czwartek, 22 sierpnia 2013

praca w korpo

Praca w korpo może być fajna. Korpo dają wiele możliwości. Lepsze pensje, służbowe samochody, karnety na siłownię i podobno możliwości awansu i co najważniejsze, rozwoju. Korpo zazwyczaj mają wypasione siedziby w stolicy. A jeśli nie w stolicy, to przynajmniej w innym fajnym i dużym mieście. Korpo mają też swoje oddziały rozsiane w mniejszych lub większych pipidówach. Główna siedziba to dowództwo generalne, reszta to zaś front. Wschodni, czy zachodni... w każdym razie rzeźnia. To tam odwala się czarną robotę. Doradza, sprzedaje, produkuje, wydzierając rynek konkurentom, walcząc o procenty udziału, świecące później na zielono w tabelkach dyrektorów. Dlatego praca w korpo może być fajna, o ile jest się wyższej rangi oficerem. Generałem.

Generałem, znaczy Dyrektorem trzeba się urodzić. Dyrektorzy są najczęściej potomkami ojców Dyrektorów, Dyrektorami z urodzenia a nie doświadczenia. Bo w korpo dyrem handlowym nie zostaje ten, który przez całe lata najwięcej sprzedawał, ale ten, który najwięcej o tym książek przeczytał. I to amerykańskich, na em-bi-eju. Taki dyro zazwyczaj sypie mądrościami i dobrymi radami jak z rękawa, cytuje amerykańskie teorie, nijak nie pasujące do polskich realiów. Zresztą co tam dyra obchodzą polskie realia. Dla dyrektora to taki czeski film. A w międzynarodowej korpo to nawet ćeske divadlò.

Divadlò może być dramatyczne. Szczególnie w korpo produkcyjnym, w czasach kryzysu. Kryzys objawia się świecącymi na czerwono tabelkami w excellu dyra. W pierwszym odruchu dyro wzywa na pomoc IT, kiedy IT nie pomoże, na pomoc wzywane jest korpo doradcze. Korpo doradcze wnikliwie analizuje sytuacje korpo produkcyjnego i uderza w pipidówy, strzelając do swoich, jak do kaczek. W myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście, w pierwszej kolejności do odstrzału idą Ci, którzy zawsze mieli jakiś pomysł i coś do powiedzenia. Bo w korpo nie płacą za sypanie pomysłami jak z rękawa, za myślenie też nie. A już "manie" swojego zdania w korpo jest gorsze niż dezercja. Korpo to jest wojsko, ma być posłuszne... A że przy okazji głupie? Phi...

Spośród tych głupich łowi się prawdziwe perły i awansuje na kierowników. W korpo generalnie panuje zasada, że im głupszy żołnierz, tym większe ma szanse na awans. Głupi do końca życia będzie w dowód wdzięczności całował dyra w dupę. A mądry mógłby co najwyżej pokąsać. A nie o to chodzi, by dać się podgryzać, tylko żeby tabelki znów zaświeciły na zielono. Malowanie tabelek przypomina trochę malowanie trawy przed pochodem z okazji 1-go Maja. Zamiast pochodu jest zazwyczaj konferencja, gdzie w blasku lampy rzutnika dyro prezentuje wyniki. Wyniki mają to do siebie, że nic z nich nie wynika. A już na pewno nie dla kogoś, kto spojrzałby na to z perspektywy małego producenta chociażby eeee... zniczy. Bo w korpo wszystko jest inaczej.

W korpo liczą się procenty, dokładniej zaś, w procentach marża. Wprawdzie nie widziano w kantynie korpo nikogo, kto by się procentami nażarł, ale z jakichś powodów, z perspektywy tamtego koryta, wygląda to inaczej.. dlatego w korpo lepiej jest zarobić 5 milionów na 30% niż 30 na pięciu... A jeśli ktoś ma inne zdanie, to przyjeżdża po niego czarna wołga i już wiadomo, że ów ktoś postanowił kontynuować karierę. Tyle, że gdzie indziej :-)

Kiedy teoria o 5-ciu na 30-tu jednak się nie sprawdza, w korpo zaczynają zwalniać. A właściwie kończą. Zamyka się pipidówy, bo założenia generałów na pewno były dobre, tylko wojsko ch..owe. I znów zatrudnia się korpo doradcze, które po latach analiz wśród generalicji przeprowadza badanie satysfakcji i wychodzi, że wszyscy są zadowoleni. A jeśli nie, to tylko im się tak wydaje. I nieważne, że korpo produkcyjne nie ma już żadnej fabryki, bo gdy w końcu ktoś się pokapuje, to większość generałów zdąży pójść na emeryturę.

Dlatego właśnie praca w korpo może być fajna. Do czasu. No chyba, że jest się generałem.

















3 komentarze:

  1. Święte słowa. Patrząc z perspektywy mojej pracy to im większy imbecyl z dłuższym jęzorem który to na zmianę obrabia tyłki potencjalnym konkurentom lub też liże tyłek szefa tym większa szansa na premię. Do tego trzeba jeszcze kilka razy w tygodniu obwieścić wszem i wobec "jaki to ja zarobiony jestem!". Przy czym oczywiście czas przebywania w pracy w biurze jest wprost proporcjonalny do "zarobienia". Im bardziej ktoś zarobiony tym trudniej go zastać w pracy bo przecież ciągle jest "w terenie". Tyle że nikt nigdy nie wie gdzie dokładnie ten "teren" się znajduje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie jest wasze zdanie, ja i moja wybranka zaczynamy pracę w tej samej korporacji, zastanawiam się czy to nas wzmocni, czy poróżni, posiłkowałem się znalezionym artykułem, ale muszę jeszcze was dopytać ;-)

    OdpowiedzUsuń

bring it