Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2014

pani Wanda, zboczeniec i policjanci

- Proszę opowiedzieć jeszcze raz, od początku, ale tym razem spokojnie, co się wtedy wydarzyło  – powiedziała zrezygnowanym głosem sędzia, rozmasowując palcami wskazującymi skronie.

Z zeznań pani Wandy:

- a więc tak – zaczęła wzburzona. Odprowadzałam córkę do przedszkola i zobaczyłam tego zboczeńca (tu wskazała palcem na siedzącego na ławie oskarżonych pana Władka) rozdającego dzieciom cukierki i głaszczącego je po głowach.
- i co było dalej?
- wezwałam policję, a później rzuciłam się na niego z parasolką.

Z zeznań policjanta:

- otrzymaliśmy zgłoszenie o mężczyźnie, który pod przedszkolem rozdaje dzieciom cukierki i głaszcze je po główkach. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zauważyliśmy kobietę okładającą tego zboczeńca (tu wskazał palcem znów na pana Władka) parasolką. Nie myśląc wiele, rzuciliśmy się na niego i zaczęliśmy okładać go pałkami.

Z zeznań pana Józefa, działacza z SOLIDARNOŚCI:

- przechodziłem akurat koło tego przedszkola – mówił roztrzęsiony – i zobaczyłem tych milicjantów okładających pałkami tę panią i tego tam (wskazał palcem na pana Władka). Nie myśląc wiele rzuciłem się na nich i zacząłem ich bić laską. Ale kiedy dowiedziałem się, że ten zboczeniec (tu ponownie wskazał pana Władka) rozdawał dzieciom pod przedszkolem cukierki i głaskał je po główkach, przywaliłem mu w plery, aż złamałem laskę.

Z zeznań pana Władka:

- wstałem tego dnia, jak co dzień, przed siódmą rano. Wyciągnąłem z szafy swój czerwony strój oraz czarne buty. Przykleiłem brodę i wyszedłem z domu odpracować zlecenie. To był 6 grudnia….


sobota, 8 marca 2014

to jest napad

Połomski nigdy nie pamiętał daty, w której odbywał się odpust w jego rodzimej parafii. Mieszkał tu od dziecka, kiedyś z matką i ojcem, dziś z żoną i synkiem, po tym, gdy jego rodzice kupili dom na przedmieściach i przenieśli się do niego, zostawiając im swoje wygodne mieszkanie w samym centrum miasta. Odpust był dla Połomskiego jedyną w roku okazją do odwiedzenia kościoła. Szedł wtedy z żoną i synem na mszę, a później wspólnie szwendali się po straganach, kupując słodycze, balony i inne zabawki.

I w tym roku Połomski kupił swojemu trzyletniemu synowi glocka. Na kapiszony. Trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach te zabawki wyglądają dość realistycznie. Właściwie zupełnie, jak prawdziwe. Dziecku prezent bardzo się spodobał, żonie niestety dużo mniej. Wychowując małego w duchu pacyfizmu, zabroniła Połomskiemu dawać mu rewolwer. Tym sposobem Remek stał się posiadaczem glocka, bez pomysłu na to, co z tym fantem z robić.

Wracając wieczorem do domu przez rynek, tuż przy Banku Śląskim spotkali Malika, który też akurat przyszedł zasilić się gotówką. Otworzyli kartą szklane drzwi, stanęli przy bankomacie i Połomski dał mu do potrzymania tego glocka.
- To jest napad! – krzyknął Malik ze  śmiechem.

I wtedy rozległ się jeden głośny, przerażający ryk, a oni za drugimi szklanymi drzwiami, w kolejnym pomieszczeniu, w którym był kolejny bankomat, zobaczyli przerażoną laskę. Chcieli ją uspokoić, jakoś wytłumaczyć, że to jedynie zabawka, ale nie mogli jej przekrzyczeć. Laska darła się wniebogłosy i całym ciałem barykadowała drzwi. I właściwie gdy mieli już uciekać, usłyszeli łomot w drzwiach zewnętrznych i zauważyli trzy jej koleżanki, które drąc się jeszcze głośniej napierały z całych sił na drzwi, skutecznie uniemożliwiając im ucieczkę.

W ciągu kilku sekund, pod bankiem zrobiło się spore zbiegowisko, ktoś zadzwonił na policję. Laski wciąż się darły, gapie pod bankiem się darli, żona Połomskiego coś krzyczała, trzymając na rękach ich synka, który płakał z przerażenia, nie rozumiejąc, co się wokół dzieje. Kiedy przyjechała policja i ich obezwładniła, rzucając brutalnie na chodnik, Malik z Połomskim próbowali jakoś się wytłumaczyć. Niestety bezskutecznie.

Datę odpustu Połomski zapamięta już do końca życia. Trafił z Malikiem na dołek w niedzielę, 23 czerwca 2013 roku…

środa, 16 października 2013

okup i trup w piwnicy

część I tutaj... click

część II tutaj... click

część III tutaj... click

Przez kolejne dwa miesiące Grizelda z Gracjelą prawie nie wychodziły z domu. Siedziały w nim przerażone, wymykając się o zmroku, unikając wścibskich oczu najbliższych sąsiadów. Wciąż miały wrażenie, że wszyscy dookoła podejrzliwie na nie patrzą. Jakby wiedzieli, kto uprawiał pole. Zresztą po tej całej akcji z marihuaną, każdy na każdego jakoś dziwnie zerkał. Każdy chciał zapomnieć, ale im nie pozwalało na to policyjne śledztwo.

Gdy sprawa już nieco przyschła, wybrały się w końcu na spacer, do lasu, choć  Grizeldzie ten las wciąż źle się kojarzył. Ani na chwilę nie ustawały w rozmyślaniach, jak przegonić pecha i w końcu los odmienić. Ich sposoby na zarobek były kiepskie albo jeszcze gorsze. No i czasochłonne. Oraz nielegalne. I gdy tak spacerowały wymyślając kolejny sposób, okazja trafiła się sama. Miała jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, krótkie czarne włosy i brązowe oczy. Bardzo wystraszone. Chłopak był przystojny, choć skromnie odziany, spacerował po lesie z zadartą do góry głową, jakby szukał czegoś na najwyższych drzewach. Grizelda z Gracjelą spojrzały na siebie i nie zastanawiając się ani chwili, doskoczyły do chłopaka, kneblując mu usta i narzucając na głowę starą reklamówkę. A gdy się ściemniło zawlokły go siłą do swojej piwnicy.

Pomysł był prościutki. Gorzej z wykonaniem. A chodziło o to, by wyłudzić okup.

Przez tydzień zastanawiały się jak dokończyć akcję. Oglądały filmy i czytały prasę, przeanalizowały nawet ostatnie porwania. I postanowiły w końcu napisać anonim. Zażądały w nim po prostu ponad sto tysięcy. By się nie rozdrabniać i w końcu dorobić. A gdy miały już mozolnie wyklejony liścik, uświadomiły sobie, że nie wiedzą nawet, gdzie go, do cholery, wysłać. I kiedy zeszły do piwnicy, rozwiązały chłopca, ściągnęły mu z głowy starą reklamówkę, to ten je poprosił, żeby go zabiły. Bo się okazało, że po stracie pracy, rzuciła go dziewczyna, a on spacerował i chciał się powiesić, bo do domu dziecka wrócić nie zamierzał. Tego już było Grizeldzie i Gracjeli za dużo. Zrobiło się nerwowo. Związały więc go znowu i zakneblowały. Wściekły się cholernie, no bo miały problem, a gdy po tygodniu poszły do piwnicy, problem był znów większy. Bo go nie karmiły no i miały trupa.

bring it