Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pechowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pechowiec. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2013

13-letni brat Malika, co przyniósł nam pecha

W zasadzie przypomniało mi się, że Miriam wcale nie był lepszy. Ale rzeczywiście, o tej parapetówie u Malika już dawno zapomniałem. Kupił to mieszkanie jakieś dziesięć lat temu. Małe, przytulne, elegancko urządzone. Miał tam zamieszkać z żoną, gdyby ta, następnego dnia po weselu nie wniosła o rozwód. No, ale cóż. Malikowi było po tym zdarzeniu już wszystko jedno i zrobił parapetówę, nie przed, ale tuż po wyremontowaniu i urządzeniu mieszkania. A błąd. No chyba, żeby nie zaprosił Miriama. Gdyby tylko wiedział, co się wtedy stanie. A, że nie wiedział, bo nie miał takich zdolności, to go zaprosił.

Byliśmy w komplecie, znaczy Malik jako gospodarz, Gołąb, Isiu, Miriam, ja no i Mireczek. Aha. No i był też trzynastoletni brat Malika, bo jego stara wyjechała i nie miał się gdzie podziać. Mnie ten młody od początku wku*wiał. Innych zresztą także. Więc, żeby mieć go z bańki, Malik dał mu browca, wsypując do niego przy okazji prochy. No i młody padł. Leżał sobie w kącie, a my tylko sprawdzaliśmy, czy koleś oddycha. Gdy Malik schlał się jak świnia i zaległ na podłodze, pijany w sztok Miriam poszedł by się wylać. Lecz w połowie drogi, poczuł, że nie wytrzyma, rozpiął spodnie i odlał się Malikowi wprost na świeżo pomalowaną ścianę. Pecha miał jedynie, bo na wysokości kolan, w ścianie było gniazdko, co Miriam dotkliwie poczuł, gdy do niego nalał. Coś huknęło, coś strzeliło i Miriam w sekundzie pojechał po ścianie.

- Nie spinaj tak pośladów. Nikt ci nic nie zrobi –zażartował Gołąb, gdy ten powoli się po niej zsuwał.
Mireczek w tym samym momencie zauważył ogień, w skrzynce bezpieczników.
- Pali się chłopaki – krzyknął przerażony.
- Dzwoń po straż pożarną – syknął do mnie Isiu.
- Yhm, jasne. Tylko jaki tu jest adres?

No tak. Malik prowadził nas przez telefon. Za światłami w lewo, później pierwsza w prawo, trzecia w lewo, później kiosk, a za nim sklepik, za sklepikiem w lewo, koło budki prosto i jak byliśmy przy zielonym bloku, to się okazało, że jednak za daleko. A poza tym, mieliśmy odurzonego jakimś świństwem nastolatka. No gorzej być nie mogło. Mireczek próbował dobudzić Malika, a my w tym czasie upchnęliśmy młodego w schowku pod wersalką. I nim ją domknęliśmy, pod blok już podjeżdżała straż razem z policją, którą zaalarmowali wkurzeni sąsiedzi.

Mieszkanie Malika po wszystkim nadawało się jedynie do ponownego remontu. Ale i tak każdy był szczęśliwy, bo policja nie znalazła tego nastolatka. A z tego to mogły być prawdziwe kłopoty, a tak ocknął się po trzech dniach i do dziś wspomina, że fajna impreza. Tak to jest z tymi trzynastolatkami. Zawsze przynoszą pecha.

wtorek, 27 sierpnia 2013

what a pech

Nowina miał w życiu strasznego pecha. Chłop był z niego fajny, wszystkich rozbrajał swoim perlistym śmiechem. Co nie zmienia faktu, że przebywanie w jego towarzystwie groziło niebezpieczeństwem. Zabawy w dzieciństwie mieliśmy różne. Chłopaki były z nas pomysłowe. Kiedy wszyscy, jeden po drugim, wspinaliśmy się po piorunochronie na dach łącznika pobliskiej szkoły, Nowina, jako ostatni, odpadł razem z piorunochronem, będąc dokładnie w połowie drogi między parterem a pierwszym piętrem. Na szczęście dla niego, na nieszczęście dla nas, bo odpadając odciął nam jedyną drogę ucieczki. Gdy kradliśmy czereśnie u pana T., wprost z dachu jego garażu, na widok zbliżającego się sąsiada, wszyscy zeskakiwali w popłochu, przeskakując przez podwyższone ogrodzenie. On jedyny zahaczył stopami o siatkę, obrócił się w powietrzu o 90 stopni i opadł pozycją poziomą w dół, waląc całą powierzchnią swojego wątłego ciała w ubitą ziemię, bo kolega ledwo zdążył odskoczyć. Przy tym wszystkim sytuacja, gdy bawiliśmy się koktajlami Mołotowa i butelka Nowiny po odpaleniu wyśliznęła mu się z rąk rozbryzgując na nasze nogi , była już naprawdę drobną igraszką. Nie muszę mówić, co działo się dalej…

Równie pechowa była Renia. Pracowałem z nią przez dwa lata w jednej firmie. No może przez rok, gdyby odliczyć jej absencje chorobowe. A wszystko przez tego cholernego pecha. Pewnego dnia, gdy figlowała z mężem na wersalce, pechowo uderzyła głową w drewniane oparcie, doznając wstrząśnienia mózgu. Zresztą ich gry wstępne często kończyły się podobnie. Bo innym razem, kiedy gonili się po schodach do sypialni, Renia połamała nogi. Gdy patyczkiem, czyściła sobie ucho i schylając się w łazience po kolejny patyczek, który upadł, straciła równowagę i waląc w umywalkę przebiła sobie bębenek, sądziłem, że nic jej gorszego się już nie przydarzy. A jednak.

Nasza firma wynajmowała pomieszczenia w starym biurowcu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zakaz palenia nie był taki restrykcyjny. Paliło się w kiblach. Zamykało się w kabince i można było puścić dymka. Robili tak wszyscy. To znaczy wszyscy palacze. Robiła tak i Renia. Pewnego razu, gdy postanowiła zrobić sobie przerwę, poszła do kabinki i trzasnęła drzwiami zbyt mocno. Ocknęła się po chwili, leżąc na podłodze wśród pyłu i gruzu, który odpadł z sufitu. Wtedy też po raz pierwszy pomyślała, ze palenie jednak może zabijać. Nie wiem, czy rzuciła, bo w obawie, by jej pech nie przeszedł na mnie, postanowiłem się zwolnić.

Pechowcy są wśród nas. Nie wiem, kto z nich miał większy niefart. Renia w każdym razie przynajmniej jeszcze żyje.

bring it