Malik zawsze chlał jak świnia. Odkąd pamiętam, czyli od czasów szkoły średniej, z każdej imprezy wynosiłem go nieprzytomnego. Albo ja, albo ktoś inny. Tak samo z knajpy. A chodziliśmy wtedy do takiej osiedlowej mordowni. Właściwie knajpa była dość spokojna. Do czasu, dopóki nie pojawialiśmy się tam z Malikiem. I Mireczkiem. Przyjaźniliśmy się w trójkę.
Mireczek i ja prezentowaliśmy wysoki poziom. Full kulturę. Wypijaliśmy na spokojnie po dwa browce. Może czasem trzy. Nie to co Malik. Walił bronka za bronkiem, a im więcej wypił, tym bardziej był odważny. Im bardziej był odważny, tym atmosfera w knajpie stawała się bardziej gęsta. Istniała jakaś zależność pomiędzy gęstością a ilością browców. Po dwóch wypitych przez Malika piwach, wszyscy na nas krzywo patrzyli, po trzech jeszcze bardziej krzywo, po czterech nas upominali, po pięciu straszyli, a po sześciu już wychodziliśmy sami, podczas gdy Malika wynosili na kopach. Nigdy nie mieliśmy okazji przekonać się, co byłoby po siedmiu.
Malika trzeba było po tym wyniesieniu z ziemi pozbierać, spodnie otrzepać i krew powycierać. Zawsze mógł na nas liczyć. Przyjaźń ponad wszystko.
I wracaliśmy tak z tej knajpy pięć razy dłużej, niż zajmowało nam dojście. Pewnego razu mieliśmy pecha, bo trafiliśmy na grupkę podpitych kolesi. Grupkę. No też ich było trzech. Wyraźnie szukali zaczepki. No i napotkali nas. Generalnie można by solówki, jeden na jednego. Ale, że był z nami Malik, to zaproponowaliśmy kolesiom, żeby go sponiewierali. Jemu i tak już było wszystko jedno. Kolesie coś tam marudzić zaczęli, ale wtedy odezwał się Malik. I już nie trzeba było negocjować.
Jak mu już spuścili staropolski wpie**ol, to wrzucili go do kałuży. Baliśmy się bardzo, żeby nam się Malik nie utopił, ale też nie chcieliśmy upaprać się błotem. Więc staliśmy nad nim i czekaliśmy aż się ocknie. Szarpaliśmy go za te fraki, żeby nam nie zasnął. Jak już Malik stanął o własnych siłach, to szliśmy dalej. Na przystanek autobusowy. Zawsze wsadzaliśmy go do pierwszego lepszego autobusu, który podjechał. I szliśmy do domu. Dzień później w budzie, Malik zawsze nam dziękował, że pomogliśmy mu wrócić z knajpy. No wiadomo. Prawdziwi przyjaciele.
Raz tylko o nim zapomnieliśmy. Byliśmy na imprezie u koleżanki. I kiedy nieprzytomny Malik, leżąc w przedpokoju, narzygał do butów jej matki, jej wściekły facet wyszarpał go za nogi na klatkę schodową. I leżał tam tak sobie. A impreza trwała. Ale kiedy Malik się ocknął, nie wiedział, gdzie jest i zasnął ponownie. Tyle, że dwa piętra wyżej. O tym, że był z nami na imprezie, przypomnieliśmy sobie z Mireczkiem w taksówce. W połowie drogi do domu.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pech. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 września 2013
czwartek, 5 września 2013
jak doszedlem z rana
Dziś rano doszedłem. Piechotą. Do IKEI. Odstawiłem samochód do serwisu, a że miałem dwie godziny wolnego, nie opłacało mi się jechać do firmy. Więc wybrałem się na śniadanie. Po drugiej stronie ulicy.
Trochę, cholera, ruchliwa, po cztery pasy w każdą stronę, z pasem zieleni na środku. Więc, żeby nie ryzykować, poszedłem dookoła. Najpierw 500 metrów wzdłuż płotu, później 500 z powrotem, bo wybrałem niewłaściwą drogę, następnie 800 do ślimaka, kilkanaście pod drogą i znów 800 do IKEI, bo ta, jak pisałem, była naprzeciwko.
Dawno się tak nie zmęczyłem. Ostatni raz, jak turlałem kółko do wulkanizatora, jakieś piętnaście lat temu. Miałem wtedy malucha w wersji de luxe. Auto lata największej świetności miało już za sobą. Miało też sparciałe opony. W efekcie tego, dwa, trzy razy w tygodniu musiałem zmieniać koło i jeździć do warszatu. Krew mnie zalała, gdy jednego dnia, po wyjściu z biura zobaczyłem przebitą, po raz setny chyba, oponę. Tym bardziej, że po porannej przygodzie miałem w bagażniku flaka.
Wziąłem więc moje kółko i udałem się do warsztatu, który też był po drugiej stronie. Ale żeby się tam dostać, musiałem przeturlać je ulicą przy eleganckim hotelu, następnie bardziej ruchliwą, którą akurat przejeżdżało z pięć autobusów, w godzinach popołudniowego szczytu, a następnie przy kościele, w którym jak na złość kończyło się majowe. Nigdy nie zapomnę min tych ludzi. Wszyscy spoglądali w moją stronę, samochody zwalniały, a ja turlałem. Niestrudzenie. Ubrany w najlepszy garnitur, jaki wtedy miałem.
Żeby zaoszczędzić sobie upokorzeń, drogę powrotną postanowiłem sobie skrócić. Przez chaszcze, przez tory, a jak się jeszcze później okazało, przez kanał ściekowy, a może rzeczkę? Rzeczka była na tyle szeroka, że jednym susem przeskoczyć jej się nie dało. Ale była kładka. Żeby nie stracić równowagi, przerzuciłem najpierw moje kółko. To znaczy chciałem, bo nie dorzuciłem. Ochlapany czarną mazią, przerzuciłem je przez betonowe ogrodzenie. Później przez kolejne, a na koniec przez płotek z siatki, która oderwała się od słupków akurat w momencie, gdy przez nią przechodziłem.
I gdy tak leżałem na ziemi poobijany, ubłocony, w tym swoim najlepszym garniturze, z budynku akurat wyszły sprzątaczki. Morał z tego taki, że chytry dwa razy traci. Bo na wszystkie naprawy i nowy garnitur wydałem więcej, niż wydałbym na nowe opony. Oszczędzając sobie przy okazji wstydu. Tylko o czym ja bym wtedy pisał na tym blogu?!
Trochę, cholera, ruchliwa, po cztery pasy w każdą stronę, z pasem zieleni na środku. Więc, żeby nie ryzykować, poszedłem dookoła. Najpierw 500 metrów wzdłuż płotu, później 500 z powrotem, bo wybrałem niewłaściwą drogę, następnie 800 do ślimaka, kilkanaście pod drogą i znów 800 do IKEI, bo ta, jak pisałem, była naprzeciwko.
Dawno się tak nie zmęczyłem. Ostatni raz, jak turlałem kółko do wulkanizatora, jakieś piętnaście lat temu. Miałem wtedy malucha w wersji de luxe. Auto lata największej świetności miało już za sobą. Miało też sparciałe opony. W efekcie tego, dwa, trzy razy w tygodniu musiałem zmieniać koło i jeździć do warszatu. Krew mnie zalała, gdy jednego dnia, po wyjściu z biura zobaczyłem przebitą, po raz setny chyba, oponę. Tym bardziej, że po porannej przygodzie miałem w bagażniku flaka.
Wziąłem więc moje kółko i udałem się do warsztatu, który też był po drugiej stronie. Ale żeby się tam dostać, musiałem przeturlać je ulicą przy eleganckim hotelu, następnie bardziej ruchliwą, którą akurat przejeżdżało z pięć autobusów, w godzinach popołudniowego szczytu, a następnie przy kościele, w którym jak na złość kończyło się majowe. Nigdy nie zapomnę min tych ludzi. Wszyscy spoglądali w moją stronę, samochody zwalniały, a ja turlałem. Niestrudzenie. Ubrany w najlepszy garnitur, jaki wtedy miałem.
Żeby zaoszczędzić sobie upokorzeń, drogę powrotną postanowiłem sobie skrócić. Przez chaszcze, przez tory, a jak się jeszcze później okazało, przez kanał ściekowy, a może rzeczkę? Rzeczka była na tyle szeroka, że jednym susem przeskoczyć jej się nie dało. Ale była kładka. Żeby nie stracić równowagi, przerzuciłem najpierw moje kółko. To znaczy chciałem, bo nie dorzuciłem. Ochlapany czarną mazią, przerzuciłem je przez betonowe ogrodzenie. Później przez kolejne, a na koniec przez płotek z siatki, która oderwała się od słupków akurat w momencie, gdy przez nią przechodziłem.
I gdy tak leżałem na ziemi poobijany, ubłocony, w tym swoim najlepszym garniturze, z budynku akurat wyszły sprzątaczki. Morał z tego taki, że chytry dwa razy traci. Bo na wszystkie naprawy i nowy garnitur wydałem więcej, niż wydałbym na nowe opony. Oszczędzając sobie przy okazji wstydu. Tylko o czym ja bym wtedy pisał na tym blogu?!
wtorek, 27 sierpnia 2013
what a pech
Nowina miał w życiu strasznego pecha. Chłop był z niego fajny, wszystkich rozbrajał swoim perlistym śmiechem. Co nie zmienia faktu, że przebywanie w jego towarzystwie groziło niebezpieczeństwem. Zabawy w dzieciństwie mieliśmy różne. Chłopaki były z nas pomysłowe. Kiedy wszyscy, jeden po drugim, wspinaliśmy się po piorunochronie na dach łącznika pobliskiej szkoły, Nowina, jako ostatni, odpadł razem z piorunochronem, będąc dokładnie w połowie drogi między parterem a pierwszym piętrem. Na szczęście dla niego, na nieszczęście dla nas, bo odpadając odciął nam jedyną drogę ucieczki. Gdy kradliśmy czereśnie u pana T., wprost z dachu jego garażu, na widok zbliżającego się sąsiada, wszyscy zeskakiwali w popłochu, przeskakując przez podwyższone ogrodzenie. On jedyny zahaczył stopami o siatkę, obrócił się w powietrzu o 90 stopni i opadł pozycją poziomą w dół, waląc całą powierzchnią swojego wątłego ciała w ubitą ziemię, bo kolega ledwo zdążył odskoczyć. Przy tym wszystkim sytuacja, gdy bawiliśmy się koktajlami Mołotowa i butelka Nowiny po odpaleniu wyśliznęła mu się z rąk rozbryzgując na nasze nogi , była już naprawdę drobną igraszką. Nie muszę mówić, co działo się dalej…
Równie pechowa była Renia. Pracowałem z nią przez dwa lata w jednej firmie. No może przez rok, gdyby odliczyć jej absencje chorobowe. A wszystko przez tego cholernego pecha. Pewnego dnia, gdy figlowała z mężem na wersalce, pechowo uderzyła głową w drewniane oparcie, doznając wstrząśnienia mózgu. Zresztą ich gry wstępne często kończyły się podobnie. Bo innym razem, kiedy gonili się po schodach do sypialni, Renia połamała nogi. Gdy patyczkiem, czyściła sobie ucho i schylając się w łazience po kolejny patyczek, który upadł, straciła równowagę i waląc w umywalkę przebiła sobie bębenek, sądziłem, że nic jej gorszego się już nie przydarzy. A jednak.
Nasza firma wynajmowała pomieszczenia w starym biurowcu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zakaz palenia nie był taki restrykcyjny. Paliło się w kiblach. Zamykało się w kabince i można było puścić dymka. Robili tak wszyscy. To znaczy wszyscy palacze. Robiła tak i Renia. Pewnego razu, gdy postanowiła zrobić sobie przerwę, poszła do kabinki i trzasnęła drzwiami zbyt mocno. Ocknęła się po chwili, leżąc na podłodze wśród pyłu i gruzu, który odpadł z sufitu. Wtedy też po raz pierwszy pomyślała, ze palenie jednak może zabijać. Nie wiem, czy rzuciła, bo w obawie, by jej pech nie przeszedł na mnie, postanowiłem się zwolnić.
Pechowcy są wśród nas. Nie wiem, kto z nich miał większy niefart. Renia w każdym razie przynajmniej jeszcze żyje.
Równie pechowa była Renia. Pracowałem z nią przez dwa lata w jednej firmie. No może przez rok, gdyby odliczyć jej absencje chorobowe. A wszystko przez tego cholernego pecha. Pewnego dnia, gdy figlowała z mężem na wersalce, pechowo uderzyła głową w drewniane oparcie, doznając wstrząśnienia mózgu. Zresztą ich gry wstępne często kończyły się podobnie. Bo innym razem, kiedy gonili się po schodach do sypialni, Renia połamała nogi. Gdy patyczkiem, czyściła sobie ucho i schylając się w łazience po kolejny patyczek, który upadł, straciła równowagę i waląc w umywalkę przebiła sobie bębenek, sądziłem, że nic jej gorszego się już nie przydarzy. A jednak.
Nasza firma wynajmowała pomieszczenia w starym biurowcu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zakaz palenia nie był taki restrykcyjny. Paliło się w kiblach. Zamykało się w kabince i można było puścić dymka. Robili tak wszyscy. To znaczy wszyscy palacze. Robiła tak i Renia. Pewnego razu, gdy postanowiła zrobić sobie przerwę, poszła do kabinki i trzasnęła drzwiami zbyt mocno. Ocknęła się po chwili, leżąc na podłodze wśród pyłu i gruzu, który odpadł z sufitu. Wtedy też po raz pierwszy pomyślała, ze palenie jednak może zabijać. Nie wiem, czy rzuciła, bo w obawie, by jej pech nie przeszedł na mnie, postanowiłem się zwolnić.
Pechowcy są wśród nas. Nie wiem, kto z nich miał większy niefart. Renia w każdym razie przynajmniej jeszcze żyje.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)