Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogrzeb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogrzeb. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2013

duch

- Cześć Łajzo.
- Cześć Wieśniaku.
Po wymianie uprzejmości, wymieniliśmy się paroma kuksańcami. Mieszkamy w odległości jednego przystanku autobusowego, a spotykamy się raz na pół roku. Właśnie dziś spotkaliśmy się z bratem siedemdziesiąt kilometrów od naszych domów, w kościele, na pogrzebie wujka Janka. Wujek umarł w sobotę. No cóż. Taka sytuacja.

Smutna to okazja do spotkań z rodziną, ale każdy pretekst dobry, bo miło jest czasem zobaczyć tę mordę. Znaczy mordę brata. Morda brata jest zawsze uśmiechnięta. No i nawet dzisiaj stał i się uśmiechał. Pewnie nieświadomie. Następnym razem, na innym pogrzebie, żeby nasze twarze powyginał grymas, najemy się cytryn.

Na pogrzebie, jak to na pogrzebie. Wszyscy się witali, uprzejmie pozdrawiali. Niektórych nie widziałem całe, długie lata. Uprzejmości te jednak są bardzo pozorne. Bo stojąc nad trumną każdy każdemu przyglądał się podejrzliwie, i pewnie się zastanawiał, czyja teraz kolej. Kiedy powiedziałem, że gdy padnie na mnie, to sobie nie życzę żadnej takiej szopki. Mają mnie skremować i rozsypać prochy. Wtedy wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Zaraz na to wszystko wtrąciła się matka, że jak zwykle pieprzę. Więc ją zapewniłem, że dobrze się czuję, ale bardzo dużo jeżdżę samochodem, więc liczyć się musi, że coś stać się może. A jak mi wyprawi pogrzeb katolicki, to ją będę straszył. Każdej jednej nocy. Będzie niezła jazda.

Niezła jazda zresztą to już kiedyś była, jak mnie straszył dziadek mojej koleżanki. Byliśmy na feriach w małej pipidówie. Było całkiem spoko, do czasu, gdy dziadek zaczął tupać mi nad głową. Dokładnie na strychu. Przechadzał się tam i z powrotem i tak kilka razy. Wszyscy smacznie spali, a ja miałem wachtę, żeby się nie spóźnić na pekaes, który miał nas zabrać rano o czternastej. Nie było by w tej sprawie niczego dziwnego, gdyby nie to, że dziadek dawno temu umarł. Lecz to dopiero był początek, bo dziadek za chwilę zapalił mi lampkę, która miałem tuż za swoimi plecami. Omal nie umarłem i krzyknąłem głośno. Pobudziłem wszystkich. Wszyscy się wkurzyli i nikt nie uwierzył. Do dziś, gdy to wspominam, wszyscy patrzą na mnie, jak na wariata.


poniedziałek, 21 października 2013

robienie jaj z pogrzebu

Wujek Ryśka wylądował w wariatkowie. I umarł. Zadzwonili do Ryśka z tego psychiatryka nad ranem. Powiadomili go o śmierci wujka i o dalszych procedurach. Sekcja zwłok i prokurator. Jednym słowem, dramat. A potem już było tylko śmiesznie.

Organizowanie pogrzebu było mu nie na rękę. Ale jako jedyna rodzina, jedynego wujka, musiał się tym zająć. I nie było bata. Po załatwieniu formalności i po sekcji, Rysiek dostał zwłoki. On zawsze lubił coś dostawać całkowicie darmo. Ale nie tym razem. Więc udał się do zakładu pogrzebowego, by zorganizować pogrzeb. Rysiek nigdy nie śmierdział kasą, żył z tego, co mu dali inni. Więc wybrał taki zakład, który sam załatwiał wszystko z ZUS-em i obsługę miał bezgotówkową.

Jako, że z kasą było krucho, zdecydował się skremować wujka. Ta usługa była wprawdzie dodatkowo płatna, ale za to urna okazała się od trumny tańsza. Żeby nie robić obciachu, zanim wujka skremowali, ładnie go umyli i kazali przynieść jakieś ciuchy do przebrania. Na ostatnią drogę. Ze stołu do pieca. I tu kolejny problem. Bo wujek nigdy nie miał garnituru.

Jako, że zawsze byłem pomysłowy, wymyśliłem, że idziemy na zakupy, do lumpeksu. Więc pojechaliśmy z Ryśkiem do pierwszego lepszego, nawet dość ekskluzywnego. Długo grzebaliśmy w tych szmatach, aż w końcu coś znaleźliśmy. Wujek Ryśka był wysoki i chudy a garniak dosyć krótki, lecz szeroki w boczkach. Ale za to ładny. Ciemny, w delikatne prążki. Dokupiliśmy koszulę oraz czarny krawat i kiedy tak staliśmy przy kasie, przypomniało nam się o majtkach. A były tylko takie z supermanem. No głupia sytuacja.

Żeby nikt sobie o nas głupio nie pomyślał, albo, że się w lumpeksach ubieramy, cały czas prowadziliśmy głośny dialog, że będzie w tym dobrze wyglądał, że będzie mu pasowało. Tylko panienka przy kasie patrzyła na nas jakoś dziwnie. Bo kiedy braliśmy te majty z supermanem, Rysiek mnie zapytał: - wziąć mu takie z supermanem? A ja mówię: - Bierz. I tak do spalenia. A, że to akurat było w połowie marca, pewnie sobie laska pomyślała, że będziemy topić Marzannę. Zawieźliśmy ubrania i pojechaliśmy dalej. Zrobić w ch… księdza. Żeby było taniej. Ale o tym innym razem.

niedziela, 20 października 2013

korpo pogrzeb

Byłem w piątek na pogrzebie…. Własnym.

Zapisałem się w korpo do zespołu projektowego, tego, który miał wymyśleć, jak poprawić jakość obsługi, zwiększyć poziom satysfakcji klientów i takie tam inne rzeczy. Pojechałem więc do Warsaw na spotkanie robocze, które o dziwo było konkretne i ok. Do czasu. Przynajmniej dla mnie. Od rana, jadąc w strugach deszczu, miałem jakieś dziwne uczucie niepokoju. I się nie myliłem. Ku*wa.

Zaczęło się niewinnie, było całkiem miło. Nauczony jednak doświadczeniem, by zbyt się nie cieszyć i nie chwalić dnia przed zachodem słońca, wyczekiwałem momentu by się w końcu zwinąć. A mówiąc wprost, normalnie wypier*olić. Ale nie zdążyłem. Bo mnie zaprosili, na miłą rozmowę, na której się dowiedziałem, jaki jestem fajny. Pewnie niejeden na moim miejscu bardzo by się cieszył, bo tak wielu komplementów pod swoim adresem nie usłyszałem już od bardzo dawna. Ba! Nigdy jeszcze nie usłyszałem na swój temat tylu komplementów i to w tak krótkim czasie. Dotarło do mnie wtedy, jaki jestem zajebisty i sam się nie doceniałem. Zresztą takie miłe rzeczy mówi się zazwyczaj na pogrzebach, nad trumną lub urną. Ja miałem okazję posłuchać tej przemowy jeszcze za mojego życia. Choć uczucia miałem bardzo pomieszane. Jak się okazało, obawy miałem słuszne, bo po tych peanach dostałem propozycję, mianowicie „awans”. No co za ku*wa szczęście.

W każdej innej firmie, w innej sytuacji, skakałbym pod sufit i sikał ze szczęścia. Lecz tu zamiast skakać, tylko się posikałem, bo chcą mnie posadzić na gorącym krześle. Chętnie bym odstąpił ten „awans” kolegom, bo ja jestem skromny i ostatnio miewam niską samoocenę. W każdym razie myślę, że w tej naszej grupie, w tym malutkim dziale, są inne osoby, które na ten „awans” bardziej zasługują. Ale nie mam wyjścia, mam za to niewiele czasu, żeby się zastanowić i podjąć decyzję.

W każdym razie może się okazać, że będę tym z kilku nielicznych przypadków, który dostał awans w korpo, starając się w pracy, nie całując przy tym wszystkich wkoło w dupę.

bring it