Ja zawsze marzyłem o tym, żeby móc pracować gdzieś w okresie wypowiedzenia. Nie dane mi jednak było, bo za każdym razem, gdy odchodziłem z firmy i składałem papier, to zwalniali mnie od razu ze świadczenia pracy. Inaczej niż w tym korpo. Tu oni mnie zwolnili, ale trzymają do końca. Czyli do końca lutego. Od sześciu długich lat siedzę w tym burdelu i o takim przypadku jeszcze nie słyszałem. Inni w sumie też. Zazwyczaj w piątki, najczęściej ostatnie, wpadały te smutne laski lub kolesie z HR-ów, papiery fruwały, łzy lały się strumieniami i w ciągu trzydziestu minut niektórych już nie było. Takie były metody. A ze mną było inaczej. Więc miałem wyjebane.
I gdy mnie kiedyś, ktoś w końcu zapytał:
- Ty. A co ty właściwie robisz w tej pracy na wypowiedzeniu?
To ja zgodnie z prawdą mu odpowiadałem:
- no jak to? Zapie*dalam.
To najlepsze trzy miesiące, które przeżyłem w tej firmie. A właściwie dwa i pół. Zabawiłbym z chęcią dłużej, ale wzywają mnie całkiem nowe obowiązki. I nowe wyzwania.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 lutego 2014
czwartek, 21 listopada 2013
obywatelu! pie*dol się sam
To nie miał być najszczęśliwszy dzień dla Jaśka. I Jasiek to przeczuwał od momentu, gdy z samego rana złamał sobie zęba. No nic w życiu tak nie wku*wia, jak złamany ząb z samego rana, na świeżutkiej bułce z dżemem malinowym. Udał się więc Jasiek do przychodni, po sąsiedzku, by ratować zęba. Bo podatki płaci i ZUS-y i srusy i pomyślał sobie, że co będzie płacił za stomatologa. No i się chłop zdziwił, bo się okazało, że na kasę chorych mogą wstawić plombę albo zęba wybić, śpiewając mu przy tym rzewną kołysankę. A to jest sztukowanie i na fundusz, bez zapłaty tego się nie robi. Ciśnienie mu podskoczyło i gdy jedna wredna z rejestracji wprost mu powiedziała, że złamany ząb mu w niczym nie przeszkadza, to się Jasiek wściekł i zrobił awanturę. Więc go wyprowadzili panowie z ochrony, zatrzasnęli drzwi i zakazali wstępu. Jasiek nie był biedny, lecz dbał o zasady. Bogaty zresztą też nie, lecz te składki płacił i strasznie się wku*wiał, bo nic z tego nie miał.
Jak kiedyś, gdy wyleciał z pracy, bo trochę pyskował i się okazało, że zasiłek owszem, nawet dostać może. Lecz zasiłku było pięćset a czynsz za mieszkanie miał niecałe sześćset. No krew go chciała zalać i szlag na miejscu trafić, bo jak już wspomniałem, cały czas pracował no i składki płacił.
Jakby było mało, gdy wrócił do domu, zmęczony po pracy, obolały, wściekły, to wyjął ze skrzynki przesyłkę - list z ZUS-u. Otworzył ją szybko drżącymi rękami, a tam wyliczenie i jak wół tam stoi, że jak będzie tyrał i składki wciąż płacił, to dostanie kasę ledwo na waciki. Jasiek miał już dość i zatrząsł się ze złości. Postanowił szaleć i dość młodo umrzeć. Przepier**lić kasę na wódę i dziwki. Jak pomyślał, tak zrobił.
I gdy chciał wyciągnąć kasę z bankomatu, to się okazało, że ma blok na koncie, bo mu siadł komornik, gdy nie płacił ZUS-u, o czym się dowiedział, gdy dzwonił do banku. Nie było mu dane spełnić swego planu, będzie musiał tyrać, by te składki spłacić, plus dwa razy tyle pensji komornika. Nie kupił więc wódki, nie poszedł na dziwki, wrócił sam do domu i sobie pomyślał: Obywatelu. Pie*dol się sam, bo prędzej czy później ten kraj cię wypie*doli i nie będzie kasy na wódkę i dziwki...
Jak kiedyś, gdy wyleciał z pracy, bo trochę pyskował i się okazało, że zasiłek owszem, nawet dostać może. Lecz zasiłku było pięćset a czynsz za mieszkanie miał niecałe sześćset. No krew go chciała zalać i szlag na miejscu trafić, bo jak już wspomniałem, cały czas pracował no i składki płacił.
Jakby było mało, gdy wrócił do domu, zmęczony po pracy, obolały, wściekły, to wyjął ze skrzynki przesyłkę - list z ZUS-u. Otworzył ją szybko drżącymi rękami, a tam wyliczenie i jak wół tam stoi, że jak będzie tyrał i składki wciąż płacił, to dostanie kasę ledwo na waciki. Jasiek miał już dość i zatrząsł się ze złości. Postanowił szaleć i dość młodo umrzeć. Przepier**lić kasę na wódę i dziwki. Jak pomyślał, tak zrobił.
I gdy chciał wyciągnąć kasę z bankomatu, to się okazało, że ma blok na koncie, bo mu siadł komornik, gdy nie płacił ZUS-u, o czym się dowiedział, gdy dzwonił do banku. Nie było mu dane spełnić swego planu, będzie musiał tyrać, by te składki spłacić, plus dwa razy tyle pensji komornika. Nie kupił więc wódki, nie poszedł na dziwki, wrócił sam do domu i sobie pomyślał: Obywatelu. Pie*dol się sam, bo prędzej czy później ten kraj cię wypie*doli i nie będzie kasy na wódkę i dziwki...
czwartek, 22 sierpnia 2013
praca w korpo
Praca w korpo może być fajna. Korpo dają wiele możliwości. Lepsze pensje, służbowe samochody, karnety na siłownię i podobno możliwości awansu i co najważniejsze, rozwoju. Korpo zazwyczaj mają wypasione siedziby w stolicy. A jeśli nie w stolicy, to przynajmniej w innym fajnym i dużym mieście. Korpo mają też swoje oddziały rozsiane w mniejszych lub większych pipidówach. Główna siedziba to dowództwo generalne, reszta to zaś front. Wschodni, czy zachodni... w każdym razie rzeźnia. To tam odwala się czarną robotę. Doradza, sprzedaje, produkuje, wydzierając rynek konkurentom, walcząc o procenty udziału, świecące później na zielono w tabelkach dyrektorów. Dlatego praca w korpo może być fajna, o ile jest się wyższej rangi oficerem. Generałem.
Generałem, znaczy Dyrektorem trzeba się urodzić. Dyrektorzy są najczęściej potomkami ojców Dyrektorów, Dyrektorami z urodzenia a nie doświadczenia. Bo w korpo dyrem handlowym nie zostaje ten, który przez całe lata najwięcej sprzedawał, ale ten, który najwięcej o tym książek przeczytał. I to amerykańskich, na em-bi-eju. Taki dyro zazwyczaj sypie mądrościami i dobrymi radami jak z rękawa, cytuje amerykańskie teorie, nijak nie pasujące do polskich realiów. Zresztą co tam dyra obchodzą polskie realia. Dla dyrektora to taki czeski film. A w międzynarodowej korpo to nawet ćeske divadlò.
Divadlò może być dramatyczne. Szczególnie w korpo produkcyjnym, w czasach kryzysu. Kryzys objawia się świecącymi na czerwono tabelkami w excellu dyra. W pierwszym odruchu dyro wzywa na pomoc IT, kiedy IT nie pomoże, na pomoc wzywane jest korpo doradcze. Korpo doradcze wnikliwie analizuje sytuacje korpo produkcyjnego i uderza w pipidówy, strzelając do swoich, jak do kaczek. W myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście, w pierwszej kolejności do odstrzału idą Ci, którzy zawsze mieli jakiś pomysł i coś do powiedzenia. Bo w korpo nie płacą za sypanie pomysłami jak z rękawa, za myślenie też nie. A już "manie" swojego zdania w korpo jest gorsze niż dezercja. Korpo to jest wojsko, ma być posłuszne... A że przy okazji głupie? Phi...
Spośród tych głupich łowi się prawdziwe perły i awansuje na kierowników. W korpo generalnie panuje zasada, że im głupszy żołnierz, tym większe ma szanse na awans. Głupi do końca życia będzie w dowód wdzięczności całował dyra w dupę. A mądry mógłby co najwyżej pokąsać. A nie o to chodzi, by dać się podgryzać, tylko żeby tabelki znów zaświeciły na zielono. Malowanie tabelek przypomina trochę malowanie trawy przed pochodem z okazji 1-go Maja. Zamiast pochodu jest zazwyczaj konferencja, gdzie w blasku lampy rzutnika dyro prezentuje wyniki. Wyniki mają to do siebie, że nic z nich nie wynika. A już na pewno nie dla kogoś, kto spojrzałby na to z perspektywy małego producenta chociażby eeee... zniczy. Bo w korpo wszystko jest inaczej.
W korpo liczą się procenty, dokładniej zaś, w procentach marża. Wprawdzie nie widziano w kantynie korpo nikogo, kto by się procentami nażarł, ale z jakichś powodów, z perspektywy tamtego koryta, wygląda to inaczej.. dlatego w korpo lepiej jest zarobić 5 milionów na 30% niż 30 na pięciu... A jeśli ktoś ma inne zdanie, to przyjeżdża po niego czarna wołga i już wiadomo, że ów ktoś postanowił kontynuować karierę. Tyle, że gdzie indziej :-)
Kiedy teoria o 5-ciu na 30-tu jednak się nie sprawdza, w korpo zaczynają zwalniać. A właściwie kończą. Zamyka się pipidówy, bo założenia generałów na pewno były dobre, tylko wojsko ch..owe. I znów zatrudnia się korpo doradcze, które po latach analiz wśród generalicji przeprowadza badanie satysfakcji i wychodzi, że wszyscy są zadowoleni. A jeśli nie, to tylko im się tak wydaje. I nieważne, że korpo produkcyjne nie ma już żadnej fabryki, bo gdy w końcu ktoś się pokapuje, to większość generałów zdąży pójść na emeryturę.
Dlatego właśnie praca w korpo może być fajna. Do czasu. No chyba, że jest się generałem.
Generałem, znaczy Dyrektorem trzeba się urodzić. Dyrektorzy są najczęściej potomkami ojców Dyrektorów, Dyrektorami z urodzenia a nie doświadczenia. Bo w korpo dyrem handlowym nie zostaje ten, który przez całe lata najwięcej sprzedawał, ale ten, który najwięcej o tym książek przeczytał. I to amerykańskich, na em-bi-eju. Taki dyro zazwyczaj sypie mądrościami i dobrymi radami jak z rękawa, cytuje amerykańskie teorie, nijak nie pasujące do polskich realiów. Zresztą co tam dyra obchodzą polskie realia. Dla dyrektora to taki czeski film. A w międzynarodowej korpo to nawet ćeske divadlò.
Divadlò może być dramatyczne. Szczególnie w korpo produkcyjnym, w czasach kryzysu. Kryzys objawia się świecącymi na czerwono tabelkami w excellu dyra. W pierwszym odruchu dyro wzywa na pomoc IT, kiedy IT nie pomoże, na pomoc wzywane jest korpo doradcze. Korpo doradcze wnikliwie analizuje sytuacje korpo produkcyjnego i uderza w pipidówy, strzelając do swoich, jak do kaczek. W myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście, w pierwszej kolejności do odstrzału idą Ci, którzy zawsze mieli jakiś pomysł i coś do powiedzenia. Bo w korpo nie płacą za sypanie pomysłami jak z rękawa, za myślenie też nie. A już "manie" swojego zdania w korpo jest gorsze niż dezercja. Korpo to jest wojsko, ma być posłuszne... A że przy okazji głupie? Phi...
Spośród tych głupich łowi się prawdziwe perły i awansuje na kierowników. W korpo generalnie panuje zasada, że im głupszy żołnierz, tym większe ma szanse na awans. Głupi do końca życia będzie w dowód wdzięczności całował dyra w dupę. A mądry mógłby co najwyżej pokąsać. A nie o to chodzi, by dać się podgryzać, tylko żeby tabelki znów zaświeciły na zielono. Malowanie tabelek przypomina trochę malowanie trawy przed pochodem z okazji 1-go Maja. Zamiast pochodu jest zazwyczaj konferencja, gdzie w blasku lampy rzutnika dyro prezentuje wyniki. Wyniki mają to do siebie, że nic z nich nie wynika. A już na pewno nie dla kogoś, kto spojrzałby na to z perspektywy małego producenta chociażby eeee... zniczy. Bo w korpo wszystko jest inaczej.
W korpo liczą się procenty, dokładniej zaś, w procentach marża. Wprawdzie nie widziano w kantynie korpo nikogo, kto by się procentami nażarł, ale z jakichś powodów, z perspektywy tamtego koryta, wygląda to inaczej.. dlatego w korpo lepiej jest zarobić 5 milionów na 30% niż 30 na pięciu... A jeśli ktoś ma inne zdanie, to przyjeżdża po niego czarna wołga i już wiadomo, że ów ktoś postanowił kontynuować karierę. Tyle, że gdzie indziej :-)
Kiedy teoria o 5-ciu na 30-tu jednak się nie sprawdza, w korpo zaczynają zwalniać. A właściwie kończą. Zamyka się pipidówy, bo założenia generałów na pewno były dobre, tylko wojsko ch..owe. I znów zatrudnia się korpo doradcze, które po latach analiz wśród generalicji przeprowadza badanie satysfakcji i wychodzi, że wszyscy są zadowoleni. A jeśli nie, to tylko im się tak wydaje. I nieważne, że korpo produkcyjne nie ma już żadnej fabryki, bo gdy w końcu ktoś się pokapuje, to większość generałów zdąży pójść na emeryturę.
Dlatego właśnie praca w korpo może być fajna. Do czasu. No chyba, że jest się generałem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
