Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2014

ebola w Polsce

Ebola pojawiła się w Polsce przypadkowo. Właściwie Ebol było dziesięć, ale dziewięć od razu zaje*ali na lotnisku Chopina przy rozładunku bagaży. I nikt niczego nie widział, a każdy zawsze chciał dorobić do swej marnej pensji. Choć wszyscy ją przed tym krajem ostrzegali, bo mimo, że równie dziki, jak Sudan, czy Nigeria, to jednak całkiem inny, Ebola postanowiła spróbować życia tutaj.

W pierwszej godzinie, spacerując po Warszawie, Ebola usłyszała, że ma wypie*dalać z kraju białych ludzi. W drugiej godzinie Ebolę skropiono kilka razy święconą wodą. W trzeciej dostała staropolski wpie*dol, w czwartej kosę w plecy.

Długo nie pożyła.

wtorek, 18 marca 2014

halo?! centrala?

- halo?! Centrala?
- taaak.
- kto mówi?
- Honorata.

Ilekroć przejeżdżam koło centrali, to przypomina mi się ta scena z mojego ulubionego filmu, który mnie chyba nigdy nie przestanie bawić. I tak było dzisiaj. Wprawdzie centrala była mięsna i zamknięta na cztery spusty już paręnaście lat temu, to ciągle kojarzy mi się z misją specjalną, jaką miałem do wykonania jako mały chłopiec. Co sobotę. W czasach największego kryzysu.

Każdego tygodnia, wczesnym rankiem, chodziłem do  centrali, zgrabnie omijałem kolejkę, pukałem w metalowe drzwi, jak w bunkrze, które otwierały się ze zgrzytem i wchodziłem na zaplecze słynnej centrali mięsnej. Na mięsie się nie znałem, ale mama, korzystając ze znajomości, wysyłała tam mnie, bo w czasach kryzysu, gdy jedzenie było na kartki, a i tak go ciągle brakowało, ludzie gotowi byli zabić. Ale dziecka nie skrzywdzili.

Więc chodziłem na zakupy, czasem zdobyłem śląską, czasem schabik z kością, od czasu do czasu trochę baleronu. A jak już rzucali do sklepu ochłapy, to mi miłe panie wymieniały kartki na inne produkty lub na całkiem nowe, jak się tam trafiło na koniec miesiąca.

I dziś jadąc do domu, spojrzałem na centralę, uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem recytować na głos te dialogi. Śmiałem się przy tym do rozpuku, wracając w zupełnie radosnym nastroju. Do czasu, gdy się okazało, że jestem bez prądu. Czyli w ciemnej dupie... Prysnął dobry humor, krew mnie zalać chciała i szlag jasny trafić. No tak. Na poprawę humoru obejrzę sobie znów tę komedyjkę, przynajmniej do chwili, aż nie padnie mi bate





środa, 4 września 2013

o niszczeniu symboli narodowych

Z niszczeniem symboli narodowych było tak. Pierwszy zniszczył Lesiu. Drugi zresztą też.

Ale od początku. Tego dnia podróżowaliśmy wśród malowniczych pól, łąk i lasów południowej Wielkopolski. Krową, czyli przedłużonym i podwyższonym dostawczakiem. Jak jacyś budowlańcy. Było piękne lato, panował cudowny upał, a delikatne promyki słońca prześwitywały pośród drzew. No i jadąc tak, mijając kolejny las i kolejne pole, Lesiu zabił orła.

Tak mi się wydaje. Bo dla mnie każdy wielki ptak to orzeł. Orzeł siedział sobie w krzakach, przy drodze, ale zerwał się, rozpostarł swoje skrzydła tak wielkie, że zrobiło się aż ciemno, po czym przeleciał nam przed samochodem. Mnie zatkało. Myślałem, że Lesia też. Ale okazało się, że on go nie widział i w niego przywalił. A to wielkie bydlę było. Zresztą, ostatnie co widziałem, to jego wielką dupę, bo przywalił akurat moją stroną.

To wielkie ptaszysko rozwaliło nam pół auta. Nawet mechanik, pytając, kto wam tak tje blachje rozj..ał, ledwo nam uwierzył. Ale co tam auto. Służbowe i z dobrym ubezpieczeniem. Najbardziej jednak szkoda było orła. Biedny Lesiu złapał po tym incydencie doła. Może i jest czasem wredny, może i nie lubi polityków, ale ma serce dla zwierząt i musze krzywdy by nie zrobił. Nie mówiąc o orle.

Na początku było mi go żal. Próbowałem nawet go pocieszać, że może orzeł był niemiecki. No bo to w sumie Wielkopolska i do Niemiec blisko. Ale nie pomagało. Lesiu próbował zapomnieć o tym przykrym zdarzeniu, męczyło go to strasznie, a ja mu nie pozwalałem, bo też jestem wredny. Zresztą wcale nie musiałem, bo nieszczęścia chodzą parami i jakieś dwa tygodnie później Lesiu znów przydzwonił w orła. Może nie żaden powód to do dumy, ale z drugiej strony, kto inny by coś takiego umiał zrobić? Upolować dwa orły w ciągu dwóch tygodni i to bez użycia broni.

Z Lesiem staramy się żyć w zgodzie i ostatnio nieźle nam wychodzi. Czasem się pokłócimy, nigdy nie bijemy. Ale kiedy dochodzi między nami do wymiany zdań, bo na niektóre sprawy mamy różne poglądy, wystarczy, że powiem: - Lesiu. Miej do tego większy dystans. Trochę większy niż do orła. I już zaczyna się awantura. O to, jaki jestem wredny.

bring it