Lutka została zgwałcona 19 października o godzinie 1:46 czasu lokalnego wśród gęstwiny nieco zapuszczonej części parku Chopina. Mimo, że od gwałtu upłynęło już trochę czasu, Lutce do dziś na samo wspomnienie trzęsły się jeszcze nogi. Przechadzała się tamtędy jak codzień, powoli, rozglądając się na boki. Wieczór był już chłodny i nieco deszczowy, ale Lutka nigdy łatwo się nie poddawała. Szła i szła i szła, aż w końcu drogę zagrodził jej ekshibicjonista, rozchylając poły swego płaszcza, pokazując wszystko to, co miał do pokazania. Lutka stanęła jak wryta, a jej oczy robiły się coraz większe i większe i większe. Lutka zbaraniała. No i ją zatkało. Patrzyła, jak szpak w eee… kość i uwierzyć nie mogła, że jej się to przytrafiło. Jak już otrzeźwiała, ruszyła wolnym krokiem w stronę tego zboka. Zbok cofnął się o krok. Lutka przyspieszyła. Zbok cofnął się dwa kroki, Lutka przyspieszyła bardziej, ten cofnął się trzy kroki, ta puściła biegiem. Lecz on widząc, co się dzieje, zapiął płaszcz i wciągnął majtki i zaczął uciekać.
Biegła za nim Lutka, aż się zasapała i nim się zorientowała, była wśród tych chaszczy, w tej dzikiej gęstwinie. Zgięta w pół, podparta dłońmi o kolana, zasapana stała, no bo w końcu miała już te swoje lata. Wydychała powietrze bezzębnymi ustami, przecierała dłonią swe spocone czoło. I gdy omal nie straciła przytomności w tej ciemnej alejce, zaszedł ją od tyłu drab i zasłonił usta. Wciągnął w krzaki, zadarł kieckę i ją wykorzystał. Leżała tak Lutka jeszcze przez godzinę, widząc w oczach gwiazdy, które jakoś dzisiaj świeciły tak jasno.
Lutka miała liście w każdym zakamarku, podniosła się z ziemi, z błota otrzepała, opuściła kieckę i poszła do domu z uśmiechem na twarzy, podśpiewując cicho. Chodziła po tym parku całymi nocami od kilku miesięcy, aż się jej trafiło to, o czym marzyła. Bo już była stara i bardzo zniszczona więc nikt jej dotknąć nie chciał, nawet po pijaku…
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwalciciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwalciciel. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 listopada 2013
piątek, 11 października 2013
o pięcioletnich lafiryndach i przesądnym pedofilu
Przeciętny gwałciciel ma pięć lat z okładem i przeważnie pochodzi z rozbitej rodziny. No i gwałci księży. Ci się opierają, lecz nie mają szans w tej nierównej walce. No cóż. Czasy się pozmieniały. Gwałciciele również. Opętane przez Hello Kitty (kto do cholery wie, co to za kapela?) sieją zgorszenie od Polski po Dominikanę. I nikt im nic nie zrobi.
Jak świat światem, lafiryndy stały na Bankowej, dzisiaj urzędują w co drugim przedszkolu. Zresztą jak przez mgłę pamiętam, teraz do mnie dotarło. Kiedy byłem chłopcem, wśród naszych kolegów z bloku też był jeden gwałciciel. Zadawał się z Marianem, pięćdziesięcioletnim kawalerem z sąsiedniego bloku. To znaczy wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to jest gwałciciel. Marian chyba też nie, bo sam mu kupował Lego i słodycze. Wszyscy temu koledze zazdrościli. W końcu taki kumpel to był skarb nad skarby. Nasz kolega często go odwiedzał i zawsze wychodził z drogimi prezentami. O Marianie sąsiedzi mówili, że jest dziwny. I przesądny. Nie do końca wiedziałem, co to słowo znaczy. Nie wiedział też tego nasz kolega z bloku, ale nie zdążył zapytać, bo Marian go rzucił w dniu trzynastych urodzin.
Marian prócz przesądów, miał też życiowego pecha, bo ledwo się wyswobodził, to znalazł się kolejny. Z ręka na sercu, to znalazł go sobie Marian. Dawał mu zabawki i karmił cukierkami. Nie wiem, jak się to skończyło i czy gwałty były, bo chłopaczek dostał niebawem cukrzycy.
Jak świat światem, lafiryndy stały na Bankowej, dzisiaj urzędują w co drugim przedszkolu. Zresztą jak przez mgłę pamiętam, teraz do mnie dotarło. Kiedy byłem chłopcem, wśród naszych kolegów z bloku też był jeden gwałciciel. Zadawał się z Marianem, pięćdziesięcioletnim kawalerem z sąsiedniego bloku. To znaczy wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to jest gwałciciel. Marian chyba też nie, bo sam mu kupował Lego i słodycze. Wszyscy temu koledze zazdrościli. W końcu taki kumpel to był skarb nad skarby. Nasz kolega często go odwiedzał i zawsze wychodził z drogimi prezentami. O Marianie sąsiedzi mówili, że jest dziwny. I przesądny. Nie do końca wiedziałem, co to słowo znaczy. Nie wiedział też tego nasz kolega z bloku, ale nie zdążył zapytać, bo Marian go rzucił w dniu trzynastych urodzin.
Marian prócz przesądów, miał też życiowego pecha, bo ledwo się wyswobodził, to znalazł się kolejny. Z ręka na sercu, to znalazł go sobie Marian. Dawał mu zabawki i karmił cukierkami. Nie wiem, jak się to skończyło i czy gwałty były, bo chłopaczek dostał niebawem cukrzycy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)