Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem na żywo żadnego trupa. Yyyyy, bez sensu. Trupa nie można zobaczyć na żywo. No, ale tego akurat widziałem. U Ryśka. Rysiek pracował jako nocny stróż w podrzędnej szkole, w podrzędnej dzielnicy podrzędnego miasta. I akurat miał wtedy nocną zmianę, a ja miałem do niego sprawę. Pojechałem więc do tej szkoły, podjechałem samochodem pod same drzwi od tyłu tego posępnego budynku i zadzwoniłem po niego. Widziałem, jak zbiega po schodach zaaferowany.
- Właź szybko. Mamy trupa.
O jasna ku*wa… pomyślałem. Tego mi jeszcze trzeba. W co on mnie znowu wciągnie?! I tak miałem przez niego mnóstwo problemów. Zadawanie się z nim było największym błędem, no, ale moim przeznaczeniem było chyba przyciąganie kłopotów. Jeszcze babcia Irena mówiła mi, że ja to nigdy nie będę się nudził. I miała do cholery rację, bo na brak atrakcji z Ryśkiem, czy bez Ryśka narzekać nie mogłem.
Okazało się, że trup tak naprawdę leży po drugiej stronie ulicy, na trawniku, przysypany stertą lipowych liści. Wokół niego kręciło się mnóstwo policjantów, prokurator, pies (prawdziwy) i policyjny fotograf. Z okna sekretariatu, na pierwszym piętrze szkoły, mieliśmy doskonały punkt obserwacyjny. Klęknęliśmy z Ryśkiem przy oknach, ja przy jednym, on przy drugim i starając się nie wychylać ponad parapety, obserwowaliśmy całą tę akcję. Policjanci oczyścili trupa z liści, obstawili jakimiś tabliczkami i robili zdjęcia. Ja w życiu bym nie chciał, by ktoś mi robił zdjęcia tuż po wykopaniu mnie spod sterty lipowych, klejących się liści. Każdy, kto zostawił kiedyś samochód pod lipą, ten wie, dlaczego. No, ale nic. Nie o mnie tutaj chodzi.
Kiedy tak obserwowałem tę całą akcję z brodą podpartą na dłoniach, opartych na parapecie, w pozycji na klęczkach, poczułem, że znowu zdrętwiały mi nogi. Do dupy. Tzn. do dupy z tymi nogami, bo zawsze mi drętwiały w najmniej odpowiednim momencie. Wstałem więc i musiałem chwilę je rozruszać. I przy okazji poczułem, że zgłodniałem. Rysiek miał jakieś tam gorące kubki, więc pobiegł i zrobił, wzięliśmy dwa krzesła i siedząc już wygodnie, cały czas po ciemku, obserwowaliśmy dalej całą policyjną akcję, zajadając się pomidorową z makaronem. Ale była jazda. Dawno nie czułem takich emocji. Nawet na najlepszym filmie w kinie. W kinie zresztą film trwa dziewięćdziesiąt minut, a tu minęły już chyba ze trzy godziny. Zdążyliśmy w każdym razie zjeść pomidorówkę, do tego dwie paczki chipsów i wypić dwa litry coli.
I kiedy emocje sięgnęły zenitu, kiedy podnosili trupa, by go zapakować w szczelny, czarny worek, poczułem czyjąś łapę na swoim ramieniu i krzyknąłem z przerażenia, spadając przy okazji z wielkim hukiem z krzesła. Rysiek również ryknął i podskoczył, przy okazji obijając się o szafę. Krzycząc z przerażenia i leżąc na podłodze w tych zupełnych ciemnościach, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. I kiedy okna szkoły rozświetlił snop światła z policyjnej latary, zobaczyliśmy Andrzeja, konserwatora, który wrócił do szkoły, bo po południu zostawił w niej komórkę.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą straszenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą straszenie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 grudnia 2013
wtorek, 29 października 2013
duch
- Cześć Łajzo.
- Cześć Wieśniaku.
Po wymianie uprzejmości, wymieniliśmy się paroma kuksańcami. Mieszkamy w odległości jednego przystanku autobusowego, a spotykamy się raz na pół roku. Właśnie dziś spotkaliśmy się z bratem siedemdziesiąt kilometrów od naszych domów, w kościele, na pogrzebie wujka Janka. Wujek umarł w sobotę. No cóż. Taka sytuacja.
Smutna to okazja do spotkań z rodziną, ale każdy pretekst dobry, bo miło jest czasem zobaczyć tę mordę. Znaczy mordę brata. Morda brata jest zawsze uśmiechnięta. No i nawet dzisiaj stał i się uśmiechał. Pewnie nieświadomie. Następnym razem, na innym pogrzebie, żeby nasze twarze powyginał grymas, najemy się cytryn.
Na pogrzebie, jak to na pogrzebie. Wszyscy się witali, uprzejmie pozdrawiali. Niektórych nie widziałem całe, długie lata. Uprzejmości te jednak są bardzo pozorne. Bo stojąc nad trumną każdy każdemu przyglądał się podejrzliwie, i pewnie się zastanawiał, czyja teraz kolej. Kiedy powiedziałem, że gdy padnie na mnie, to sobie nie życzę żadnej takiej szopki. Mają mnie skremować i rozsypać prochy. Wtedy wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Zaraz na to wszystko wtrąciła się matka, że jak zwykle pieprzę. Więc ją zapewniłem, że dobrze się czuję, ale bardzo dużo jeżdżę samochodem, więc liczyć się musi, że coś stać się może. A jak mi wyprawi pogrzeb katolicki, to ją będę straszył. Każdej jednej nocy. Będzie niezła jazda.
Niezła jazda zresztą to już kiedyś była, jak mnie straszył dziadek mojej koleżanki. Byliśmy na feriach w małej pipidówie. Było całkiem spoko, do czasu, gdy dziadek zaczął tupać mi nad głową. Dokładnie na strychu. Przechadzał się tam i z powrotem i tak kilka razy. Wszyscy smacznie spali, a ja miałem wachtę, żeby się nie spóźnić na pekaes, który miał nas zabrać rano o czternastej. Nie było by w tej sprawie niczego dziwnego, gdyby nie to, że dziadek dawno temu umarł. Lecz to dopiero był początek, bo dziadek za chwilę zapalił mi lampkę, która miałem tuż za swoimi plecami. Omal nie umarłem i krzyknąłem głośno. Pobudziłem wszystkich. Wszyscy się wkurzyli i nikt nie uwierzył. Do dziś, gdy to wspominam, wszyscy patrzą na mnie, jak na wariata.
- Cześć Wieśniaku.
Po wymianie uprzejmości, wymieniliśmy się paroma kuksańcami. Mieszkamy w odległości jednego przystanku autobusowego, a spotykamy się raz na pół roku. Właśnie dziś spotkaliśmy się z bratem siedemdziesiąt kilometrów od naszych domów, w kościele, na pogrzebie wujka Janka. Wujek umarł w sobotę. No cóż. Taka sytuacja.
Smutna to okazja do spotkań z rodziną, ale każdy pretekst dobry, bo miło jest czasem zobaczyć tę mordę. Znaczy mordę brata. Morda brata jest zawsze uśmiechnięta. No i nawet dzisiaj stał i się uśmiechał. Pewnie nieświadomie. Następnym razem, na innym pogrzebie, żeby nasze twarze powyginał grymas, najemy się cytryn.
Na pogrzebie, jak to na pogrzebie. Wszyscy się witali, uprzejmie pozdrawiali. Niektórych nie widziałem całe, długie lata. Uprzejmości te jednak są bardzo pozorne. Bo stojąc nad trumną każdy każdemu przyglądał się podejrzliwie, i pewnie się zastanawiał, czyja teraz kolej. Kiedy powiedziałem, że gdy padnie na mnie, to sobie nie życzę żadnej takiej szopki. Mają mnie skremować i rozsypać prochy. Wtedy wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Zaraz na to wszystko wtrąciła się matka, że jak zwykle pieprzę. Więc ją zapewniłem, że dobrze się czuję, ale bardzo dużo jeżdżę samochodem, więc liczyć się musi, że coś stać się może. A jak mi wyprawi pogrzeb katolicki, to ją będę straszył. Każdej jednej nocy. Będzie niezła jazda.
Niezła jazda zresztą to już kiedyś była, jak mnie straszył dziadek mojej koleżanki. Byliśmy na feriach w małej pipidówie. Było całkiem spoko, do czasu, gdy dziadek zaczął tupać mi nad głową. Dokładnie na strychu. Przechadzał się tam i z powrotem i tak kilka razy. Wszyscy smacznie spali, a ja miałem wachtę, żeby się nie spóźnić na pekaes, który miał nas zabrać rano o czternastej. Nie było by w tej sprawie niczego dziwnego, gdyby nie to, że dziadek dawno temu umarł. Lecz to dopiero był początek, bo dziadek za chwilę zapalił mi lampkę, która miałem tuż za swoimi plecami. Omal nie umarłem i krzyknąłem głośno. Pobudziłem wszystkich. Wszyscy się wkurzyli i nikt nie uwierzył. Do dziś, gdy to wspominam, wszyscy patrzą na mnie, jak na wariata.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
