Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smierc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smierc. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2013

what a pech

Nowina miał w życiu strasznego pecha. Chłop był z niego fajny, wszystkich rozbrajał swoim perlistym śmiechem. Co nie zmienia faktu, że przebywanie w jego towarzystwie groziło niebezpieczeństwem. Zabawy w dzieciństwie mieliśmy różne. Chłopaki były z nas pomysłowe. Kiedy wszyscy, jeden po drugim, wspinaliśmy się po piorunochronie na dach łącznika pobliskiej szkoły, Nowina, jako ostatni, odpadł razem z piorunochronem, będąc dokładnie w połowie drogi między parterem a pierwszym piętrem. Na szczęście dla niego, na nieszczęście dla nas, bo odpadając odciął nam jedyną drogę ucieczki. Gdy kradliśmy czereśnie u pana T., wprost z dachu jego garażu, na widok zbliżającego się sąsiada, wszyscy zeskakiwali w popłochu, przeskakując przez podwyższone ogrodzenie. On jedyny zahaczył stopami o siatkę, obrócił się w powietrzu o 90 stopni i opadł pozycją poziomą w dół, waląc całą powierzchnią swojego wątłego ciała w ubitą ziemię, bo kolega ledwo zdążył odskoczyć. Przy tym wszystkim sytuacja, gdy bawiliśmy się koktajlami Mołotowa i butelka Nowiny po odpaleniu wyśliznęła mu się z rąk rozbryzgując na nasze nogi , była już naprawdę drobną igraszką. Nie muszę mówić, co działo się dalej…

Równie pechowa była Renia. Pracowałem z nią przez dwa lata w jednej firmie. No może przez rok, gdyby odliczyć jej absencje chorobowe. A wszystko przez tego cholernego pecha. Pewnego dnia, gdy figlowała z mężem na wersalce, pechowo uderzyła głową w drewniane oparcie, doznając wstrząśnienia mózgu. Zresztą ich gry wstępne często kończyły się podobnie. Bo innym razem, kiedy gonili się po schodach do sypialni, Renia połamała nogi. Gdy patyczkiem, czyściła sobie ucho i schylając się w łazience po kolejny patyczek, który upadł, straciła równowagę i waląc w umywalkę przebiła sobie bębenek, sądziłem, że nic jej gorszego się już nie przydarzy. A jednak.

Nasza firma wynajmowała pomieszczenia w starym biurowcu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zakaz palenia nie był taki restrykcyjny. Paliło się w kiblach. Zamykało się w kabince i można było puścić dymka. Robili tak wszyscy. To znaczy wszyscy palacze. Robiła tak i Renia. Pewnego razu, gdy postanowiła zrobić sobie przerwę, poszła do kabinki i trzasnęła drzwiami zbyt mocno. Ocknęła się po chwili, leżąc na podłodze wśród pyłu i gruzu, który odpadł z sufitu. Wtedy też po raz pierwszy pomyślała, ze palenie jednak może zabijać. Nie wiem, czy rzuciła, bo w obawie, by jej pech nie przeszedł na mnie, postanowiłem się zwolnić.

Pechowcy są wśród nas. Nie wiem, kto z nich miał większy niefart. Renia w każdym razie przynajmniej jeszcze żyje.

bring it