Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2014

bo kochałem go i wciąż za nim tęsknię


To było moje prawdziwe, wielkie, o ile nie największe, młodzieńcze zauroczenie. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, a on był ode mnie zaledwie trzy lata młodszy. Był Niemcem. Z dziada pradziada. Pamiętam, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. W internecie. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia, jeżeli można tak powiedzieć o kimś, kogo nigdy wcześniej na własne oczy się nie widziało. Ale wiedziałem, że to ten, jedyny i że jest mi przeznaczony. Pragnąłem jak diabli, jak nigdy wcześniej, jak słońca, jak wody, jak tlenu. Dzieliła nas granica i kilkaset kilometrów, ale cóż to znaczyło w obliczu wielkiej miłości. Mojej do niego. Bo czy jego, to nie wiem.

Zaburzył mój spokój na długo, myślałem o nim ciągle, kładłem się spać z myślą o nim. Śniłem o nim i budziłem się rano, myśląc kiedy w końcu go zobaczę. I pamiętam ten dzień, jak dziś. Majowy, ciepły, słoneczny. A może tylko mi się wydawało? Moje serce biło coraz mocniej i coraz szybciej. Emocje sięgały zenitu, moje podniecenie rosło z każdą chwilą. Nigdy wcześniej, ani też nigdy później nie przeżywałem takiej ekscytacji. Nie mogłem się doczekać, aż dojadę do Berlina, a im bliżej miasta byłem, tym droga wydawała się dłuższa.

Zobaczyłem go z daleka, dojeżdżając taksówką pod właściwy adres. Stał tam i czekał na mnie. Wyglądał tak samo, jak na zdjęciach w internecie. Choć może nawet nieco lepiej. Piękny i zadbany. Jego wspaniała sylwetka, delikatna w dotyku, połyskująca w promieniach słońca skóra. Drżałem, kiedy dotknąłem go po raz pierwszy… Wydaje się to niemożliwe, ale po latach wciąż dobrze pamiętam to uczucie. Ten dreszcz, tę radość, emocje. Tę miłość od pierwszego wejrzenia do mojego pięknego, wyśnionego i wymarzonego, zabytkowego Mercedesa 230 coupe z 1978 roku.

Do dziś przeklinam ten dzień, w którym go sprzedałem....

wtorek, 18 marca 2014

halo?! centrala?

- halo?! Centrala?
- taaak.
- kto mówi?
- Honorata.

Ilekroć przejeżdżam koło centrali, to przypomina mi się ta scena z mojego ulubionego filmu, który mnie chyba nigdy nie przestanie bawić. I tak było dzisiaj. Wprawdzie centrala była mięsna i zamknięta na cztery spusty już paręnaście lat temu, to ciągle kojarzy mi się z misją specjalną, jaką miałem do wykonania jako mały chłopiec. Co sobotę. W czasach największego kryzysu.

Każdego tygodnia, wczesnym rankiem, chodziłem do  centrali, zgrabnie omijałem kolejkę, pukałem w metalowe drzwi, jak w bunkrze, które otwierały się ze zgrzytem i wchodziłem na zaplecze słynnej centrali mięsnej. Na mięsie się nie znałem, ale mama, korzystając ze znajomości, wysyłała tam mnie, bo w czasach kryzysu, gdy jedzenie było na kartki, a i tak go ciągle brakowało, ludzie gotowi byli zabić. Ale dziecka nie skrzywdzili.

Więc chodziłem na zakupy, czasem zdobyłem śląską, czasem schabik z kością, od czasu do czasu trochę baleronu. A jak już rzucali do sklepu ochłapy, to mi miłe panie wymieniały kartki na inne produkty lub na całkiem nowe, jak się tam trafiło na koniec miesiąca.

I dziś jadąc do domu, spojrzałem na centralę, uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem recytować na głos te dialogi. Śmiałem się przy tym do rozpuku, wracając w zupełnie radosnym nastroju. Do czasu, gdy się okazało, że jestem bez prądu. Czyli w ciemnej dupie... Prysnął dobry humor, krew mnie zalać chciała i szlag jasny trafić. No tak. Na poprawę humoru obejrzę sobie znów tę komedyjkę, przynajmniej do chwili, aż nie padnie mi bate





niedziela, 8 grudnia 2013

serce nie sługa

Kuba wpadł mi w oko od pierwszego razu. Przystojny, dobrze wychowany, dobrze ubrany i z dobrej rodziny. Jego rodzice kupili mieszkanie w bloku, w którym mieszkałem przez pierwsze dwadzieścia trzy lata swojego życia. Mili, zawsze uśmiechnięci, od razu zaskarbili sobie łaski najbliższych sąsiadów. No i moich rodziców. Takiego Kubę przyjęliby do rodziny z otwartymi rękoma.

Kuba cieszył się od razu wielkim powodzeniem. Zresztą sam go sobie upatrzyłem. I pamiętam to jak dziś, gdy siedzieliśmy na ławce i o czymś rozmawialiśmy, podeszła do nas ta cholerna lafirynda i w bezczelny sposób podrywała Kubę. Znosiłem to cierpliwie, chciałem ją przegonić, ale ona była niestrudzona i wprost okazywała, że na niego leci. Dopiero, gdy zamknąłem ją w piwnicy i postraszyłem bebokami, to się popłakała, dała sobie spokój i poszła do mamy.

Niech wszystkie flądry w okolicy wiedzą, że Kuba jest zajęty i ma go kto kochać. A przynajmniej zajęty był, przez moment, bo mu odpuściłem. Bo serce nie sługa i pewnego razu Zuzia, moja siostrzenica, powiedziała mamie, że się zakochała. No jasny szlag mnie trafił, bo to nie był Kuba, którego dla niej miałem. Zuzia sobie upatrzyła jakiegoś lowelasa z grupy, ze starszaków. No nic. Wujek, jak to wujek, dla jej szczęścia zrobi wszystko i zniszczy to uczucie, bo nie znam kolesia i nic o nim nie wiem. A Kubę sprawdziłem i wiem o nim wiele i wiem co porabiał w swym pięcioletnim życiu.

piątek, 6 grudnia 2013

sexafera z Mikołajem w tle

Iwonka wierzyła w świętego Mikołaja, od pierwszego razu, kiedy go ujrzała w drzwiach swego przedszkola. Czekała na niego, jak co roku, z wielkim utęsknieniem. Koleżanki z grupy śmiały się z Iwonki, że już taka duża ale ciągle wierzy, lecz ona ich nie słuchała bo wiedziała swoje. Mikołaj przychodził do niej każdego   6 grudnia, sadzał ją na kolanach i głaskał po główce, szyjce oraz buzi. Iwonkę przebiegał ten przyjemny dreszczyk. To był dreszcz emocji, bo doskonale wiedziała, że za krótką chwilę dostanie od niego jakiś podarunek. I w zeszłym roku też się nie zawiodła. Wtulała się w jego siwą brodę, a on głaskał ją po włoskach, ciągle przytulając.

Ona też wiedziała, jak z nim postępować. Zawsze miała dla niego ciastka imbirowe oraz szklankę mleka. Mimo, że on był dość gruby, zajadał te ciastka ze smakiem i popijał mlekiem. Z przejedzenia jednak brzuch mu bardzo pęczniał, rozpinał więc pasek i opuszczał spodnie, bo strasznie go gniotły. Iwonka znała go od lat, więc się jakoś bardzo tym nie krępowała. Siadała mu na kolanach, czekając na prezent. I w zeszłym roku, w grudniu, dostała od niego dwie nowe książeczki. Tak się ucieszyła, że klaskała w rączki i podskakiwała na jego kolanach. Skakała i skakała i tak z dziesięć minut.

W tym roku Mikołaj przyszedł do niej nieco wcześniej, bo 6 września. Miał pięćdziesiąt centymetrów i ważył dwa czterysta. Śmiały się z Iwonki koleżanki z grupy, bo na trzecim roku bibliotekoznawstwa o takim przypadku jeszcze nie słyszały.

bring it