Teorię miałem taką, że każda, nawet najbardziej wydumana wizja tego świata, przedstawiana w filmach science-fiction pewnego dnia się spełni. I ta myśl mnie przerażała. Od dziecka. Do dzisiaj. Bo dziś kolejna straszna wizja się sprawdziła.
W podziemiach kopalni soli w Wieliczce działy się dantejskie sceny. Ludzie biegali w popłochu, we wszystkich kierunkach, uciekając podziemnymi korytarzami i krzycząc przeraźliwie. Co chwilę było słychać rozdzierający, mrożący krew w żyłach, rozpaczliwy krzyk kolejnej osoby. Odgłosy wydobywające się z kopalnianego szybu przyprawiały o ciarki obsługę muzeum i oniemiałych z przerażenia przypadkowych świadków. Pracownicy skansenu próbowali coś zrobić, jakoś pomóc, ale nie bardzo wiedzieli jak. Główny transformator został uszkodzony i na dole, w wyrobiskach panowały egipskie ciemności. Ciemności rozdzierane wrzaskami przerażonych i bezbronnych, biegających ludzi, uciekających przed krwiożerczymi zombie. Bo dzisiaj zombie opanowały świat. A zaczęły w Wieliczce. Akurat, gdy my byliśmy tam na wycieczce. My, czyli ja, Isiu, Gołąb, Miriam, Mireczek i Malik.
Pie*dolony Malik.
Wszyscy chodziliśmy wytyczonymi ścieżkami, słuchając opowieści przewodnika. Przyjechaliśmy tutaj, bo mieliśmy fajne wspomnienia związane z trzydniową wycieczką, na której byliśmy jeszcze w czasach szkoły średniej. Najfajniejsze wspomnienia miał Gołąb. Zakochał się wtedy w Lence. I miał z nią pierwszy seks. Mówiliśmy mu wprawdzie, że poniżej pięciu sekund się nie liczy, ale on upierał się przy swoim. I do dziś ją kochał. Właściwie przyjechaliśmy tu się nachlać, trochę powspominać i odnaleźć miłość jego życia.
Mieliśmy po trzydzieści lat, ale słuchaliśmy fascynujących historii przewodnika, jakbyśmy chodzili do gimnazjum. Albo podstawówki. I kiedy tak podziwialiśmy misternie wykonaną, podziemną kaplicę, Malik postanowił zajrzeć do jednego z sarkofagów. I wtedy się zaczęło…
częsć II tu <click>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz