Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remont. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 kwietnia 2014

dupa, jesień, średniowiecze

Wczoraj wieczorem przekonałem się boleśnie, co znaczy mieć z dupy jesień średniowiecza. Bo wczoraj wieczorem przyszedł do mnie Adrian. Ehh, ten cały Adrian. Wpadł niby przypadkiem, że podobno był w okolicy, właściwe tuż obok, prawie po sąsiedzku, przyniósł jakieś wino, no i było miło. Bo Adrian to jest naprawdę fajny facet. Zawsze bardzo go lubiłem. Właściwie wydaje mi się, że Adrian mnie tak trochę też. No może bardziej niż trochę. Byliśmy dla siebie kimś więcej, niż tylko kolegami. W końcu zawsze, w każdej kwestii świetnie się dogadywaliśmy. Zawsze mogliśmy też na siebie liczyć, lubiliśmy swoje towarzystwo. No i jak mówiłem, zawsze było miło. Ale nie tym razem.

Bo tym razem bolało...

Choć w zasadzie potrzebowałem dziś relaksu, w trakcie tego cholernego remontu, to przeholowałem z winem. Niewyspany od kilkunastu dni, utyrany od rana do wieczora, załatwiłem się na cacy nędzną butelczyną wina. W dodatku wypitą na spółę. Z kolegą Adrianem. On też był niewyraźny, ale to akurat nic nadzwyczajnego, bo odkąd pamiętam, to miał słabą głowę. I gdy skończyło się wino, wstaliśmy z podłogi i dość chwiejnym krokiem poszliśmy do sypialni, w której rozwaliłem wcześniej pół konstrukcji dachu. Adrian chciał zobaczyć i miał to ocenić swym fachowym okiem. I gdy tak oglądał nadwątlone krokwie, chwycił się sufitu, który runął na mnie, a ja na podłogę, upadając dupą na deskę z gwoździami.

niedziela, 6 kwietnia 2014

remont sremont

Dżizas. Nic mnie tak nie wku*wia jak myśl o remoncie mieszkania. Zbierałem się do niego dwa lata. Dwa cholernie dłuuuugie lata. Za każdym razem, kiedy wchodziłem do domu, chciało mi się rzygać na widok eleganckich, choć już nieco przykurzonych brązowo-beżowych ścian. Bo i te kolory i ten syf działały na mnie depresyjnie. Wchodziłem i siarczyście kląłem w duchu, obiecując sobie, że za miesiąc, że wiosną, że latem. Jak ja nienawidzę tego kurzu, bajzlu i niekończącej się roboty. A jednak.

W ten weekend wziąłem się ostro do roboty, obmyśliłem plan, lecz jasny szlag go trafił już na samym początku. Kląłem i tyrałem, tyrałem i kląłem. I wciąż tak na zmianę. Od rana do wieczora. No nie ma nic gorszego. Narobiłem się jak diabli, harowałem jak wół, ale w końcu widzę już efekty i jakoś od razu mi tak radośniej. I ma to sens.

Przypomniał mi się Tadek. On też nienawidził remontów. Co do niego przychodziłem, to mówił, że musi się wziąć za malowanie mieszkania. Mówił: kufa, jak ja nienawidzę remontów. Tego całego, cholernego syfu. Muszę się w końcu za to zabrać.
Mieszkanie Tadzia bylo wielkie, więc wcale mu się nie dziwiłem.

Po dwóch długich latach wziął się w końcu Tadek za to malowanie. Klął i tyrał, tyrał i klął. I wciąż tak na zmianę. Od rana do wieczora. No nie było nic gorszego. Narobił się jak diabli, harował jak wół, ale  końcu widział już efekty i jakoś od razu było mu radośniej. I miało to sens.

Niedługo jednak się nacieszył swym odnowionym mieszkaniem, bo dzień po skończeniu remontu wpadł pod ciężarówkę.

bring it