Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sex. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sex. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2015

bzzzzz

- Aaaaapsik! – kichnął, rycząc niczym lew starszy pan z siódmego rzędu, siedzący za Iwoną.
- o ku*wa – krzyknęła podskakując przestraszona Iwona, upuszczając na podłogę torebkę.
- ciiiicho kretynko – szepnęła Sabina.
- Naaaa cud Jonaszaaaaa, alle-luuuu-jaaaaa – zakończył pieśń organista.
Bzzzzzzzzzzz – uporczywe bzyczenie zakłóciło ciszę, która zapanowała, gdy proboszcz wchodził akurat na ambonę. Stare kwoki siedzące w pierwszych rzędach zaczęły oglądać się za siebie i patrzyły z dezaprobatą w stronę dziewczyn. Sabina, Iwona, Renata i Dżesika siedziały jakby nigdy nic, ale uporczywe bzyczenie nie ustawało.
- Bracia i siostry. Żyjemy w coraz bardziej zwariowanym i rozkrzyczanym świecie – zaczął proboszcz, robiąc znaczącą pauzę.
Bzzzzzzzzzzzz – dało się słyszeć ponownie.
- Ekhmm, ekhmm – chrząknął proboszcz, rozglądając się z góry. Jego wzrok zatrzymał się na  dziewczynach, stare kwoki z pierwszych rzędów obracały się coraz częściej, patrząc na nie ze zgorszeniem, Sabina, Iwona, Renata i Dżesika też zaczęły się rozglądać. Iwona spojrzała na siedzącego za nią starszego pana, a ten spoglądał na nią, kiwając głową i wykrzywiając usta z dezaprobatą. Dopiero teraz zorientowała się, że wszyscy patrzą na nią, łącznie z proboszczem z ambony.
- wyłącz ten telefon idiotko – syknęła Renata.
- to nie mój. Ja swój zostawiłam w domu – odpowiedziała jej Iwona.
- przecież to bzyczy z twojej torebki.
- ale to niemożliwe – szepnęła Iwona, sięgając do środka – przecież mówiłam, że ja tele… - zamilkła nagle, gdy zorientowała się, że ma w torebce wibrator. Chcąc go wyłączyć, włożyła do torebki drugą rękę, a Sabina chcąc ją ponaglić krzyknęła „szybciej” i stuknęła ją w ramię. W tym momencie torebka upadła na podłogę po raz drugi, a zażenowana Iwona została z wibratorem w dłoni.
- żyjemy w coraz bardziej rozkrzyczanym i zwariowanym świecie – kontynuował z ambony proboszcz – ale żeby chodzić do kościoła z mikserem?!...

czwartek, 4 grudnia 2014

sex małżeński

Chociaż byli małżeństwem zaledwie od siedmiu lat, to już od trzech nie układało im się w łóżku. Uprawiali sex od tak zwanego wielkiego dzwona i za każdym razem robili to jakoś tak beznamiętnie. Bez iskry. Na szybko.

- może byśmy się dzisiaj pokochali?

- ty znowu o seksie. Wciąż ci jedno w głowie.
- to jest ważne w związku. Mam swoje potrzeby.
- a ja dużo na głowie. Nie. Dziś mi się nie chce.
- choć szybki numerek. No nie daj się prosić.
- daj mi święty spokój. Wstaję jutro wcześnie.
- proszę, proszę, proszę. Mam wielką ochotę.
- a ja wręcz nie bardzo. I boli mnie głowa.
- już trzy dni z rzędu boli cię Andrzej ta głowa.

a o tym, jak skrzywdzić kobietę tu ;) click

czwartek, 6 listopada 2014

grupen...

Kasia jest szczęśliwa, bo w końcu dzisiaj doszła... Z Sebastianem. Sebastian doszedł wcześniej, ona chwilę po nim. Zrobili to z większą grupą.. Z pieszą pielgrzymką do Częstochowy.

sex w małym mieście, cz. 2

część I tutaj

Iwona, czyli Samantha długo nie mogła zapomnieć nieudanego seksu z pijanym proboszczem na cmentarzu. Otrząsała się z obrzydzeniem przez kolejny tydzień na samo jego wspomnienie. Sama myśl o tym, że ksiądz wkładał jej w majtki swoje łapy, a później dawał tymi łapami komunię jej ojcu przyprawiała ją o mdłości. Przy tym sam fakt, że pomylił ją z chłopcem, naprawdę już nie miał dla niej większego znaczenia.

Łatwego życia nie miała też Sabina, czyli Charlotte. Od kiedy rozeszła się plotka, że przeszła na judaizm, nikt z miasteczka nie chciał się z nią zadawać. Zaczęła też dostawać listy z pogróżkami. Próbowała dociec skąd to, ale na kopercie nie było nadawcy, ze stempla zaś wynikało, że był ze wsi Jedwabne.

Najlepiej ze wszystkich radziła sobie Mirinda. Chwilowa depresja Samanthy pozwoliła jej rozwinąć skrzydła. I zarzucić sieci. Na Józka. Józek może nie był najpiękniejszy, ale jak się nie ma, co się lubi, to na pierwszy raz i Józek się nadał. Życie puszczalskiej w małym miasteczku na Podlasiu generalnie nie było łatwe. Ale Mirinda, jak w filmie, łatwo się nie poddawała. Miała przysłowiowe jaja. Z przysłowiowej stali.

Józek zjawił się punktualnie o 21. Trochę onieśmielony, dlatego pałeczkę przejęła Mirinda. Po kilkunastu minutach rozochocony Józek wziął się do roboty. Dość ostro i zawzięcie. Mirinda zaczęła jęczeć. Coraz szybciej i coraz głośniej.
- o tak maleńka. Słyszę, że ci dobrze – powiedział chropowatym, zardzewiałym, jakby mechanicznym glosem Józek.
- Aaaaaaaaa – zaczęła krzyczeć Mirinda.
- krzycz kochanie, krzycz – mówił jak robot jakiś.
- Aaaaa. Na po-moc! Ra-tun-ku !– krzyczała Mirinda i wyślizgując się spod niego uciekła do miasta, krzycząc przeraźliwie, zostawiając na ławce osłupiałego Józka, znanego niemowę ze wsi.





środa, 5 listopada 2014

laski z promocji

- będziemy robić laski za czterdzieści złotych.
- za trzydzieści!
- za dwadzieścia pięć!!
- a w każdy poniedziałek dwie laski w cenie jednej.
- w piątki do każdej laski piwo gratis.
- i orzeszki.
- możemy mieć weekend szalonych cen.
- i zniżki dla stałych klientów.
- co szósta laska gratis.
- i zniżka na obiad.
- będziemy honorować MasterCard.
- i Visę.
- i robić to zbliżeniowo.
- zarobimy na opał.
- i naprawę dachu.
- i wymianę okien.
- co o tym sądzisz matko?
- myślę, że powinnyście odmówić koronkę, siostry, żeby zima była lekka.

poniedziałek, 6 października 2014

zombie

Teorię miałem taką, że każda, nawet najbardziej wydumana wizja tego świata, przedstawiana w filmach science-fiction pewnego dnia się spełni. I ta myśl mnie przerażała. Od dziecka. Do dzisiaj. Bo dziś kolejna straszna wizja się sprawdziła.

W podziemiach kopalni soli w Wieliczce działy się dantejskie sceny. Ludzie biegali w popłochu, we wszystkich kierunkach, uciekając podziemnymi korytarzami i krzycząc przeraźliwie. Co chwilę było słychać rozdzierający, mrożący krew w żyłach, rozpaczliwy krzyk kolejnej osoby. Odgłosy wydobywające się z kopalnianego szybu przyprawiały o ciarki obsługę muzeum i oniemiałych z przerażenia przypadkowych świadków. Pracownicy skansenu próbowali coś zrobić, jakoś pomóc, ale nie bardzo wiedzieli jak. Główny transformator został uszkodzony i na dole, w wyrobiskach panowały egipskie ciemności. Ciemności rozdzierane wrzaskami  przerażonych i bezbronnych, biegających ludzi, uciekających przed krwiożerczymi zombie. Bo dzisiaj zombie opanowały świat. A zaczęły w Wieliczce. Akurat, gdy my byliśmy tam na wycieczce. My, czyli ja, Isiu, Gołąb, Miriam, Mireczek i Malik.

Pie*dolony Malik.

Wszyscy chodziliśmy wytyczonymi ścieżkami, słuchając opowieści przewodnika. Przyjechaliśmy tutaj, bo mieliśmy fajne wspomnienia związane z trzydniową wycieczką, na której byliśmy jeszcze w czasach szkoły średniej. Najfajniejsze wspomnienia miał Gołąb. Zakochał się wtedy w Lence. I miał z nią pierwszy seks. Mówiliśmy mu wprawdzie, że poniżej pięciu sekund się nie liczy, ale on upierał się przy swoim. I do dziś ją kochał. Właściwie przyjechaliśmy tu się nachlać, trochę powspominać i odnaleźć miłość jego życia.

Mieliśmy po trzydzieści lat, ale słuchaliśmy fascynujących historii przewodnika, jakbyśmy chodzili do gimnazjum. Albo podstawówki. I kiedy tak podziwialiśmy misternie wykonaną, podziemną kaplicę, Malik postanowił zajrzeć do jednego z sarkofagów. I wtedy się zaczęło…

częsć II tu <click>

środa, 1 października 2014

sex w małym mieście

Carrie, Samantha, Charlotte i Mirinda miały się za gwiazdy. Właściwie to Iwona, Renata, Sabina  i Dżesika. Przez duże DŻ-y. Miało być bardziej oryginalnie, ale stary Marczuk nie znał angielskiego ni w ząb. Imię wymyśliła jego żona, która angielskiego kiedyś liznęła na powiatowym kursie finansowanym przez Unię. Nauczyła się gud myrning i senkju, ale kiedy pięćdziesiąt procent uczestniczek z kursu zrezygnowało, to Marczukowa nie chciała chodzić sama. W Urzędzie Gminy nie wiedzieli, jak to napisać. Nie wiedzieli też w sąsiedniej gminie, ani w Urzędzie Powiatowym. Więc została Dżesiką. Ale za to przez duże DŻ-y.

Carrie, Samantha, Charlotte i Mirinda to były ich pseudonimy. Wszystkie były zafascynowane „Seksem w wielkim mieście”, choć same mieszkały w małej pipidówie. Pewnego dnia postanowiły lansować się na swoje bohaterki. Koleżanki mówiły wprawdzie Mirindzie, że w serialu to była akurat Miranda, ale jej bardziej podobało się Mirinda. I ch*j. I co zrobisz, jak się baba uprze?

Iwona została Samanthą. Choć akurat najmniej ją przypominała. Była wielka i nieociosana, z kwadratową gębą o rumianych licach. I nie miała cycków. Samanthą akurat chciała być każda, ale Iwona była najsilniejsza. Nawet wśród chłopaków ze wsi. Zresztą wszyscy ją z chłopakiem mylili, a gdy ktoś tam coś tam, to w mordę dostawał.

W życiu jak w filmie. Pierwsza z chłopakami zaczęła urzędować Samantha, próbując szybkiego numerku z kolesiem na cmentarzu. Lecz jej się nie podobało. Bo proboszcz był nachlany. I w filmie, jak w życiu. Pomylił ją z chłopcem.

część II tu <click>

poniedziałek, 29 września 2014

ile za numerek?

Patrzył na nią ukradkiem, każdego dnia, idąc do pracy. Zazwyczaj maszerował szybkim, zdecydowanym krokiem, ale gdy zbliżał się do miejsca, w którym stała, zwalniał nieco, prostował się, wciągał brzuch i zerkał na nią dyskretnie, sycąc się tym pięknym widokiem na resztę dnia. Stała zawsze na tym samym rogu, tuż przy wejściu do Urzędu Miasta. Posągowa piękność. Od kolegów z pracy wiedział, że ma na imię Swietłana. Paru z nich skorzystało już z jej usług. Skorzystała też nawet jedna koleżanka.

Swietłana była taka młoda, taka atrakcyjna. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio widział taką piękność. Przez te wszystkie lata małżeństwa nie zwracał uwagi na inne kobiety, ale od kilku miesięcy, od kiedy jego żona przeniosła się na stałe do drugiego pokoju, czuł, że czegoś mu brak. Od dawna im się nie układało. Dlatego też przyglądał się innym. A właściwie tylko jednej. Swietłanie. Uważał wprawdzie, że jej makijaż był zbyt wyzywający, a i ubierała się nieco ekstrawagancko. Ale nie wyglądała ani zbyt wulgarnie, ani tandetnie, czy tanio. Wyglądała śmiało. A on miał kompleksy i był ciut wstydliwy.

Pewnego ranka podszedł do niej i zapytał niepewnie.
- ile za numerek?
- standardowo. Sto pięćdziesiąt.
Westchnął ciężko, sięgnął do portfela i wręczył jej odliczone banknoty.

Ten system kolejkowy z numerkami był do dupy, ale nie miał wyjścia ani czasu, a dziś już w końcu musiał zarejestrować samochód.

środa, 24 września 2014

nimfomanka

Kiedy zaczęły krążyć plotki o tym, że Eliza zostanie powołana na Rzeczniczkę do spraw równego traktowania kobiet, panią Anielę zaczęła rozpierać prawdziwa duma. Sama wychowywała córkę, harowała na dwa etaty, żeby zapewnić jej dodatkowe zajęcia, a później wspierać ją, gdy wyjechała na studia do miasta. To znaczy do wielkiego miasta, bo same też mieszkały w mieście, ale w trochę mniejszym. Takim pięciotysięcznym. Czyli w pipidówie.

Wieść szybko rozeszła się po miasteczku, po popołudniowym wydaniu „Panoramy” na Dwójce. Pani Aniela chodziła po rynku dumna jak paw. Wszyscy, wszędzie, na każdym straganie opowiadali o tym wielkim wydarzeniu. Poza księdzem Janem, tym od Hetmańczyków, którego wzięli na proboszcza do Sandomierza, nikt więcej kariery w mieście nie zrobił. Ludzi rozpierała duma. A najbardziej panią Anielę.
- to moja córka – mówiła – jest po psychologii i jest nimfomanką.
Ludzie kiwali głowami z podziwem, trochę pani Anieli zazdroszcząc. Nie wiedzieli wprawdzie co to jest ta nimfomanka, ale jak mówili o niej w telewizji, to musiała być to całkiem niezła fucha.

Następnego dnia pisały o tym wszystkie gazety. Pani Aniela kupowała je wszystkie i w dwóch egzemplarzach.
- to moja Eliza. Jest nimfomanką, skończyła psychologię.
- patrz pani – skwitowała kioskarka – jakich to różnych rzeczy tera na tych studiach uczo.

Kiedy w miasteczku pojawili się dziennikarze z różnych telewizji i gazet, mieszkańcy ochoczo z nimi rozmawiali. Nagle każdy pamiętał Elizę z dzieciństwa. To u kogoś kupowała co rano świeże pieczywo, to ktoś jej kiedyś pomógł naprawić rower.
- to nasza Eliza – mówili – Zawsze zdolna była. No i patrz pan, panie. Nimfomanka.

Kiedy Elizę z hukiem wylali po dwóch tygodniach piastowania stanowiska, w miasteczku zawrzało. Zawrzało też w ministerstwie. Wstawiły się za nią wszystkie koleżanki z którymi działała. Przez ostatnie lata, jako feministka.



wtorek, 23 września 2014

fakya bro

część I tu <click>

część II tu <click>


Samantha. Tak miała na imię prawdziwa matka Malika. Właściwie to Iwona, ale prosiła wszystkich kumpli z dzielni, żeby nazywali ją Samanthą. Przez h w środku, bo czuła się bardziej sexy. To w jej opinii, bo generalnie sprawiała wrażenie taniej lafiryndy. A zresztą nie tylko sprawiała. Samantha zaczęła urzędować z chłopakami dosyć wcześnie. To znaczy, jak na standardy dzielnicy, w której mieszkała to dosyć późno. Miała 14 lat i wszystkie koleżanki z niej się śmiały, że jest żelazną dziewicą. W pierwszej klasie gastronomika pocałowała się z Grześkiem, później z Waldkiem, kiedyś znowu z Grześkiem, a na końcu wylądowała na wersalce Jacka, kumpla z klatki obok, gdy akurat starzy poszli do roboty. Gdy się okazało, że jest w ciąży, tak naprawdę nie wiedziała do kogo się zwrócić. Z Grześkiem całowała się wprawdzie dwa razy, ale z Waldkiem za to z języczkiem. Podejrzenia padały też na Jacka.

Kiedy Samantha urodziła dziecko, postanowiła podrzucić je na klatkę starej kamienicy dwa osiedla dalej. Kamienicy, w której mieszkali państwo Zuanzi. I kiedy pani Zuanzi schodziła późnym wieczorem, żeby wynieść śmieci, potknęła się o małe zawiniątko na ciemnej klatce schodowej.
- Hamuka te – syknęła pani Zuanzi, co w wolnym tłumaczeniu brzmiało: ku*wa mać. 
W tym samym momencie zawiniątko się poruszyło i zaczęło płakać. Pani Zuanzi ze zdumieniem spojrzała na noworodka i po naradzeniu się z mężem, postanowiła przygarnąć maleństwo i wychowywać jak swoje, pilnie strzegąc tej tajemnicy przed Rysiem, bo takie imię widniało na karteczce, przyczepionej do znoszonego becika. I nazwisko. Malik. Choć nikt nie miał pewności, że ono jest prawdziwe.

Żal nam do cholery było tego Malika. Znaliśmy się tyle lat i tyle wspólnie przeżyliśmy. Każdemu z nas kroiło się serce, jak patrzył na jego cierpienie. A on to zaczął wykorzystywać. W ogóle to stał się jakiś agresywny i nazywał nas nie inaczej, jak pieprzonymi białasami. To znaczy wszystkich prawie, poza Miriamem. Miriam dalej tkwił w tym całym „szoku” i co spotykał Malika, to zawsze powtarzał:
- stary. No ku*wa uwierzyć nie mogę. Ciągle to do mnie nie dociera. Szok. Dla mnie zawsze będziesz czarny.
- dzięki Miriam. Na Ciebie zawsze mogłem liczyć.
- jesteś czarny jak smoła. No patrz, jak tyle lat można było się mylić. Szok.
- No. Widzisz.
- dla mnie jesteś czarny, jak węgiel w kopalni. No szok. Po prostu szok.
- zajebioza.
Miriam nadużywał słowa szok i prawdę mówiąc przeginał pałę. Przez całe lata brał udział w spisku, udając, że wierzy w to, że Malik jest czarny, a teraz robił wszystko, żeby się wybielić. Wkurzaliśmy się z chłopakami trochę, pamiętając jeszcze, jaką awanturę Malik zrobił Mireczkowi, gdy ten dal mu kanapkę akurat z białym serkiem. Przysłuchiwaliśmy się temu dialogowi wkurzeni.
- no Malik… między nami nic się nie zmieniło – powiedział Miriam. – Będę kochał cię, jak brata. Dla mnie jesteś czarny, bro. 
Jak już powiedział do Malika bro, to Isiowi puściły nerwy.
- Malik. Wszyscy wiedzieliśmy, że jesteś biały. I to od czasu szkoły średniej. Miriam też wiedział.
Malik zaskoczony spojrzał na Miriama, Miriam zaskoczony spojrzał na Isia, a Isiu pokazał mu faka,
- fakya bro – dorzucił.
- Nieprawda. Malik. On łże. Dla mnie jesteś czarny jak smoła, jak sadza, jak ziemia do kwiatków, jak, jak, jak… eeee
- jak co? – zapytał Malik.
- jak ciemna dupa – szepnął do ucha Miriama Mireczek.
- jak ciemna dupa – powtórzył bezmyślnie Miriam, po czym zanim się zorientował, leżał na ziemi z krwawiącym nosem.
- i nie mów do mnie nigdy więcej bro. Pieprzony białasie.

poniedziałek, 21 lipca 2014

fuck out loud

część I tu....


3 lipca

Jest jazda. Dzisiaj kolo z klatki numer 14 przyprowadził sobie nową. Szedł z nią z parkingu w stronę domu, prężąc się dumnie,  taszcząc w ręce butelczynę wina i jakieś przekąski. Z doświadczenia można by powiedzieć, że do widowiska (a raczej słuchowiska) dojdzie za godzinę. Sława kolesia sięga już dwie klatki na lewo i dwie klatki na prawo. I na tyle samo klatek w bloku naprzeciwko. Ci z balkonu w klatce numer 12 jak zwykle są zdziwieni. Ta, co mieszka pod kolesiem, coraz bardziej nerwowo pali papierosy. Sąsiedzi z klatek obok wylegli na balkony, sadowiąc się wygodnie. Jakiś kolo z klatki numer 16 zaczął rozpalać na balkonie grilla. Mili, starsi państwo, z klatki numer 10, zaprosili nawet do siebie znajomych. Pani z parteru zaczęła przesadzać kwiatki, choć robiła to zaledwie dwa tygodnie temu. Jest moc. Jest też jazda. A ona krzyczy.

5 lipca

Kolo ma już stałe grono słuchaczy. Gdy tylko sprowadza do domu jakąś nową laskę, wieść o tym roznosi się pocztą pantoflową i w ciągu kilku minut wszyscy sąsiedzi są już na balkonach. Oraz ich znajomi. Bo za każdym razem słuchaczy przybywa. Bywa niebezpiecznie. Jak ostatnio, gdy ci z dołu odpadli z barierką. Było bardzo tłoczno, ci się wychylali, barierka puściła, no i wylecieli. Całe szczęście dla nich, że mieszkanie było na niskim parterze.

Napięcie między sąsiadami wzrasta. I to bynajmniej nie między NIM a resztą, a raczej wśród reszty między sobą. Sąsiadki patrzą na nowego rozmarzonym wzrokiem, sąsiedzi albo nienawidzą, albo ignorują. Się dzieje.

Na przykład ta, nerwowo paląca papierosy, uchyliła ostatnio drzwi balkonowe i zawołała męża. Coś tam do niego mówiła, żywo gestykulując, on wyszedł na balkon, posłuchał chwilę, po czym machnął ręką, nadął usta, zrobił pfff i wrócił do środka.

Sąsiad robiący na balkonie grilla, podając ostatnio żonie sporej wielkości kiełbaskę, usłyszał kąśliwe: ehh, pomarzyć można.

No i ci z balkonu w klatce numer 12 jacyś tacy inni. On ciągle jest zdziwiony, a ona wsłuchując się w odgłosy rzuciła pod nosem:
-oj Krystian, Krystian. Żebyś ty tylko jajka gotował minutę…

niedziela, 20 lipca 2014

#niezlagratkaglosnyorgazmmasasiadka


17 czerwca.

A więc tak. Jest kilka możliwości. Albo ten z klatki numer 14 ma nową lafiryndę, albo ta z klatki numer 14 ma nowego gacha, albo wprowadzili się tam zupełnie nowi sąsiedzi. Ewentualnie viagra jest tak dobra, jak to o niej mówią. W każdym razie nowym serdecznie gratulujemy. To pierwszy taki głośny orgazm na naszym osiedlu, a mieszkamy tu już jedenaście lat.

23 czerwca

Leje deszcz i dzwoni o dachy i parapety, a ja siedzę na kanapie i słyszę ją głośno i wyraźnie. Wychodzę na balkon na papierosa. Nasłuchuję lecz nic mnie już nie zdziwi. Na zdziwionych wyglądają za to ci z balkonu, w klatce numer 12.

27 czerwca

Jest niemiłosierny upał, wszystkie okna pootwierane. Mimo późnej pory sąsiedzi wysiadują na balkonach. Poza tymi z klatki numer 14. Ci jadą. I to jak zwykle głośno. Po głosie rozpoznaję, że ten koleś to jest tam na stałe. Za to po tonacji wnoszę, że laska jest nowa. Chociaż równie głośna. I na dodatek głupia. Sąsiedzi z balkonu w klatce numer 12 też tak chyba myślą. I wyglądają, jak zwykle, na zdziwionych. W każdym razie wiemy już, że laska ma lordozę, że może wychlać dwanaście browców i że kobiety nie puszczają bąków, tylko delikatnie wypuszczają powietrze. Ani ja, ani ci z balkonu w klatce numer 12 nie wiemy jeszcze, czy zdarzyło jej się przed, czy po, czy w trakcie. Kolo zaczyna ziewać. Równie głośno, jak ta przed chwilą jęczała. Chyba też uważa, że ona jest głupia.

28 czerwca

Policzyłem, że 12 browców x 3,99 zeta + orzeszki za 6,99 to i tak mu się opłaca. Bo za 50 zeta, można mieć jedynie loda. Chociaż może jak się zrobił sławny, to te browce laski same sobie przynoszą?

30 czerwca

Ten jedzie, ta krzyczy, ci z balkonu w klatce numer 12, wyglądają, jak zwykle, na zdziwionych. Ta z mieszkania pod nimi stoi na balkonie i nerwowo pali papierosa. Jest nieźle. A to dopiero początek lata.

część II tu... <click>

piątek, 18 lipca 2014

bo kochałem go i wciąż za nim tęsknię


To było moje prawdziwe, wielkie, o ile nie największe, młodzieńcze zauroczenie. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, a on był ode mnie zaledwie trzy lata młodszy. Był Niemcem. Z dziada pradziada. Pamiętam, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. W internecie. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia, jeżeli można tak powiedzieć o kimś, kogo nigdy wcześniej na własne oczy się nie widziało. Ale wiedziałem, że to ten, jedyny i że jest mi przeznaczony. Pragnąłem jak diabli, jak nigdy wcześniej, jak słońca, jak wody, jak tlenu. Dzieliła nas granica i kilkaset kilometrów, ale cóż to znaczyło w obliczu wielkiej miłości. Mojej do niego. Bo czy jego, to nie wiem.

Zaburzył mój spokój na długo, myślałem o nim ciągle, kładłem się spać z myślą o nim. Śniłem o nim i budziłem się rano, myśląc kiedy w końcu go zobaczę. I pamiętam ten dzień, jak dziś. Majowy, ciepły, słoneczny. A może tylko mi się wydawało? Moje serce biło coraz mocniej i coraz szybciej. Emocje sięgały zenitu, moje podniecenie rosło z każdą chwilą. Nigdy wcześniej, ani też nigdy później nie przeżywałem takiej ekscytacji. Nie mogłem się doczekać, aż dojadę do Berlina, a im bliżej miasta byłem, tym droga wydawała się dłuższa.

Zobaczyłem go z daleka, dojeżdżając taksówką pod właściwy adres. Stał tam i czekał na mnie. Wyglądał tak samo, jak na zdjęciach w internecie. Choć może nawet nieco lepiej. Piękny i zadbany. Jego wspaniała sylwetka, delikatna w dotyku, połyskująca w promieniach słońca skóra. Drżałem, kiedy dotknąłem go po raz pierwszy… Wydaje się to niemożliwe, ale po latach wciąż dobrze pamiętam to uczucie. Ten dreszcz, tę radość, emocje. Tę miłość od pierwszego wejrzenia do mojego pięknego, wyśnionego i wymarzonego, zabytkowego Mercedesa 230 coupe z 1978 roku.

Do dziś przeklinam ten dzień, w którym go sprzedałem....

wtorek, 1 lipca 2014

pigułka samogwałtu

Zasada wpajana wszystkim małym dzieciom, żeby nie brały cukierków od przypadkowo poznanych, obcych panów, to bardzo dobra zasada i powinna być przestrzegana też w dorosłym życiu. Nawet w czasach kryzysu, kiedy było biednie, przestrzegaliśmy jej wspólnie z kolegami z naszego podwórka. No może nie licząc cukierków od dziadka Leszczyńskiego. Wszystkie dzieci z bloku wołały do niego „Dziadek”, a on zawsze miał w kieszeni dla nas coś słodkiego. No, ale dziadek Leszczyński był niegroźny. Był bardzo stary i bardzo schorowany. I ledwo stał na nogach, więc nie było mowy, żeby jemu ten.., no… tego na widok młodego chłopca.

Co innego Jasiek. Nasz kolega. Trzykrotnie starszy od nas, gdy my mieliśmy mniej więcej po trzynaście lat z okładem. Wprawdzie nie rozdawał nam cukierków, ale za to kupował takiemu jednemu lego. Fajfer pękał z dumy i nam pokazywał wciąż nowe prezenty. Aż się okazało, że za te prezenty Jasiek skradł podstępem wianuszek Fajfera. Czy co tam się kradnie takim młodym chłopcom. Ale nie o tym miało być.

Zasady „niebrania” cukierków od obcych nie przestrzegał także Malik. I się w końcu naciął, gdy mu jeden koleś przyniósł bombonierkę. Ostatnią rzeczą, którą zapamiętał Malik,  było to, że bombon był czekoladowy, a likier wiśniowy. No i jeszcze tylko tyle, że ledwo go przełknął, to od razu prawą ręką sięgnął do rozporka. Gdy ocknął się po czasie, leżał na podłodze, ze spodniami i majtkami spuszczonymi  do kolan, a gdy chciał się ruszyć, poczuł bół w ramieniu i pieczenie w kroku. Nie wiedział jak długo, ani co dokładnie w tym czasie wyprawiał, ale jego ręka znów powędrowała w dół i zaczął nią poruszać, bezwiednie, wbrew woli. I zemdlał. Może trochę z bólu, może z wycieńczenia. I gdy go znalazły koleżanki z pracy, to się okazało, że złośliwy petent dał mu bombonierkę, nafaszerowaną wcześniej nowością na rynku. Pigułkami samogwałtu.

piątek, 25 kwietnia 2014

dupa, jesień, średniowiecze

Wczoraj wieczorem przekonałem się boleśnie, co znaczy mieć z dupy jesień średniowiecza. Bo wczoraj wieczorem przyszedł do mnie Adrian. Ehh, ten cały Adrian. Wpadł niby przypadkiem, że podobno był w okolicy, właściwe tuż obok, prawie po sąsiedzku, przyniósł jakieś wino, no i było miło. Bo Adrian to jest naprawdę fajny facet. Zawsze bardzo go lubiłem. Właściwie wydaje mi się, że Adrian mnie tak trochę też. No może bardziej niż trochę. Byliśmy dla siebie kimś więcej, niż tylko kolegami. W końcu zawsze, w każdej kwestii świetnie się dogadywaliśmy. Zawsze mogliśmy też na siebie liczyć, lubiliśmy swoje towarzystwo. No i jak mówiłem, zawsze było miło. Ale nie tym razem.

Bo tym razem bolało...

Choć w zasadzie potrzebowałem dziś relaksu, w trakcie tego cholernego remontu, to przeholowałem z winem. Niewyspany od kilkunastu dni, utyrany od rana do wieczora, załatwiłem się na cacy nędzną butelczyną wina. W dodatku wypitą na spółę. Z kolegą Adrianem. On też był niewyraźny, ale to akurat nic nadzwyczajnego, bo odkąd pamiętam, to miał słabą głowę. I gdy skończyło się wino, wstaliśmy z podłogi i dość chwiejnym krokiem poszliśmy do sypialni, w której rozwaliłem wcześniej pół konstrukcji dachu. Adrian chciał zobaczyć i miał to ocenić swym fachowym okiem. I gdy tak oglądał nadwątlone krokwie, chwycił się sufitu, który runął na mnie, a ja na podłogę, upadając dupą na deskę z gwoździami.

sobota, 12 kwietnia 2014

edukacja seksualna

- patrz mamo, jakie to miłe, że Lilianka zaprosiła nas na swoją osiemnastkę. Ja jej na swoją nie zapraszałem.
- bo jak ty miałeś osiemnaście lat, to Lilianka była dopiero w planach na przyszły rok.

Kurczę. Mama to jednak jest bystrzacha. Od dziecka taka była, to znaczy od czasu, kiedy ja byłem dzieckiem. A to powodowało, że strasznie ciężko było zrobić mamę w ch... Znaczy w konia. Było to zwłaszcza kłopotliwe, gdy wyrywałem się, na przykład, na zakupy i chodziłem od sklepu do sklepu, żeby kupować wszystko najtaniej i zaoszczędzić sobie na fajki. Było o tyle łatwo, bo kasy fiskalne były jedynie w supersamie, ale mama skrupulatnie mnie zawsze z reszty rozliczała. Ale ja też byłem bystrym chłopcem. Po mamie. I właściwie nie wpadłbym nigdy z tymi fajkami, gdyby nie ciotka Greta, mama Lilianki.

Ciotka Greta z wujem Adamem odwiedzili nas kiedyś w sobotę, akurat gdy byłem na zakupach. Przyjechali sprzedać samochód na giełdzie. I po wszystkim wpadli do nas. Kiedy, nie spodziewając się niczego złego, wróciłem do domu, natknąłem się na ciotkę Gretę, która mnie wyściskała i wycałowała, po czym głośno skomentowała:
- oj Rafałku, Rafałku. Czuć od ciebie papieroski.
- ode mnie? Niemożliwe. To może od sąsiada, bo palił na dole, a ja stałem obok.
- chuchnij - powiedziała mama.
- sama sobie chuchnij - i plask. Ręka mamy na moim pysku była szybsza niż myśl. To właściwie jedyny raz w życiu, kiedy dostałem od mamy po gębie.
- ojojoj - skomentowała ciotka, cmokając z dezaprobatą.

A kiedy goście wyszli, miałem trzygodzinną pogadankę na temat palenia, głupoty, niewdzięczności, złego wychowania i takie tam ogólnie. Kurde, już chyba wolałbym rozmawiać z ciotką Gretą na temat mojego ożenku. Bo ciotka Greta, od czasu, gdy skończyłem chyba szesnaście lat, pytała mnie czy mam dziewczynę i kiedy się ożenię. I tak za każdym razem.

A dzisiaj? Dzisiaj Lilianka kończy osiemnaście lat i najwyższy czas, żeby ciotka Greta przeprowadziła z nią rozmowę na tematy seksu. Bo z nami mama o "tych rzeczach" nigdy nie rozmawiała. Ale ciotka Greta ma szansę czegoś jeszcze o seksie się nauczyć.

środa, 2 kwietnia 2014

bo spiralka była za długa - czyli o antykoncepcji

Krystyna przez całe długie lata była zwolenniczką naturalnej antykoncepcji. Żyjąc zgodnie z naukami swojego kościoła, stosowała wyłącznie kalendarzyk małżeński. Starała się też nie ulegać pokusom męża i używać seksu tylko w celach prokreacji. A że chciała utrzymać Kazika i czasem też jej się zachciało...

Oznaczała więc dni płodne i niepłodne, sporo na ten temat czytała, słuchała też porad eksperta proboszcza i wszystkim się szczyciła, że oni z Kazikiem tylko naturalnie. Bez żadnych pigułek, czy prezerwatywy. Metoda Krystyny okazała się dość zawodna, no chyba, że Kazik czasem ją zaskoczył, gdy dość mocno spała.

W każdym razie, mając trzydzieści dwa lata i ośmioro dzieci Krystyna poczuła, że już jest styrana. Postanowiła porzucić ten swój kalendarzyk i stosować metody bardziej nowoczesne i raczej sprawdzone. Krystyna założyła sobie spiralkę.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby spiralka Krystyny nie była za długa. Bo jadąc PKS-em, do miasta, do pracy i siedząc wygodnie, Krystyna podskakiwała na każdym wertepie. Właściwie na wertepach podskakiwali wszyscy, lecz ona najwyżej, uderzając głową w sufit autobusu. Podróże do pracy były dość bolesne i Krystyna wychodziła wciąż poturbowana. Zaczęły ją wkurzać bandaże na głowie. A wszystkiemu winna przeklęta spiralka, z którą Krycha w końcu bez żalu się rozstała, opisując szkodliwość tej metody w gazetce parafialnej.

poniedziałek, 31 marca 2014

o męskiej przyjaźni Jose i Fernando

O męskiej przyjaźni Jose i Fernando będzie kiedy indziej. Prawdopodobnie. Bo głowy nie dam.. 

Prędzej chyba zostanę profesjonalnym grafikiem. A całkiem nieźle mi idzie...

sobota, 29 marca 2014

glory, glory, alleluja

To był ostatni dzień jej wakacji. Siedziała w hotelowym barze, leniwie sącząc drinka i rozglądając się wokoło obserwowała ludzi. Znała większość tych twarzy od dwóch tygodni, spotykała je każdego dnia, po kilka razy, przy hotelowym korycie. To znaczy przy szwedzkim stole, w hotelowej restauracji, na wczasach all inclusive, w gorącym Meksyku. Po co ona, do cholery, przyleciała do tego Meksyku? Co ona tu widziała? Piramidy na jednej z fakultatywnych wycieczek? Meksykańską kapelę? Kaktusy w donicach? Wynudziła się jak mops i w zasadzie nie spodziewała się już żadnych atrakcji. Popijając margaritę przeleciała obojętnym wzrokiem jeszcze raz po całym towarzystwie i nagle po drugiej stronie baru zobaczyła JEGO.

- Oooo słodki Jjjjjezusie - zaskomlała w duchu. Oooo jjjaaasna cholera. O święta panienko, zaraz padnę trupem. Ciekawe jak wyglądam?! Ciekawe jak włosy?! No gdzie to lusterko. No przecież...
- Choleera jasna! Matko boska! Psiaaa kreeew! - myśli kotłowały jej się w głowie, gdy nerwowo grzebała w plażowej torebce.

Takich facetów nie widywała na codzień. Z racji wykonywanego zawodu obracała się wśród gejów. Jej serce zabiło mocno, wzrósł puls, a na policzki wypłynęły różowe rumieńce. Płoniła się zresztą dość często, bo na codzień była skromna i raczej nieśmiała. I tymczasem, gdy tak grzebała w tej torebce, szukając lusterka, ON dosiadł się obok, stawiając przed nią, na barze, kolejnego drinka. Czuła, jak oblewa ją fala gorąca, na zmianę z zimnym potem. Czuła wzrastające z każdą sekundą podniecenie. Ten żar palący ją od środka. Uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznała.

Nawet się nie zorientowała, kiedy znaleźli się w hotelowej windzie, całując się namiętnie i nerwowo rozbierając. Ich dłonie błądziły wzajemnie po ich ciałach, ich usta przywierały w namiętnym pocałunku, jego lędźwie przywierały do jej bioder. Zanim dotarli do jego pokoju, byli już prawie nadzy. Jego usta pieściły jej usta, jej szyję, jej piersi, jej brzuch i schodziły coraz niżej i niżej i niżej i...

- aaaaaaaahhhh - wyrwało się z jej piersi. Nikt, nigdy wcześniej nie zrobił jej tak dobrze. Kiedy spojrzała w jego oczy, widziała w nich tylko dziką żądzę. Była cała jego i kiedy w nią wchodził, z rozkoszy omal nie umarła. Cały świat zawirował. Rozstąpiły się niebiosa i nastała jasność i zabiły dzwony. Glory, glory, alleluja. Wiła się na łóżku niczym wąż, jęczała coraz głośniej i głośniej, głośniej biły też dzwony. I zaraz pukanie.
- siostro Małgorzato. Siostro Małgorzato. Matka przelożona wzywa. Na nieszpór znów zaspałaś.

sobota, 22 marca 2014

jak Staszek Marka brał od tyłu


Marzena i Marek byli szczęśliwym małżeństwem od czternastu lat. Dla znajomych ich związek stanowił wzór do naśladowania. Szczęśliwi, wciąż w sobie zakochani, odnosili się do siebie z niesamowitym szacunkiem. Marek był pierwszym mężczyzną w życiu Marzeny. Był jej całym światem, który zawirował, gdy on pojawił się u jej boku. Kochała go nad życie, była mu wierna i od dnia, kiedy go poznała, inni mężczyźni przestali dla niej istnieć. Marzena codziennie dostawała też od Marka dowód tej miłości. Owocem tej miłości była Jagoda, ich dwunastoletnia córka i Adaś, od Jagódki nieco młodszy. Wspólnie tworzyli piękną, kochającą się rodzinę. Do dzisiaj.

Bo dzisiaj Marzena wyszła z sądu, z ostatniej rozprawy, na której sędzia orzekł rozwód. Rozwód z winy Marka. Jej ukochanego niegdyś Marka, który zdradził ją ze Staszkiem, jego najlepszym przyjacielem, jeszcze z czasów studiów, co Marzena odkryła przypadkiem, wracając do domu z dziećmi wcześniej, po ewakuacji kina. Marzena była zdruzgotana. Dla niej to był koniec. Koniec świata, który w tej jednej, krótkiej chwili legł w gruzach. Choć Marek przez wiele miesięcy próbował ten świat ratować.

Sędzia, który niejedno pewnie w życiu widział i słyszał, słuchał jej zeznań z rozdziawionymi ustami. Bo i okoliczności zdarzenia były szokujące. Kiedy Marzena wróciła z dziećmi z kina wcześniej, zobaczyła swojego ukochanego Marka, leżącego na brzuchu, na kuchennym stole, ze spodniami spuszczonymi do kolan, z wzrokiem nieco mętnym, jakby błogim, wymieszanym z grymasem bólu. Tuż za nim stojącego Staszka, również bez spodni, obejmującego czule jej męża, który wydawał się to sytuacją bardzo zaskoczony. Najbardziej zaskoczone widokiem były jednak dzieci. Stały z rozdziawionymi buziami, ich oczy były wielkie jak spodki i stawały się coraz większe, dopóki Marzena nie zasłoniła ich swoimi drżącymi rękami. To był koniec. Choć kilka godzin wcześniej nic tego nie zapowiadało.

Bo kilka godzin wcześniej Marek, korzystając z okazji, że będzie miał wolny wieczór, zadzwonił do Staszka, zaprosić go na wódkę. I gdy wspominali stare czasy, stracili hamulce i wypili dodatkowo połówkę na głowę. By nieco otrzeźwieć, Marek zrobił kawę i siadając przy stole, wylał wszystko z kubków na siebie i Staszka. Dokładnie na spodnie. Wyskoczyli z krzykiem, mocno poparzeni, drąc się jak cholera, ściągając na szybko oblane wrzątkiem, parzące ich spodnie. Staszek zdarł je szybko, podskakując z krzykiem, lecz Marek się zaplątał i wpadł na stół, uderzając czołem o blat i tracąc przytomność. I kiedy Staszek wziął go pod ramiona, żeby go podnieść i ocucić i sapiąc i stękając, usłyszał zgrzyt klucza w zamku….


bring it