Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wesele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wesele. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2013

jak Malik przeżył swoją śmierć

Bezwładne ciało Malika znaleźliśmy z Mireczkiem nad ranem, w sobotę. Nocowaliśmy wtedy w małym gospodarstwie agroturystycznym tuż pod Kielcami. Przyjechaliśmy tu na wesele Klo. Była naszą przyjaciółką od lat, kochaliśmy ją jak siostrę, nazywaliśmy ją tak pieszczotliwie, bo naprawdę miała na imię Klotylda. To imię nadała jej matka, która nienawidziła jej od pierwszego dnia, w którym dowiedziała się, że jest w ciąży z pewnym wojskowym, który spędzał urlop w górach, gdzie mieszkała. Matka Klo poszłaby za nim na koniec świata. Nie przewidziała tylko jednego, że jej ukochany na stałe stacjonował w wojskowej bazie na Antarktydzie. Matka Klo, góralka ze Szczyrku lubiła śnieg i zimę, ale ku*wa bez przesady…

Wróciliśmy z Mireczkiem nad ranem, w sobotę, bo przyjechaliśmy tu dzień wcześniej i postanowiliśmy zabawić się z chłopcami ze wsi. Malik nie czuł się najlepiej i nie poszedł z nami. Weszliśmy cicho do pokoju i zobaczyliśmy go bezwładnie przewieszonego przez deskę do prasowania. To był straszny widok. Jego wykręcone stopy powłóczące po podłodze, jego ręce i głowa zwisające luźno po drugiej stronie deski, na niej znajdowała się niedoprasowana koszula, tuż obok, na podłodze, leżało żelazko. Co tu się mogło stać?!
- Jezus Maria. Malik – podbiegłem do niego, wziąłem go od tyłu pod pachy i zacząłem nim potrząsać – Malik, ocknij się – krzyczałem. Mireczkek w tym czasie zaczął go lać po mordzie z liścia, raz lewą, raz prawą ręką i tak chyba ze trzydzieści razy, a ten wciąż nie dawał znaku życia.
- Zrób mu sztuczne oddychanie – powiedziałem.
- Sam mu zrób – oburzył się Mireczek.
Normalnie nie mielibyśmy oporów, ale znaliśmy się wszyscy całe długie lata i robienie tego Malikowi byłoby dość krępujące. Mireczek wypłacił Malikowi z liścia po raz ostatni.
- Zostaw go!!! – krzyknąłem.
- Nie żyje – powiedział Mireczek.
- Jezus Maria! Zabiłeś Malika! – spanikowałem i w tym momencie jego ciało wypadło mi z rąk, uderzając z hukiem o podłogę.
- Jak to zabiłem? Przecież już nie żył.
- Ale on był tylko trochę przeziębiony.
- Bo go mroziłeś wczoraj tą klimatyzacją całą drogę.
- Od tego się nie umiera. Matko Boska ja pie*dolę, musimy się pozbyć ciała.
Za każdym razem, gdy wpadałem w panikę, przywoływałem na głos imiona świętych, choć do kościoła od lat nie chodziłem. Byłem cały w nerwach.
- Jak to możliwe? – spytałem Mireczka.
- No wiesz. Niezbadane są wyroki boskie – filozoficznie odparł Mireczek – Żyjesz sobie, a tu nagle pstryk i już Cię nie ma.
I w momencie, gdy pstryknął Mireczek palcami, leżący na ziemi Malik ocknął się i powiedział: Oooo chłopaki, wróciliście.
- Malik. Ty żyjesz – omal się nie rozpłakałem – Co się z Tobą działo?
- Nie wiem. To ta koszula. Pamiętam tylko, że ją prasowałem i zaczęło mi się kręcić w głowie.

Koszula Malika była bardzo elegancka. Taliowana, w kolorze jasnego beżu w drobniutkie, czarne kółeczka, o średnicy trzech lub czterech milimetrów. Środki kółeczek również były beżowe. Kiedy tak człowiek przez chwilę jej się przyglądał, to zaczynało mu się kręcić w głowie. Hmm, trochę to było dziwne.
- Wyprasuję Ci tę koszulę – powiedział Mireczek i zabrał się do roboty. Ja siedziałem jeszcze chwilę przy Maliku by mieć na niego oko. Poszedłem po wodę i kiedy wróciłem, zauważyłem Mireczka słaniającego się na nogach.
- On ma rację. Od prasowania tej koszuli kręci mi się w głowie – powiedział i się przewrócił.
- Przecież to jest niemożliwe – powiedziałem i tym razem to ja wziąłem się za prasowanie.I kiedy tak prasowałem, poczułem, że coś dziwnego się ze mną dzieje, ale nie zdążyłem o tym powiedzieć Mireczkowi, bo puściłem pawia.

Malikowi po tej całej akcji też już było wszystko jedno, więc ostatecznie na wesele poszedł w t-shircie i trampkach, wyrzucając wcześniej do śmieci koszulę.


środa, 2 października 2013

żona bigosem doprawiona

część I tu... click

część II tu... click

część III tu... click

część IV tu... click

Malik i jego żona prezentowali się wyjątkowo. Można by rzec, że osobliwie, żeby nie powiedzieć, w pytkę. On, z ranami ciętymi na twarzy i w spalonym garniturze, ona w potarganej kiecce i ze strąkami na głowie. Obydwoje doprawieni bigosem i barszczem, które zrzuciła na nich Malikowa, w momencie, gdy spadała na podłogę. Wesele jednak zaliczyć można było do udanych. Wszyscy bawili się doskonale. Poza młodą parą. Można było założyć się w ciemno, że nikt nigdy, na żadnym weselu, nie zrobił takich fotek.

My już dawno przestaliśmy się przejmować. Wzięliśmy butelkę wódki, Miriam trzy kolejne i poszliśmy na taras. Cholera, skończyły nam się fajki. Zostały jedynie takie holenderskie. I gdy postanowiliśmy się całkiem odstresować, pojawił się Malik, by sobie zapalić. Spławilibyśmy go szybko, ale wtedy Gołąb kopsnął Malikowi śluga i jeszcze odpalił. – Jak się bawić, to się bawić – powiedział. A taki był dotychczas spokojny. Spojrzeliśmy z Mireczkiem na siebie i właściwie nie wiedzieliśmy, czy coś by nas było jeszcze w stanie zaskoczyć. Wzruszyliśmy tylko ramionami i też zajaraliśmy.

Można się było spodziewać, że Malikowi walnie. I walnęło. Nigdy wcześniej żaden z nas tak nie zareagował. Było śmiesznie, było smutno, to się jadło, to się piło. Ale do cholery nikt nie zaczął latać. Żeby nie było, Malik też nie, choć mu się wydawało i skoczył z tarasu, wprost na klomb z różami. Wyplątał się z tych krzewów cały ubłocony akurat wtedy, gdy zaczęli go szukać. Bo to była północ i czas na oczepiny. Jak ja nienawidziłem tych weselnych zabaw. To znaczy zazwyczaj, bo tym razem spodziewałem się widowiska po wszystkim tym, co tego dnia widziałem. No i się nie pomyliłem. Bo kiedy druhny zaczynały bronić welonu panny młodej, Malik dorwał pierwszą z brzegu i powalił na podłogę, drugiej podciął nogi, a trzeciej wykręcił ręce. Uwinął się z nimi w ciągu paru sekund. Panna młoda wstała i patrzyła na to wszystko z przerażeniem w oczach. Tak, jak reszta gości. W końcu mu wytłumaczyli, że to była zabawa.

Kiedy wszyscy wyszli na taras, by puścić lampiony, Malik , nie wiadomo skąd, przyniósł jakieś petardy. Zupełnie, jak w Sylwestra. No i kiedy tak odpalił jedną, ta zamiast wystrzelić, zaczęła sypać iskrami na prawo i lewo. Wystraszony Malik odrzucił ją od siebie, wprost pod nogi żony. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby panna młoda była taka skoczna. Jak ona skakała, w płonącej sukience. On stał zbaraniały i miał niezły ubaw, lecz w chwili otrzeźwiał i pchnął ją do fontanny. Tego już nie wytrzymała świeżo upieczona żona ani jej rodzina. Wzięli ją do auta, zawieźli do domu, a następnego dnia pobiegli do sądu, by złożyć papiery potrzebne do rozwodu.

poniedziałek, 23 września 2013

wesele ceregiele

Choć Malik już nieco przetrzeźwiał, to wyciągnięcie od niego informacji, w którym ten ślub ma być kościele, graniczyło z cudem. Dokładnie pamiętaliśmy z Mireczkiem, że o ten chodziło. Pod takim wezwaniem, ale może w innym mieście?! Mogliśmy zgadywać do usranej śmierci, lub do siedemnastu, bo tyle jest miast w aglomeracji. Plus do tego wiochy. Isiu był w drodze do domu Malika. Po buty. Więc zadzwoniliśmy do niego, by przejrzał papiery. No musiał być gdzieś jakiś ślad, cholera jasna. Marzyłem tylko o tym, by ten dzień się skończył. My, by nie marnować czasu, wsiedliśmy do auta Miriam, a Isiu miał dojechać, z głupimi butami. Miriam słynął z tego, że zawsze się gubił. Tak, jak i tym razem. Choć upierał się, że wie, dokąd jedzie. I gdy piętnaście minut później zobaczyliśmy auto Isia, jadące z naprzeciwka, dał nam się przekonać i zawrócił za nim.

Kiedy podjechaliśmy pod kościół, to już były tłumy. Całe stado gości. A było tak pięknie. Byliśmy przed czasem, ale w złym kościele. Wszyscy na nas patrzyli, z przerażeniem w oczach, jak na jakieś zjawy. Fakt. Prezentowaliśmy się pięknie. Sflaczali i na kacu. Postanowiliśmy się jednak nie zrażać i wyciągneliśmy Malika z tego cinquecento. Dokładnie z bagażnika, bo Miriam miał vana. W tym czasie podeszła do nas jego narzeczona. Przyznać trzeba... ładna. Choć też trochę stara, ale bardzo niezła i z kompletem zębów. Przedstawiliśmy się ładnie i ją wyściskaliśmy. A ta tylko spojrzała na Malika i się rozpłakała. To pewnie ze szczęścia. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że stał przed nią narzeczony, trochę pokiereszowany, z rozbitym łbem i w spalonym garniturze. W dodatku bez butów. Bałem się, żeby w ostatniej chwili się nie rozmyśliła, bo te wszystkie starania byłyby do dupy. Malik na jej widok bardzo się ożywił, choć ledwo stał na nogach.

W trakcie ślubu Malik zasnął. My z chłopakami również. Jego obudzili w trakcie, a nas pod sam koniec. Przespaliśmy to wszystko, przysięgę i ceregiele. No cholera. Szkoda. Miriam powiedział, że już tam kiedyś w życiu ślub jeden widział, Mireczek miał to w dupie a ja zapytam Isia. On jedyny godnie nas reprezentował. Po życzeniach wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy do restauracji.

Gdy goście weszli do środka, szczęśliwy małżonek chciał przenieść świeżo upieczoną żonę przez próg. I kiedy tak wziął Malik zamaszystym ruchem małżonkę swą na ręce, obrócił się i przekraczając próg, przypieprzył jej głową w futrynę. Na całe szczęście, na całe cholerne szczęście, panna młoda zemdlała tylko na chwilę. Bo kiedy wniósł ją taką, bezwładnie zwisającą mu na rękach, cała sala zamarła. I nikt nie śpiewał "sto lat". Jedynie Miriam nie stracił zimnej krwi i oblał ją zmrożonym szampanem, niszcząc jej tym przy okazji misternie ułożoną fryzurę. - Na szczęście mamy kapelusz - skwitowałem. - No. I ciemne okulary - dorzucił Mireczek. Co on z tymi okularami? Nieważne. Spadł mi poziom stresu i zrobiłem się głodny.

O dziwo, przy obiedzie nie stało się nic strasznego. Zresztą, gdyby nawet, to nie nasza brocha. My już swoje zrobiliśmy. Ożeniliśmy Malika i to było najważniejsze. Niech się martwi żona. Choć trzeba przyznać, że doprowadzenie go do ołtarza kosztowało nas tyle, że musieliśmy się upić. Z nerwów. Bo Malik to jak zawsze.

No i gdy tak po raz któryś wznoszono za nich toast i śpiewano "sto lat", Malik ucałował żonę tak namiętnie, że aż stracił głowę. Stracił także równowagę, gdy siadając, potknął się o krzesło i padł z nim na podłogę. Dokładnie to o jej krzesło, gdy właśnie miała na nim usiąść. Patrzyliśmy spokojnie, jak ta swieżo upieczona żona resztkami sił, rozpaczliwie machając w powietrzu rękami, próbuje złapać równowagę. W ostatniej chwili łapiąc się obrusu, upadła na dupę ze wszystkim ze stołu. - Odleciała. No to zdrowie! - wzniósł toast Mireczek.

środa, 11 września 2013

Malik się żeni

I nadszedł w końcu ten dzień, którego obawiali się wszyscy. Malik postanowił się ożenić. Cieszyła się właściwie tylko jego matka, która ślepo go kochała i uważała, że wszyscy inni mają zgubny wpływ na jej ukochanego syna. Zresztą nie miała jakby wyjścia po tym, gdy dowiedziała się ostatnia. Przypadkowo. Od matki któregoś z nas, gdy ta składała jej gratulacje. Aaa. No i cieszyła się narzeczona. Jeszcze nieświadoma. Żal nam było dziewczyny, ale ponieważ jej nie znaliśmy, to szybko nam przeszło. Bo decyzja o ślubie była nagła. Przynajmniej tak uważaliśmy z Mireczkiem. Malik miał odmienne zdanie. Ale to w końcu jego sprawa.

Każdy kiedyś na koloniach miewał laski, które po wakacjach rzucał, ale jako, że Malik na wakacje jeździł tylko z matką, to nie miał doświadczenia. Więc, gdy pojechał w końcu sam, to ciężko się zakochał. Wiedzieliśmy z Mireczkiem, że Malik po wódzie miewał często różne zwidy, ale te były naprawdę najlepsze. No bo w sumie to mieliśmy ubaw. Największy na kawalerskim.

Kawalerskie mogliśmy zrobić dopiero dzień przed ślubem, bo Malik tego dnia akurat wracał od ojca zza granicy. Dorabiał na początek nowej drogi życia, co akurat było słuszne. Jako świadek wymyśliłem, że pójdziemy z chłopakami na dwa browce, kulturalnie. I wrócimy do domu, żeby zdążyć wypocząć przed weselem. Chłopaki, to oprócz nas jeszcze Isiu, Gołąb i Miriam. Miriam to wbrew pozorom był nasz kolega i miał taką ksywę dużo, dużo wcześniej, zanim ta prawdziwa pokazała w telewizji ch*ja.

Poszliśmy więc po Malika. Otworzyła nam drzwi matka, zaprosiła nas do środka, mówiąc, że Michałek jest w łazience, bo musiał się odświeżyć. W końcu zrozumiałe. Ale wtedy drzwi kibla się otwarły i odezwał się Malik:
- siema chłopaki, ja zara bede, ino sie wysrać musze.
No, byłoby naprawdę miło, gdyby Malik czasem jednak coś przemilczał.

Malikowi plan pójścia do knajpy niezbyt się podobał. Więc wymyślił ognisko. Na działce, na której jego matka budowała dom. Wozić nas pijanych zaofiarował się Isiu. Zabawa była przednia, a ognisko wielkie. Jak spaliliśmy już całe drewno, to pijany w sztok Malik dorzucał brykiet. Całymi paczkami. O brykiet upomniała się Malika matka. Miesiąc później. Gdy pojawił się, umówiony wcześniej, fachowiec od parkietów.

Impreza skończyła się chwilę po tym, jak skończył się brykiet i na moment przed przyjazdem policji. Gdy już Isiu podwiózł nas pod blok Malika, poszliśmy go z Mireczkiem odprowadzić. Wyjątkowo. Żeby nie wkurzać matki pana młodego i nie narażać się na awantury za nieswoje winy, postanowiliśmy po cichu wejść i pokierować go do łóżka w jego pokoju, który akurat był tuż obok wejścia. Bez zapalania światła. I kiedy tak szedł Malik chwiejnym krokiem w stronę wyra, potknął się o kosz ze śmieciami, który postawiła mu na środku rozsierdzona matka. Bo takie miała metody. I kiedy tak leżał Malik wśród obierek od ziemniaków i innych odpadków, wyglądał tak, jak jego ślub. O czym mieliśmy przekonać się nazajutrz.

bring it