Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2014

fakya bro

część I tu <click>

część II tu <click>


Samantha. Tak miała na imię prawdziwa matka Malika. Właściwie to Iwona, ale prosiła wszystkich kumpli z dzielni, żeby nazywali ją Samanthą. Przez h w środku, bo czuła się bardziej sexy. To w jej opinii, bo generalnie sprawiała wrażenie taniej lafiryndy. A zresztą nie tylko sprawiała. Samantha zaczęła urzędować z chłopakami dosyć wcześnie. To znaczy, jak na standardy dzielnicy, w której mieszkała to dosyć późno. Miała 14 lat i wszystkie koleżanki z niej się śmiały, że jest żelazną dziewicą. W pierwszej klasie gastronomika pocałowała się z Grześkiem, później z Waldkiem, kiedyś znowu z Grześkiem, a na końcu wylądowała na wersalce Jacka, kumpla z klatki obok, gdy akurat starzy poszli do roboty. Gdy się okazało, że jest w ciąży, tak naprawdę nie wiedziała do kogo się zwrócić. Z Grześkiem całowała się wprawdzie dwa razy, ale z Waldkiem za to z języczkiem. Podejrzenia padały też na Jacka.

Kiedy Samantha urodziła dziecko, postanowiła podrzucić je na klatkę starej kamienicy dwa osiedla dalej. Kamienicy, w której mieszkali państwo Zuanzi. I kiedy pani Zuanzi schodziła późnym wieczorem, żeby wynieść śmieci, potknęła się o małe zawiniątko na ciemnej klatce schodowej.
- Hamuka te – syknęła pani Zuanzi, co w wolnym tłumaczeniu brzmiało: ku*wa mać. 
W tym samym momencie zawiniątko się poruszyło i zaczęło płakać. Pani Zuanzi ze zdumieniem spojrzała na noworodka i po naradzeniu się z mężem, postanowiła przygarnąć maleństwo i wychowywać jak swoje, pilnie strzegąc tej tajemnicy przed Rysiem, bo takie imię widniało na karteczce, przyczepionej do znoszonego becika. I nazwisko. Malik. Choć nikt nie miał pewności, że ono jest prawdziwe.

Żal nam do cholery było tego Malika. Znaliśmy się tyle lat i tyle wspólnie przeżyliśmy. Każdemu z nas kroiło się serce, jak patrzył na jego cierpienie. A on to zaczął wykorzystywać. W ogóle to stał się jakiś agresywny i nazywał nas nie inaczej, jak pieprzonymi białasami. To znaczy wszystkich prawie, poza Miriamem. Miriam dalej tkwił w tym całym „szoku” i co spotykał Malika, to zawsze powtarzał:
- stary. No ku*wa uwierzyć nie mogę. Ciągle to do mnie nie dociera. Szok. Dla mnie zawsze będziesz czarny.
- dzięki Miriam. Na Ciebie zawsze mogłem liczyć.
- jesteś czarny jak smoła. No patrz, jak tyle lat można było się mylić. Szok.
- No. Widzisz.
- dla mnie jesteś czarny, jak węgiel w kopalni. No szok. Po prostu szok.
- zajebioza.
Miriam nadużywał słowa szok i prawdę mówiąc przeginał pałę. Przez całe lata brał udział w spisku, udając, że wierzy w to, że Malik jest czarny, a teraz robił wszystko, żeby się wybielić. Wkurzaliśmy się z chłopakami trochę, pamiętając jeszcze, jaką awanturę Malik zrobił Mireczkowi, gdy ten dal mu kanapkę akurat z białym serkiem. Przysłuchiwaliśmy się temu dialogowi wkurzeni.
- no Malik… między nami nic się nie zmieniło – powiedział Miriam. – Będę kochał cię, jak brata. Dla mnie jesteś czarny, bro. 
Jak już powiedział do Malika bro, to Isiowi puściły nerwy.
- Malik. Wszyscy wiedzieliśmy, że jesteś biały. I to od czasu szkoły średniej. Miriam też wiedział.
Malik zaskoczony spojrzał na Miriama, Miriam zaskoczony spojrzał na Isia, a Isiu pokazał mu faka,
- fakya bro – dorzucił.
- Nieprawda. Malik. On łże. Dla mnie jesteś czarny jak smoła, jak sadza, jak ziemia do kwiatków, jak, jak, jak… eeee
- jak co? – zapytał Malik.
- jak ciemna dupa – szepnął do ucha Miriama Mireczek.
- jak ciemna dupa – powtórzył bezmyślnie Miriam, po czym zanim się zorientował, leżał na ziemi z krwawiącym nosem.
- i nie mów do mnie nigdy więcej bro. Pieprzony białasie.

piątek, 19 września 2014

jestem gejem

- jestem gejem i jestem Żydem – powiedział Malik, gdy w ostatni piątek miesiąca, chwilę przed szesnastą, do jego boksu podeszła szefowa i Regina z HR-ów, trzymająca w ręce jakieś formularze – i w dodatku jestem czarny – dorzucił po chwili.

Mirella z Reginą zgłupiały, spojrzały na siebie, po czym ta druga zbliżyła swoją twarz do twarzy Malika i mrużąc oczy oraz nos zaczęła przyglądać mu się badawczo. Z bliska jej twarz była jeszcze większa, nos bardziej spiczasty, a oczy ściągnięte w wąskie kreski, przez szkła okularów wyglądały jeszcze groźniej. Ściągnęła je z nosa, znów je założyła, ściągnęła raz jeszcze, chuchnęła, wytarła, założyła znowu i tak się patrzyła jakieś dziesięć minut, przekrzywiając głowę raz w prawo, raz w lewo.

Regina miała dwadzieścia pięć dioptrii. W sumie. Ale to wystarczająco dużo, żeby całkiem zgłupieć. Widziała Malika po raz pierwszy w życiu, do dziś był dla niej jedynie symbolem pracowniczym R sześćdziesiąt trzy trzy pięć dwa coś tam.
- przestań się wygłupiać, to poważna sprawa – syknęła Mirella.
- właśnie. Głupie żarty – dodała Regina.
Choć widziała Malika pierwszy raz na oczy, miała już formułkę, z jaką go pożegna, prosząc przy okazji, by w trzydzieści minut spakował swe graty. Działała w tej branży ze dwadzieścia latek, procedując zawsze utartym schematem. A tu taka niespodzianka. Jakiś k… peszek, w piątek przed weekendem.

Kiedy po szesnastej wszyscy wychodzili, klepali go w plecy, gratulując odwagi i poczucia humoru. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziano Reginy z taką głupią miną. Wszyscy się uśmiechali, wracając do domu w radosnych nastrojach. Malik nie rozumiał, co myśleli inni, mówiąc o odwadze i poczuciu humoru. Zresztą był przyzwyczajony. Za każdym razem, kiedy tylko mówił, że jest czarny, wszyscy dookoła pukali się w głowę. Tłumaczył sobie, że jako czarny nie może liczyć na współczucie, ani zrozumienie w kraju białych ludzi. Prawda była taka, że czarna była matka i czarny był ojciec, a Malik był biały. I w dodatku rudy. Był adoptowany. Państwo Zuanzi trzymali to jednak w wielkiej tajemnicy. To znaczy my, ja, Gołąb, Isiu, Miriam i Mireczek wiedzieliśmy od dawna, ale państwo Zuanzi raz nas poprosili, żebyśmy przed Rysiem się nie wygadali. Przez tyle lat przyjaźni trzymaliśmy to wszystko w wielkiej tajemnicy. Ale dzisiaj nadszedł dzień, w którym wyjaśnić trzeba było wszystkie wątpliwości.

część II tu <click>

czwartek, 24 kwietnia 2014

biały murzyn

Ten Andrzejek to czasem zachowuje się jak wieśniak. Jak dzisiaj. Akurat palił fajkę przy oknie w kuchni. Wykorzystał moment, gdy nie było w domu mamy, więc trochę przykozaczył. Palił, wydmuchując dym z całych sił, najdalej jak się dało i zobaczył czarnego. Nowego i zarazem pierwszego czarnego w ich klatce. Nie licząc Wietnamek z sąsiedniego bloku, to jedyna egzotyka, jaką Andrzejek widział ostanimi czasy. Wietnamki zresztą od zawsze były trochę podejrzane, bo o ile kojarzę, to nazywają się Kowalskie. Hmmm.

- ty. Rafał. Chodź szybko. Murzyn - zawołał.
- nie murzyn, tylko czarny. Co to ja czarnego nie widziałem?!
- no. Czarny murzyn.
- a widziałeś kiedyś białego murzyna? - zapytałem.

I właściwie od razu sobie przypomniałem, że ja widziałem. Kiedyś. W tefałenie. Czarnego albinosa, który był cały biały, choć w środku był czarny. Ale to akurat była wyjątkowa sytuacja. Taki wybryk natury. Nie wiem, gdzie oni go znaleźli, ale musiało to być tak samo trudne, jak znalezienie fajnej laski w Rudzie Śląskiej. Choć są tacy, co mówią, że wszystko jest możliwe.

- ja to zawsze bałem się murzynów - powiedział Andrzejek.
- i pewnie bałeś się, żeby ci jakiś nie wyskoczył z telewizora.
- coś ty. Ze mną do szkoły chodzili. I jeden tak się zawsze na nas dziwnie patrzył.
- może miał na was ochotę? - uśmiechnąłem się szeroko, że tak mi się żarcik udał.
- no. Cholera wie. Może to był jakiś ludożerca...

bring it