Choć Malik już nieco przetrzeźwiał, to wyciągnięcie od niego informacji, w którym ten ślub ma być kościele, graniczyło z cudem. Dokładnie pamiętaliśmy z Mireczkiem, że o ten chodziło. Pod takim wezwaniem, ale może w innym mieście?! Mogliśmy zgadywać do usranej śmierci, lub do siedemnastu, bo tyle jest miast w aglomeracji. Plus do tego wiochy. Isiu był w drodze do domu Malika. Po buty. Więc zadzwoniliśmy do niego, by przejrzał papiery. No musiał być gdzieś jakiś ślad, cholera jasna. Marzyłem tylko o tym, by ten dzień się skończył. My, by nie marnować czasu, wsiedliśmy do auta Miriam, a Isiu miał dojechać, z głupimi butami. Miriam słynął z tego, że zawsze się gubił. Tak, jak i tym razem. Choć upierał się, że wie, dokąd jedzie. I gdy piętnaście minut później zobaczyliśmy auto Isia, jadące z naprzeciwka, dał nam się przekonać i zawrócił za nim.
Kiedy podjechaliśmy pod kościół, to już były tłumy. Całe stado gości. A było tak pięknie. Byliśmy przed czasem, ale w złym kościele. Wszyscy na nas patrzyli, z przerażeniem w oczach, jak na jakieś zjawy. Fakt. Prezentowaliśmy się pięknie. Sflaczali i na kacu. Postanowiliśmy się jednak nie zrażać i wyciągneliśmy Malika z tego cinquecento. Dokładnie z bagażnika, bo Miriam miał vana. W tym czasie podeszła do nas jego narzeczona. Przyznać trzeba... ładna. Choć też trochę stara, ale bardzo niezła i z kompletem zębów. Przedstawiliśmy się ładnie i ją wyściskaliśmy. A ta tylko spojrzała na Malika i się rozpłakała. To pewnie ze szczęścia. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że stał przed nią narzeczony, trochę pokiereszowany, z rozbitym łbem i w spalonym garniturze. W dodatku bez butów. Bałem się, żeby w ostatniej chwili się nie rozmyśliła, bo te wszystkie starania byłyby do dupy. Malik na jej widok bardzo się ożywił, choć ledwo stał na nogach.
W trakcie ślubu Malik zasnął. My z chłopakami również. Jego obudzili w trakcie, a nas pod sam koniec. Przespaliśmy to wszystko, przysięgę i ceregiele. No cholera. Szkoda. Miriam powiedział, że już tam kiedyś w życiu ślub jeden widział, Mireczek miał to w dupie a ja zapytam Isia. On jedyny godnie nas reprezentował. Po życzeniach wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy do restauracji.
Gdy goście weszli do środka, szczęśliwy małżonek chciał przenieść świeżo upieczoną żonę przez próg. I kiedy tak wziął Malik zamaszystym ruchem małżonkę swą na ręce, obrócił się i przekraczając próg, przypieprzył jej głową w futrynę. Na całe szczęście, na całe cholerne szczęście, panna młoda zemdlała tylko na chwilę. Bo kiedy wniósł ją taką, bezwładnie zwisającą mu na rękach, cała sala zamarła. I nikt nie śpiewał "sto lat". Jedynie Miriam nie stracił zimnej krwi i oblał ją zmrożonym szampanem, niszcząc jej tym przy okazji misternie ułożoną fryzurę. - Na szczęście mamy kapelusz - skwitowałem. - No. I ciemne okulary - dorzucił Mireczek. Co on z tymi okularami? Nieważne. Spadł mi poziom stresu i zrobiłem się głodny.
O dziwo, przy obiedzie nie stało się nic strasznego. Zresztą, gdyby nawet, to nie nasza brocha. My już swoje zrobiliśmy. Ożeniliśmy Malika i to było najważniejsze. Niech się martwi żona. Choć trzeba przyznać, że doprowadzenie go do ołtarza kosztowało nas tyle, że musieliśmy się upić. Z nerwów. Bo Malik to jak zawsze.
No i gdy tak po raz któryś wznoszono za nich toast i śpiewano "sto lat", Malik ucałował żonę tak namiętnie, że aż stracił głowę. Stracił także równowagę, gdy siadając, potknął się o krzesło i padł z nim na podłogę. Dokładnie to o jej krzesło, gdy właśnie miała na nim usiąść. Patrzyliśmy spokojnie, jak ta swieżo upieczona żona resztkami sił, rozpaczliwie machając w powietrzu rękami, próbuje złapać równowagę. W ostatniej chwili łapiąc się obrusu, upadła na dupę ze wszystkim ze stołu. - Odleciała. No to zdrowie! - wzniósł toast Mireczek.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosciol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosciol. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 września 2013
sobota, 21 września 2013
o rżnięciu proboszcza
W parafii, w pipidówie, w której mieszkała moja babcia, rżnęli księdza proboszcza. Rżnęli go dwaj inni księża z sąsiedniej parafii, w sąsiedniej pipidówie. I wiedzieli o tym wszyscy. Żywot księdza był hulaszczy, a to kosztowało. Rozrywki finansowali mu wierni parafianie. Prawdziwi katolicy, lud głębokiej wiary. I nikomu to nie przeszkadzało. Do czasu.
O ekscesach księdza proboszcza zaczęło się jednak robić głośno. We wsi aż huczało. Szczególnie po tym, gdy ksiądz ogłosił zbiórkę. Na naprawę dachu. Ksiądz był rozrywkowy, a parafia biedna. Więc i zbiórka nie szła dobrze. Co niedzielę, ksiądz z ambony wzywał z imienia i nazwiska tych, którzy jeszcze nie wspomogli. Gdy już forsę zebrał, to wkrótce przewalił, bo żywot wiódł hulaszczy. I rżnęli go ci księża. W pokera. Na kasę.
O ekscesach księdza proboszcza zaczęło się jednak robić głośno. We wsi aż huczało. Szczególnie po tym, gdy ksiądz ogłosił zbiórkę. Na naprawę dachu. Ksiądz był rozrywkowy, a parafia biedna. Więc i zbiórka nie szła dobrze. Co niedzielę, ksiądz z ambony wzywał z imienia i nazwiska tych, którzy jeszcze nie wspomogli. Gdy już forsę zebrał, to wkrótce przewalił, bo żywot wiódł hulaszczy. I rżnęli go ci księża. W pokera. Na kasę.
piątek, 20 września 2013
zaświadczenie praktykującego katolika
Ja wiedziałem. Ja, do jasnej cholery, się tego spodziewałem. Po tylu latach niechodzenia do kościoła, wypadłem z obiegu. I kiedy miałem zostać ojcem chrzestnym mojej siostrzenicy, okazało się, że nie wystarczy pójść już tylko do spowiedzi. Potrzebne było zaświadczenie o praktykowaniu wiary. No to lipa. Zadzwoniłem do mamy. Ona zawsze tak się udzielała w tej swojej parafii i miała znajomości. Powiedziała, żebym się w łeb palnął, bo ona ona nie będzie o nic prosić i wstydu sobie robić przed księdzem proboszczem. No jasna cholera. Ile się przy tym nagadała. O jeden głupi świstek. Poradzę sobie sam.
Z okna mojej kuchni widać jakiś kościół. Kiedyś obok niego nawet przejeżdżałem. Poszedłem więc pełen wiary, że pójdzie mi gładko. Lecz się przeliczyłem. A wszystko przez tę wredną, co siedziała w kancelarii.
- Dzień dobry.
Cisza.
- Dzień dooobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony.
- Kto?
- Rafał XXXX. Ja chciałem…
- Kto pochwalony?
- Aaa. No Jezus Chrystus.
- Od początku proszę.
- Dzień dobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony…
- Kto?
- No Jezus Chrystus.
- Jeszcze raz.
- Dzień dobry. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków.
- Ja chciałem dostać zaświadczenie. Takie na chrzestnego. Podeszła do kartotek, do jednej szuflady. Jak ją otworzyła, to dyndały w niej dwie kartki. Mnie na nich nie było. Wredna je przejrzała i spytała, czy przyjmuję kolędę.
- No ja to nie bardzo, ale za to moja mama….
- A kto ma być chrzestnym? - i siadła do biurka.
- A może dałoby się tak ofiarę przekazać? Może jakąś większą..
Spojrzała na mnie tylko, znad tych okularów i zapytała:
- Czy pan urwał się z choinki?????
Z choinką akurat było tak. Grałem kiedyś w badmintona z synem koleżanki. Na ich działce pod miastem. Dałem smarkaczowi fory, więc się rozochocił i walił z całej siły. No i w końcu odbił tak, że lotka poleciała dość wysokim łukiem i spadła na czubek sosienki sąsiadów. A, że lotka była jedna, to po nią poszedłem. Normalnie bym to olał, ale smarkacz wygrywał, więc chciałem mu pokazać, że łatwo nie będzie. No i wszedłem na tę cholerną sosnę. Nie była w końcu wielka. Tylko bardzo wiotka, więc gdy byłem tuż przy czubku i już trzymałem lotkę, sosna się ugięła i runąłem na dół. Strasznie głupio to musiało wyglądać, kiedy tak wisiałem dwa metry nad ziemią, dzierżąc w łapie sosnę. O tym, że są to dwa metry przekonałem się później, oglądając zdjęcia. Bo myślałem, że jest wyżej. W chwili, gdy spadałem.
- Tak. – odpowiedziałem, no bo grzechem było skłamać – gdy syn mojej koleżanki odbił lotkę z badmintona tak, że spadła na czubek choinki sąsiadów. A że lotka była jedna…..
- Dość! – krzyknęła – Niech się pan wynosi.
- Ale ja naprawdę… Choć to dawno temu.
- Do diabła! Wynochaaaaa!!!!!
Z okna mojej kuchni widać jakiś kościół. Kiedyś obok niego nawet przejeżdżałem. Poszedłem więc pełen wiary, że pójdzie mi gładko. Lecz się przeliczyłem. A wszystko przez tę wredną, co siedziała w kancelarii.
- Dzień dobry.
Cisza.
- Dzień dooobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony.
- Kto?
- Rafał XXXX. Ja chciałem…
- Kto pochwalony?
- Aaa. No Jezus Chrystus.
- Od początku proszę.
- Dzień dobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony…
- Kto?
- No Jezus Chrystus.
- Jeszcze raz.
- Dzień dobry. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków.
- Ja chciałem dostać zaświadczenie. Takie na chrzestnego. Podeszła do kartotek, do jednej szuflady. Jak ją otworzyła, to dyndały w niej dwie kartki. Mnie na nich nie było. Wredna je przejrzała i spytała, czy przyjmuję kolędę.
- No ja to nie bardzo, ale za to moja mama….
- A kto ma być chrzestnym? - i siadła do biurka.
- A może dałoby się tak ofiarę przekazać? Może jakąś większą..
Spojrzała na mnie tylko, znad tych okularów i zapytała:
- Czy pan urwał się z choinki?????
Z choinką akurat było tak. Grałem kiedyś w badmintona z synem koleżanki. Na ich działce pod miastem. Dałem smarkaczowi fory, więc się rozochocił i walił z całej siły. No i w końcu odbił tak, że lotka poleciała dość wysokim łukiem i spadła na czubek sosienki sąsiadów. A, że lotka była jedna, to po nią poszedłem. Normalnie bym to olał, ale smarkacz wygrywał, więc chciałem mu pokazać, że łatwo nie będzie. No i wszedłem na tę cholerną sosnę. Nie była w końcu wielka. Tylko bardzo wiotka, więc gdy byłem tuż przy czubku i już trzymałem lotkę, sosna się ugięła i runąłem na dół. Strasznie głupio to musiało wyglądać, kiedy tak wisiałem dwa metry nad ziemią, dzierżąc w łapie sosnę. O tym, że są to dwa metry przekonałem się później, oglądając zdjęcia. Bo myślałem, że jest wyżej. W chwili, gdy spadałem.
- Tak. – odpowiedziałem, no bo grzechem było skłamać – gdy syn mojej koleżanki odbił lotkę z badmintona tak, że spadła na czubek choinki sąsiadów. A że lotka była jedna…..
- Dość! – krzyknęła – Niech się pan wynosi.
- Ale ja naprawdę… Choć to dawno temu.
- Do diabła! Wynochaaaaa!!!!!
czwartek, 19 września 2013
panna młoda, kolo i awantura
No co za k.... kretyn. Ręce mi opadły, kiedy wysiedliśmy z Isiem i Mireczkiem pod kościołem. To, że ja zapomniałem założyć Malikowi buty, to jedno. To, że Mireczek zapomniał, to drugie. Ale to, że ten ku*wa kretyn nic nam nie powiedział, jak biegliśmy przez piaskownicę w stronę samochodu Isia to kuriozum jakieś. Po drodze kupiliśmy mu całkiem zgrabny kapelusik i ciemne okulary. Tak na wszelki wypadek. A teraz dodatkowo okazało się, że nie ma butów. No ręce mi opadły. Mireczek powiedział, że ma wszystko w dupie i poszedł na fajkę. Ja byłem świadkiem, więc nie mogłem, choć też miałem ochotę.
Mimo, że z Mireczkiem nigdy łatwo się nie poddawaliśmy, to tym razem nie mieliśmy już pomysłu ani czasu na szukanie butów. My nosiliśmy 44 a Malik dwa rozmiary większe. Pościągaliśmy durniowi plastry oraz bandaż z głowy. Zaprowadziliśmy go do kościoła, posadziliśmy przed ołtarzem i obstawiliśmy kwiatami. Wymyśliliśmy, że ślub będzie trwał, a my w jego trakcie podrzucimy mu te buty. Pojechał po nie Isiu. Zyskaliśmy tym sposobem jakąś godzinę. Pozostało jeszcze tylko uzgodnić wszystko z panną młodą. A tej ciągle nie znaliśmy.
Pewnie nikt się nie spodziewał, że przyjdziemy pierwsi. A tu taka niespodzianka. Wyszliśmy z Mireczkiem z kościoła, by przechwycić narzeczoną. Staliśmy za rogiem, paliliśmy fajki i trzęśliśmy się z nerwów. Zupełnie, jakby to któryś z nas miał za chwilkę się ożenić. Trzeba przyznać, że trochę nas to nerwów kosztowało. Może trzeba było lepiej tego Malika kopami w drzwi nie budzić? Zawsze uważałem, że byliśmy dla niego za dobrzy. Ale przynajmniej wszystko było już na dobrej drodze. Pozostało jedynie wyjaśnić, co i jak z butami.
W końcu podjechała panna młoda. Schowaliśmy się za rogiem. Jakoś odruchowo. Przecież nic nie przeskrobaliśmy, a chowaliśmy się, jak dzieci. Postanowiłem wziąć byka za rogi i poszedłem z nią pogadać. Z daleka widziałem, że piękna nie była, ale co się w sumie dziwić? Która normalna laska zdecydowałaby się na ślub z nim i to po tak krótkim czasie? Panna była nieco stara, bardzo brzydka i nie miała zęba. No tego akurat się nie spodziewałem. Sam już nie wiedziałem, kto większą desperacją się wykazał. Czy ona, czy Malik? Przedstawiłem się brzyduli oraz pozostałym i wziąłem ją na boczek. Kolo, który stał tuż obok, dziwnie na nas patrzył. Kiedy laska zaryczała: Cooooooo?? poczułem się nieswojo. W życiu każdej panny młodej, nawet takiej brzydkiej, ten dzień jest najpiękniejszym i ma być idealny. Próbowałem ją uciszyć. Ale nie pomogło. Laska wściekła się okrutnie i wbiegła do środka. Zaraz za nią kolo. No i zaczęła się awantura. O Malika. Gdy wtrącił się kolo. Czyli narzeczony.
I wtedy się okazało, że wprawdzie byliśmy przed czasem, to w niewłaściwym kościele.
Mimo, że z Mireczkiem nigdy łatwo się nie poddawaliśmy, to tym razem nie mieliśmy już pomysłu ani czasu na szukanie butów. My nosiliśmy 44 a Malik dwa rozmiary większe. Pościągaliśmy durniowi plastry oraz bandaż z głowy. Zaprowadziliśmy go do kościoła, posadziliśmy przed ołtarzem i obstawiliśmy kwiatami. Wymyśliliśmy, że ślub będzie trwał, a my w jego trakcie podrzucimy mu te buty. Pojechał po nie Isiu. Zyskaliśmy tym sposobem jakąś godzinę. Pozostało jeszcze tylko uzgodnić wszystko z panną młodą. A tej ciągle nie znaliśmy.
Pewnie nikt się nie spodziewał, że przyjdziemy pierwsi. A tu taka niespodzianka. Wyszliśmy z Mireczkiem z kościoła, by przechwycić narzeczoną. Staliśmy za rogiem, paliliśmy fajki i trzęśliśmy się z nerwów. Zupełnie, jakby to któryś z nas miał za chwilkę się ożenić. Trzeba przyznać, że trochę nas to nerwów kosztowało. Może trzeba było lepiej tego Malika kopami w drzwi nie budzić? Zawsze uważałem, że byliśmy dla niego za dobrzy. Ale przynajmniej wszystko było już na dobrej drodze. Pozostało jedynie wyjaśnić, co i jak z butami.
W końcu podjechała panna młoda. Schowaliśmy się za rogiem. Jakoś odruchowo. Przecież nic nie przeskrobaliśmy, a chowaliśmy się, jak dzieci. Postanowiłem wziąć byka za rogi i poszedłem z nią pogadać. Z daleka widziałem, że piękna nie była, ale co się w sumie dziwić? Która normalna laska zdecydowałaby się na ślub z nim i to po tak krótkim czasie? Panna była nieco stara, bardzo brzydka i nie miała zęba. No tego akurat się nie spodziewałem. Sam już nie wiedziałem, kto większą desperacją się wykazał. Czy ona, czy Malik? Przedstawiłem się brzyduli oraz pozostałym i wziąłem ją na boczek. Kolo, który stał tuż obok, dziwnie na nas patrzył. Kiedy laska zaryczała: Cooooooo?? poczułem się nieswojo. W życiu każdej panny młodej, nawet takiej brzydkiej, ten dzień jest najpiękniejszym i ma być idealny. Próbowałem ją uciszyć. Ale nie pomogło. Laska wściekła się okrutnie i wbiegła do środka. Zaraz za nią kolo. No i zaczęła się awantura. O Malika. Gdy wtrącił się kolo. Czyli narzeczony.
I wtedy się okazało, że wprawdzie byliśmy przed czasem, to w niewłaściwym kościele.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)