Dla Alfonsa pracowały zawsze najfajniejsze laski. Sława ich sięgała okolicznych miast, a bywało tak, że przekraczała i granice kraju. Alfons miał nosa do dziewczyn. Kilka z nich zrobiło zresztą furorę w Irlandii, parę w Niemczech i po jednej w Amsterdamie, Rzymie i Paryżu. Dziewczyny w swoim fachu były mistrzyniami, każdemu dogodziły, klienci tam walili drzwiami i oknami. Najsłynniejsza jednak była Angelika, zgrabna i powabna ze zwinnym języczkiem i sprawnymi palcami. Każdego klienta, zanim go przyjęła zabawiała zawsze przemiłą rozmową. Oczko w głowie szefa. I to do niej właśnie ustawiały się kolejki.
Alfons sam w sobie był niskiego wzrostu, lecz miał duże ego. I do tego ego dopasował image. Nosił się w koszulach rozpiętych do pępka, pokazując światu owłosioną klatę i złote łańcuchy. Na serdecznym palcu nosił wielki sygnet, który eksponował głaszcząc się po wąsie, doglądając z dumą swego interesu. I do tego jeździł czerwonym mondeo. Budził w okolicy respekt, wszyscy go szanowali. Lecz miał jedną wadę. Nie znosił krytyki. No właściwie dwie. Nie lubił konkurencji. O czym miała wkrótce przekonać się Vanessa.
Vanessa do Łomży przyjechała z Płocka. I zaczęła działać sama, wyłącznie na własną rękę. Jej umiejętności były równie duże, jak umiejętności Angeliki. Choć niektórzy mówili, że o wiele większe. Duży był też biust Vanessy, co mógł widzieć każdy, gdy się nad nim pochylała. W bardzo krótkim czasie odbiła część klientów dziewczynom Alfonsa.
Alfons na początku chciał ją wziąć pod skrzydła. Kusił kasą, zleceniami i dobrą opinią, jaką miały w Łomży jego podopieczne. Vanessa pozostała jednak nieugięta, była niezależna, no i w fachu świetna. Zarabiała krocie i nie miała w planach płacić komuś za nic zwykłego haraczu. Wkrótce zaczęła dostawać dziwne anonimy, głuche telefony, listy z pogróżkami. Nie zważając na nic przyjmowała dalej w swoim saloniku. Przynajmniej do czasu, gdy ktoś jej podrzucił koktajl Mołotowa. I pewnie skończyłaby się ta bitwa zwycięstwem Alfonsa, gdyby nie przypadek. Klient Angeliki nabawił się żółtaczki, gdy ta przez przypadek zacięła go brzytwą.
W bardzo krótkim czasie interes podupadł. Dziewczyny się pozwalniały, zniknął także Alfons. Alfons Grzywko z Łomży. Mistrz fryzjerski. Z trzydziestoletnim stażem.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alfons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alfons. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 października 2013
czwartek, 5 września 2013
o kur*ach
Pojechaliśmy na kur*y. Z Malikiem. W 1993 roku :D Albo w 94? Zresztą to nieważne, bo mniej więcej w tych czasach pojawiły się one na ulicach. Oficjalnie. Stały na każdym rogu, jak w amerykańskich filmach.
Z tą różnicą, że w amerykańskich filmach dziwki zawsze były z Los Angeles albo z Miami. Ładne, opalone i skąpo ubrane.. nie tak, jak te. W Katowicach. Na Szkolnej i Bankowej. Odziane dziadowsko w szaro-bure łachy. Jako, że był listopad, to stały te biedne kur*y w starych karakułach po kostki i wełnianych czapkach. Blade i zasmucone. I co druga z alfonsem.
No nic. Postanowiliśmy przynajmniej dowiedzieć się za ile. Trochę się zbieraliśmy w sobie na odwagę, ale w końcu podjechaliśmy tym starym audikiem. Lecz zanim zdążyłem otworzyć korbką szybę, od tyłu podjechał nam bus z napisem: [PRZEWÓZ PRACOWNIKÓW - KWK HALEMBA]
Coś mi się wydaje, że mieliśmy z Malikiem dużo szczęścia, że nie zdążyliśmy ich pozaczepiać, bo mogłoby się to skończyć tragicznie. Oczywiście dla nas, nie dla dziwek.
Nauczeni doświadczeniem, podjechaliśmy do kolejnej. Stała taka. Może z chłopakiem? Więc, żeby dziewczyny nie urazić, zacząłem:
- hej. Koleżanko. Czekasz tu na kogoś?
Ona, schylając się powoli do otwartego okna starego audika, przeciągając się, dmuchając mi papierosowym dymem prosto w pysk i mierząc mnie wzrokiem, odpowiedziała:
- taaaaak
- a to sorry. I poszliśmy z Malikiem na pizzę.
Z tą różnicą, że w amerykańskich filmach dziwki zawsze były z Los Angeles albo z Miami. Ładne, opalone i skąpo ubrane.. nie tak, jak te. W Katowicach. Na Szkolnej i Bankowej. Odziane dziadowsko w szaro-bure łachy. Jako, że był listopad, to stały te biedne kur*y w starych karakułach po kostki i wełnianych czapkach. Blade i zasmucone. I co druga z alfonsem.
No nic. Postanowiliśmy przynajmniej dowiedzieć się za ile. Trochę się zbieraliśmy w sobie na odwagę, ale w końcu podjechaliśmy tym starym audikiem. Lecz zanim zdążyłem otworzyć korbką szybę, od tyłu podjechał nam bus z napisem: [PRZEWÓZ PRACOWNIKÓW - KWK HALEMBA]
Coś mi się wydaje, że mieliśmy z Malikiem dużo szczęścia, że nie zdążyliśmy ich pozaczepiać, bo mogłoby się to skończyć tragicznie. Oczywiście dla nas, nie dla dziwek.
Nauczeni doświadczeniem, podjechaliśmy do kolejnej. Stała taka. Może z chłopakiem? Więc, żeby dziewczyny nie urazić, zacząłem:
- hej. Koleżanko. Czekasz tu na kogoś?
Ona, schylając się powoli do otwartego okna starego audika, przeciągając się, dmuchając mi papierosowym dymem prosto w pysk i mierząc mnie wzrokiem, odpowiedziała:
- taaaaak
- a to sorry. I poszliśmy z Malikiem na pizzę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)