie poszedł z nami. Weszliśmy cicho do pokoju i zobaczyliśmy go bezwładnie przewieszonego przez deskę do prasowania. To był straszny widok. Jego wykręcone stopy powłóczące po podłodze, jego ręce i głowa zwisające luźno po drugiej stronie deski, na niej znajdowała się niedoprasowana koszula, tuż obok, na podłodze, leżało żelazko. Co tu się mogło stać?!
- Jezus Maria. Malik – podbiegłem do niego, wziąłem go od tyłu pod pachy i zacząłem nim potrząsać – Malik, ocknij się – krzyczałem. Mireczkek w tym czasie zaczął go lać po mordzie z liścia, raz lewą, raz prawą ręką i tak chyba ze trzydzieści razy, a ten wciąż nie dawał znaku życia.
- Zrób mu sztuczne oddychanie – powiedziałem.
- Sam mu zrób – oburzył się Mireczek.
Normalnie nie mielibyśmy oporów, ale znaliśmy się wszyscy całe długie lata i robienie tego Malikowi byłoby dość krępujące. Mireczek wypłacił Malikowi z liścia po raz ostatni.
- Zostaw go!!! – krzyknąłem.
- Nie żyje – powiedział Mireczek.
- Jezus Maria! Zabiłeś Malika! – spanikowałem i w tym momencie jego ciało wypadło mi z rąk, uderzając z hukiem o podłogę.
- Jak to zabiłem? Przecież już nie żył.
- Ale on był tylko trochę przeziębiony.
- Bo go mroziłeś wczoraj tą klimatyzacją całą drogę.
- Od tego się nie umiera. Matko Boska ja pie*dolę, musimy się pozbyć ciała.
Za każdym razem, gdy wpadałem w panikę, przywoływałem na głos imiona świętych, choć do kościoła od lat nie chodziłem. Byłem cały w nerwach.
- Jak to możliwe? – spytałem Mireczka.
- No wiesz. Niezbadane są wyroki boskie – filozoficznie odparł Mireczek – Żyjesz sobie, a tu nagle pstryk i już Cię nie ma.
I w momencie, gdy pstryknął Mireczek palcami, leżący na ziemi Malik ocknął się i powiedział: Oooo chłopaki, wróciliście.
- Malik. Ty żyjesz – omal się nie rozpłakałem – Co się z Tobą działo?
- Nie wiem. To ta koszula. Pamiętam tylko, że ją prasowałem i zaczęło mi się kręcić w głowie.
Koszula Malika była bardzo elegancka. Taliowana, w kolorze jasnego beżu w drobniutkie, czarne kółeczka, o średnicy trzech lub czterech milimetrów. Środki kółeczek również były beżowe. Kiedy tak człowiek przez chwilę jej się przyglądał, to zaczynało mu się kręcić w głowie. Hmm, trochę to było dziwne.
- Wyprasuję Ci tę koszulę – powiedział Mireczek i zabrał się do roboty. Ja siedziałem jeszcze chwilę przy Maliku by mieć na niego oko. Poszedłem po wodę i kiedy wróciłem, zauważyłem Mireczka słaniającego się na nogach.
- On ma rację. Od prasowania tej koszuli kręci mi się w głowie – powiedział i się przewrócił.
- Przecież to jest niemożliwe – powiedziałem i tym razem to ja wziąłem się za prasowanie.I kiedy tak prasowałem, poczułem, że coś dziwnego się ze mną dzieje, ale nie zdążyłem o tym powiedzieć Mireczkowi, bo puściłem pawia.
Malikowi po tej całej akcji też już było wszystko jedno, więc ostatecznie na wesele poszedł w t-shircie i trampkach, wyrzucając wcześniej do śmieci koszulę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz