Pokazywanie postów oznaczonych etykietą firma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą firma. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 października 2013

Betty eSz

Betty eSz była idiotką. Nieeee. Betty eSz jest idiotką, bo ciągle jeszcze żyje, mimo, że różni, wredni ludzie dookoła życzą jej jak najgorzej. Średnio wysoka, w miarę szczupła, farbowana blondina jest najlepszym dowodem na to, że idiotką się jest, niezależnie od koloru włosów. Ktokolwiek ją poznał, ten wie.

Betty eSz pracuje w pewnym korpo. W jednym i tym samym od lat, niestrudzenie, na menadżerskim stanowisku średniego szczebla. I podczas, gdy dookoła wszyscy inni menadżerowie już się pozmieniali (niektórzy nawet dwukrotnie), Betty eSz, jak była, tak jest, przynosząc chwałę swojej firmie. Z piętnaście lat już będzie, albo nawet więcej.

Głupota Betty eSz objawiała się na wiele sposobów, począwszy od słowa „faktÓra”, które powtórzyła kilkakrotnie w jednym mailu, gdy ktoś złośliwie wyłączył jej słownik w komputerze, a kończąc na różnych, publicznych wystąpieniach, gdy Betty eSz pragnęła z ochotą podzielić się swoim geniuszem z widownią. A wychodziło różnie, najczęściej idiotycznie, z czego nic nie robiła sobie Betty eSz. Bo inni to się śmiali, do rozpuku. Wtedy również, gdy na pewnym spotkaniu udzielała lekcji z podstaw ekonomii, kiedy kilka dni wcześniej gruchnęła wieść, że Regio Betty zrobiła dla firmy zajebistego deala na zerowej marży.

Betty stanęła na środku, przy białej tablicy i narysowała duże „X”. – To są nasze obroty – powiedziała. Za chwilę narysowała duże „Y” – to są nasze koszty – tłumaczyła dalej. Jeżeli od X odejmiemy Y, to wyjdzie nam Z, który jest naszym zyskiem, i musi być większy od zera, żeby nasza organizacja mogła sprawnie funkcjonować. Wprost genialne i w swym geniuszu proste. Eureka! Dodałbym jedynie, że działając na zerowej marży niesprawnie funkcjonować raczej by nie mogła.– Ależ Beatko. Przecież nikt z nas, jak tu siedzimy (tu zacząłem wodzić dłonią po audytorium), z koleżanek i kolegów nie jest idiotą, by sprzedawać coś na zerowej marży – podsumowałem. I sala gruchnęła gromkim śmiechem. Bo powaga sytuacji i napięcie, jakie zbudowała Betty, wzięły szybko w łeb i nikt jej już nie słuchał, wymuszając zrobienie ludziom przerwy.

Betty eSz aspirowała. Do wyższego stołka i do wyższych sfer. A jakże. W końcu byle kim nie była. Była kimś. Idiotką. I bycie tą idiotką pieczołowicie pielęgnowała. Starała się wysławiać ładnie, budując pełne zdania i akcentując końcówki. Yhm, yhm, rozumiĘ – to często powtarzała. Ja chcEM – umiała też wyrażać jasno swe żądania. Znała się na konkurencji, bo ta w jej opinii „dubbingowała” ceny, choć w opinii innych zdubbingować można było Kermita lub Piggy. Lubiła też adoptować nieswoje pomysły, „adoptowała” też do potrzeb swoje nowe biuro. Dla Betty eSz, która nie widziała różnicy między mobbingiem a mopingiem, różnica między adopcją a adaptacją były już zupełnie bez znaczenia.

Styl ubierania się Betty był pretensjonalny. Ze swą dobrą pensją pozwolić sobie mogła na bardzo drogie ciuchy. Choć i tak w nich wyglądała, jak tania lafirynda. Lubiła sukienki i małe torebeczki i pewnego razu przyszła tak do pracy, nie mieszcząc się w drzwiach ze swym kapeluszem. – Co Betty? Byłaś na koktajlu[1]? – zapytałem. A ona mi na to: - Nie, ale też mam smaka na małego shake'a.

[1] rodzaj przyjęcia

piątek, 6 września 2013

korpo gazetki

Postanowiłem zapisać się do zespołu redakcyjnego korpo gazetki. Właściwie namówiła mnie do tego Baśka, mówiąc, że mam dar. Nasza firmowa gazetka to taka trochę „Trybuna Ludu”, ale na początek całkiem spoko. Niestety nie płacą dodatkowo za pisanie, ale kicham na to, bo zamierzam prowadzić najbardziej poczytnego bloga.

Poszedłem więc do koleżanki naczelnej. W korpo wszyscy to koleżanki i koledzy. Wszyscy mówią sobie cześć i po imieniu. Takie panują tu zasady. Są wprawdzie zadzierające nosa wyjątki, jak jedna taka dyrektor, odpowiadająca na moje cześć, chłodnym dzień dobry. Pfff. Jako, że może mi nagwizdać, dałem jej jeszcze dwie szanse. No i za trzecim razem, na moje cześć, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, uśmiechnęła się trochę krzywo i odpowiedziała: cześć. A już miałem ją zacząć ignorować. Ale nie o niej miało być.

Tak więc poszedłem do naczelnej i powiedziałem, że chcę się zapisać. Zapytała, czy czytuję. Co miałem powiedzieć? Że nie? Że raz czytałem? Więc nakłamałem, że tak, że fajna i ogólnie super, ale przyda się im trochę świeżego spojrzenia.

Artykuły do naszej gazetki mogą mieć różne formy. Poradnikowe, np. jak dobrze zorganizować sobie miejsce pracy, jak radzić sobie ze stresem podczas wystąpień, ale też mogą być informacjami o nowym oddziale, o działalności dobroczynnej. Inną formą są wywiady z ciekawymi osobami.

Tadam. I tu od razu pomyślałem o sobie. Ale, że niezręcznie byłoby pisać o sobie samym, chociaż jestem niezwykle interesujący, to do redakcji postanowiłem wkręcić też Baśkę. Baśka to moja koleżanka taka trochę lepsza. Wiem, jak ma na imię ona, jej mąż, wiem, ile ma dzieci i jakie ma hobby. Chodzimy razem na kawę czasami. Do firmowej kuchni na trzecim piętrze. A w korpo to już dużo.

Baśka jednak zaczęła się buntować, bo kiedy powiedziałem w wywiadzie, który miał być o mojej pracy, że w moim dziale mam w cholerę obowiązków, ale najmniej mi pewnie płacą, że niektórzy to nieudolne lenie, że zawsze mnożą problemy, to powiedziała, że się pod tym nie podpisze i z redakcji się wypisała. Ja właściwie też.

Wolę prowadzić swojego bloga, w którym mogę pisać co chcę, o czym chcę i przynajmniej prawdę. O kolegach z dzieciństwa, o ludziach z sąsiedztwa i o samym sobie. No i najważniejsze, że mogę pisać o tym, że niektórzy to nieudolni lenie i że zawsze mnożą problemy.

bring it