Ja wiedziałem. Ja, do jasnej cholery, się tego spodziewałem. Po tylu latach niechodzenia do kościoła, wypadłem z obiegu. I kiedy miałem zostać ojcem chrzestnym mojej siostrzenicy, okazało się, że nie wystarczy pójść już tylko do spowiedzi. Potrzebne było zaświadczenie o praktykowaniu wiary. No to lipa. Zadzwoniłem do mamy. Ona zawsze tak się udzielała w tej swojej parafii i miała znajomości. Powiedziała, żebym się w łeb palnął, bo ona ona nie będzie o nic prosić i wstydu sobie robić przed księdzem proboszczem. No jasna cholera. Ile się przy tym nagadała. O jeden głupi świstek. Poradzę sobie sam.
Z okna mojej kuchni widać jakiś kościół. Kiedyś obok niego nawet przejeżdżałem. Poszedłem więc pełen wiary, że pójdzie mi gładko. Lecz się przeliczyłem. A wszystko przez tę wredną, co siedziała w kancelarii.
- Dzień dobry.
Cisza.
- Dzień dooobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony.
- Kto?
- Rafał XXXX. Ja chciałem…
- Kto pochwalony?
- Aaa. No Jezus Chrystus.
- Od początku proszę.
- Dzień dobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony…
- Kto?
- No Jezus Chrystus.
- Jeszcze raz.
- Dzień dobry. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków.
- Ja chciałem dostać zaświadczenie. Takie na chrzestnego. Podeszła do kartotek, do jednej szuflady. Jak ją otworzyła, to dyndały w niej dwie kartki. Mnie na nich nie było. Wredna je przejrzała i spytała, czy przyjmuję kolędę.
- No ja to nie bardzo, ale za to moja mama….
- A kto ma być chrzestnym? - i siadła do biurka.
- A może dałoby się tak ofiarę przekazać? Może jakąś większą..
Spojrzała na mnie tylko, znad tych okularów i zapytała:
- Czy pan urwał się z choinki?????
Z choinką akurat było tak. Grałem kiedyś w badmintona z synem koleżanki. Na ich działce pod miastem. Dałem smarkaczowi fory, więc się rozochocił i walił z całej siły. No i w końcu odbił tak, że lotka poleciała dość wysokim łukiem i spadła na czubek sosienki sąsiadów. A, że lotka była jedna, to po nią poszedłem. Normalnie bym to olał, ale smarkacz wygrywał, więc chciałem mu pokazać, że łatwo nie będzie. No i wszedłem na tę cholerną sosnę. Nie była w końcu wielka. Tylko bardzo wiotka, więc gdy byłem tuż przy czubku i już trzymałem lotkę, sosna się ugięła i runąłem na dół. Strasznie głupio to musiało wyglądać, kiedy tak wisiałem dwa metry nad ziemią, dzierżąc w łapie sosnę. O tym, że są to dwa metry przekonałem się później, oglądając zdjęcia. Bo myślałem, że jest wyżej. W chwili, gdy spadałem.
- Tak. – odpowiedziałem, no bo grzechem było skłamać – gdy syn mojej koleżanki odbił lotkę z badmintona tak, że spadła na czubek choinki sąsiadów. A że lotka była jedna…..
- Dość! – krzyknęła – Niech się pan wynosi.
- Ale ja naprawdę… Choć to dawno temu.
- Do diabła! Wynochaaaaa!!!!!
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrystus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrystus. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 września 2013
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)