niedziela, 1 grudnia 2013

trup w stercie lipowych liści

Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem na żywo żadnego trupa. Yyyyy, bez sensu. Trupa nie można zobaczyć na żywo. No, ale tego akurat widziałem. U Ryśka. Rysiek pracował jako nocny stróż w podrzędnej szkole, w podrzędnej dzielnicy podrzędnego miasta. I akurat miał wtedy nocną zmianę, a ja miałem do niego sprawę. Pojechałem więc do tej szkoły, podjechałem samochodem pod same drzwi od tyłu tego posępnego budynku i zadzwoniłem po niego. Widziałem, jak zbiega po schodach zaaferowany.
- Właź szybko. Mamy trupa.
O jasna ku*wa… pomyślałem. Tego mi jeszcze trzeba. W co on mnie znowu wciągnie?! I tak miałem przez niego mnóstwo problemów. Zadawanie się z nim było największym błędem, no, ale moim przeznaczeniem było chyba przyciąganie kłopotów. Jeszcze babcia Irena mówiła mi, że ja to nigdy nie będę się nudził. I miała do cholery rację, bo na brak atrakcji z Ryśkiem, czy bez Ryśka narzekać nie mogłem.

Okazało się, że trup tak naprawdę leży po drugiej stronie ulicy, na trawniku, przysypany stertą lipowych liści. Wokół niego kręciło się mnóstwo policjantów, prokurator, pies (prawdziwy) i policyjny fotograf. Z okna sekretariatu, na pierwszym piętrze szkoły, mieliśmy doskonały punkt obserwacyjny. Klęknęliśmy z Ryśkiem przy oknach, ja przy jednym, on przy drugim i starając się nie wychylać ponad parapety, obserwowaliśmy całą tę akcję. Policjanci oczyścili trupa z liści, obstawili jakimiś tabliczkami i robili zdjęcia. Ja w życiu bym nie chciał, by ktoś mi robił zdjęcia tuż po wykopaniu mnie spod sterty lipowych, klejących się liści. Każdy, kto zostawił kiedyś samochód pod lipą, ten wie, dlaczego. No, ale nic. Nie o mnie tutaj chodzi.

Kiedy tak obserwowałem tę całą akcję z brodą podpartą na dłoniach, opartych na parapecie, w pozycji na klęczkach, poczułem, że znowu zdrętwiały mi nogi. Do dupy. Tzn. do dupy z tymi nogami, bo zawsze mi drętwiały w najmniej odpowiednim momencie. Wstałem więc i musiałem chwilę je rozruszać. I przy okazji poczułem, że zgłodniałem. Rysiek miał jakieś tam gorące kubki, więc pobiegł i zrobił, wzięliśmy dwa krzesła i siedząc już wygodnie, cały czas po ciemku, obserwowaliśmy dalej całą policyjną akcję, zajadając się pomidorową z makaronem. Ale była jazda. Dawno nie czułem takich emocji. Nawet na najlepszym filmie w kinie. W kinie zresztą film trwa dziewięćdziesiąt minut, a tu minęły już chyba ze trzy godziny. Zdążyliśmy w każdym razie zjeść pomidorówkę, do tego dwie paczki chipsów i wypić dwa litry coli.

I kiedy emocje sięgnęły zenitu, kiedy podnosili trupa, by go zapakować w szczelny, czarny worek, poczułem czyjąś łapę na swoim ramieniu i krzyknąłem z przerażenia, spadając przy okazji z wielkim hukiem z krzesła. Rysiek również ryknął i podskoczył, przy okazji obijając się o szafę. Krzycząc z przerażenia i leżąc na podłodze w tych zupełnych ciemnościach, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. I kiedy okna szkoły rozświetlił snop światła z policyjnej latary, zobaczyliśmy Andrzeja, konserwatora, który wrócił do szkoły, bo po południu zostawił w niej komórkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

bring it