Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slub. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 października 2013

żona bigosem doprawiona

część I tu... click

część II tu... click

część III tu... click

część IV tu... click

Malik i jego żona prezentowali się wyjątkowo. Można by rzec, że osobliwie, żeby nie powiedzieć, w pytkę. On, z ranami ciętymi na twarzy i w spalonym garniturze, ona w potarganej kiecce i ze strąkami na głowie. Obydwoje doprawieni bigosem i barszczem, które zrzuciła na nich Malikowa, w momencie, gdy spadała na podłogę. Wesele jednak zaliczyć można było do udanych. Wszyscy bawili się doskonale. Poza młodą parą. Można było założyć się w ciemno, że nikt nigdy, na żadnym weselu, nie zrobił takich fotek.

My już dawno przestaliśmy się przejmować. Wzięliśmy butelkę wódki, Miriam trzy kolejne i poszliśmy na taras. Cholera, skończyły nam się fajki. Zostały jedynie takie holenderskie. I gdy postanowiliśmy się całkiem odstresować, pojawił się Malik, by sobie zapalić. Spławilibyśmy go szybko, ale wtedy Gołąb kopsnął Malikowi śluga i jeszcze odpalił. – Jak się bawić, to się bawić – powiedział. A taki był dotychczas spokojny. Spojrzeliśmy z Mireczkiem na siebie i właściwie nie wiedzieliśmy, czy coś by nas było jeszcze w stanie zaskoczyć. Wzruszyliśmy tylko ramionami i też zajaraliśmy.

Można się było spodziewać, że Malikowi walnie. I walnęło. Nigdy wcześniej żaden z nas tak nie zareagował. Było śmiesznie, było smutno, to się jadło, to się piło. Ale do cholery nikt nie zaczął latać. Żeby nie było, Malik też nie, choć mu się wydawało i skoczył z tarasu, wprost na klomb z różami. Wyplątał się z tych krzewów cały ubłocony akurat wtedy, gdy zaczęli go szukać. Bo to była północ i czas na oczepiny. Jak ja nienawidziłem tych weselnych zabaw. To znaczy zazwyczaj, bo tym razem spodziewałem się widowiska po wszystkim tym, co tego dnia widziałem. No i się nie pomyliłem. Bo kiedy druhny zaczynały bronić welonu panny młodej, Malik dorwał pierwszą z brzegu i powalił na podłogę, drugiej podciął nogi, a trzeciej wykręcił ręce. Uwinął się z nimi w ciągu paru sekund. Panna młoda wstała i patrzyła na to wszystko z przerażeniem w oczach. Tak, jak reszta gości. W końcu mu wytłumaczyli, że to była zabawa.

Kiedy wszyscy wyszli na taras, by puścić lampiony, Malik , nie wiadomo skąd, przyniósł jakieś petardy. Zupełnie, jak w Sylwestra. No i kiedy tak odpalił jedną, ta zamiast wystrzelić, zaczęła sypać iskrami na prawo i lewo. Wystraszony Malik odrzucił ją od siebie, wprost pod nogi żony. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby panna młoda była taka skoczna. Jak ona skakała, w płonącej sukience. On stał zbaraniały i miał niezły ubaw, lecz w chwili otrzeźwiał i pchnął ją do fontanny. Tego już nie wytrzymała świeżo upieczona żona ani jej rodzina. Wzięli ją do auta, zawieźli do domu, a następnego dnia pobiegli do sądu, by złożyć papiery potrzebne do rozwodu.

poniedziałek, 23 września 2013

wesele ceregiele

Choć Malik już nieco przetrzeźwiał, to wyciągnięcie od niego informacji, w którym ten ślub ma być kościele, graniczyło z cudem. Dokładnie pamiętaliśmy z Mireczkiem, że o ten chodziło. Pod takim wezwaniem, ale może w innym mieście?! Mogliśmy zgadywać do usranej śmierci, lub do siedemnastu, bo tyle jest miast w aglomeracji. Plus do tego wiochy. Isiu był w drodze do domu Malika. Po buty. Więc zadzwoniliśmy do niego, by przejrzał papiery. No musiał być gdzieś jakiś ślad, cholera jasna. Marzyłem tylko o tym, by ten dzień się skończył. My, by nie marnować czasu, wsiedliśmy do auta Miriam, a Isiu miał dojechać, z głupimi butami. Miriam słynął z tego, że zawsze się gubił. Tak, jak i tym razem. Choć upierał się, że wie, dokąd jedzie. I gdy piętnaście minut później zobaczyliśmy auto Isia, jadące z naprzeciwka, dał nam się przekonać i zawrócił za nim.

Kiedy podjechaliśmy pod kościół, to już były tłumy. Całe stado gości. A było tak pięknie. Byliśmy przed czasem, ale w złym kościele. Wszyscy na nas patrzyli, z przerażeniem w oczach, jak na jakieś zjawy. Fakt. Prezentowaliśmy się pięknie. Sflaczali i na kacu. Postanowiliśmy się jednak nie zrażać i wyciągneliśmy Malika z tego cinquecento. Dokładnie z bagażnika, bo Miriam miał vana. W tym czasie podeszła do nas jego narzeczona. Przyznać trzeba... ładna. Choć też trochę stara, ale bardzo niezła i z kompletem zębów. Przedstawiliśmy się ładnie i ją wyściskaliśmy. A ta tylko spojrzała na Malika i się rozpłakała. To pewnie ze szczęścia. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że stał przed nią narzeczony, trochę pokiereszowany, z rozbitym łbem i w spalonym garniturze. W dodatku bez butów. Bałem się, żeby w ostatniej chwili się nie rozmyśliła, bo te wszystkie starania byłyby do dupy. Malik na jej widok bardzo się ożywił, choć ledwo stał na nogach.

W trakcie ślubu Malik zasnął. My z chłopakami również. Jego obudzili w trakcie, a nas pod sam koniec. Przespaliśmy to wszystko, przysięgę i ceregiele. No cholera. Szkoda. Miriam powiedział, że już tam kiedyś w życiu ślub jeden widział, Mireczek miał to w dupie a ja zapytam Isia. On jedyny godnie nas reprezentował. Po życzeniach wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy do restauracji.

Gdy goście weszli do środka, szczęśliwy małżonek chciał przenieść świeżo upieczoną żonę przez próg. I kiedy tak wziął Malik zamaszystym ruchem małżonkę swą na ręce, obrócił się i przekraczając próg, przypieprzył jej głową w futrynę. Na całe szczęście, na całe cholerne szczęście, panna młoda zemdlała tylko na chwilę. Bo kiedy wniósł ją taką, bezwładnie zwisającą mu na rękach, cała sala zamarła. I nikt nie śpiewał "sto lat". Jedynie Miriam nie stracił zimnej krwi i oblał ją zmrożonym szampanem, niszcząc jej tym przy okazji misternie ułożoną fryzurę. - Na szczęście mamy kapelusz - skwitowałem. - No. I ciemne okulary - dorzucił Mireczek. Co on z tymi okularami? Nieważne. Spadł mi poziom stresu i zrobiłem się głodny.

O dziwo, przy obiedzie nie stało się nic strasznego. Zresztą, gdyby nawet, to nie nasza brocha. My już swoje zrobiliśmy. Ożeniliśmy Malika i to było najważniejsze. Niech się martwi żona. Choć trzeba przyznać, że doprowadzenie go do ołtarza kosztowało nas tyle, że musieliśmy się upić. Z nerwów. Bo Malik to jak zawsze.

No i gdy tak po raz któryś wznoszono za nich toast i śpiewano "sto lat", Malik ucałował żonę tak namiętnie, że aż stracił głowę. Stracił także równowagę, gdy siadając, potknął się o krzesło i padł z nim na podłogę. Dokładnie to o jej krzesło, gdy właśnie miała na nim usiąść. Patrzyliśmy spokojnie, jak ta swieżo upieczona żona resztkami sił, rozpaczliwie machając w powietrzu rękami, próbuje złapać równowagę. W ostatniej chwili łapiąc się obrusu, upadła na dupę ze wszystkim ze stołu. - Odleciała. No to zdrowie! - wzniósł toast Mireczek.

czwartek, 19 września 2013

panna młoda, kolo i awantura

No co za k.... kretyn. Ręce mi opadły, kiedy wysiedliśmy z Isiem i Mireczkiem pod kościołem. To, że ja zapomniałem założyć Malikowi buty, to jedno. To, że Mireczek zapomniał, to drugie. Ale to, że ten ku*wa kretyn nic nam nie powiedział, jak biegliśmy przez piaskownicę w stronę samochodu Isia to kuriozum jakieś. Po drodze kupiliśmy mu całkiem zgrabny kapelusik i ciemne okulary. Tak na wszelki wypadek. A teraz dodatkowo okazało się, że nie ma butów. No ręce mi opadły. Mireczek powiedział, że ma wszystko w dupie i poszedł na fajkę. Ja byłem świadkiem, więc nie mogłem, choć też miałem ochotę.

Mimo, że z Mireczkiem nigdy łatwo się nie poddawaliśmy, to tym razem nie mieliśmy już pomysłu ani czasu na szukanie butów. My nosiliśmy 44 a Malik dwa rozmiary większe. Pościągaliśmy durniowi plastry oraz bandaż z głowy. Zaprowadziliśmy go do kościoła, posadziliśmy przed ołtarzem i obstawiliśmy kwiatami. Wymyśliliśmy, że ślub będzie trwał, a my w jego trakcie podrzucimy mu te buty. Pojechał po nie Isiu. Zyskaliśmy tym sposobem jakąś godzinę. Pozostało jeszcze tylko uzgodnić wszystko z panną młodą. A tej ciągle nie znaliśmy.

Pewnie nikt się nie spodziewał, że przyjdziemy pierwsi. A tu taka niespodzianka. Wyszliśmy z Mireczkiem z kościoła, by przechwycić narzeczoną. Staliśmy za rogiem, paliliśmy fajki i trzęśliśmy się z nerwów. Zupełnie, jakby to któryś z nas miał za chwilkę się ożenić. Trzeba przyznać, że trochę nas to nerwów kosztowało.  Może trzeba było lepiej tego Malika kopami w drzwi nie budzić? Zawsze uważałem, że byliśmy dla niego za dobrzy. Ale przynajmniej wszystko było już na dobrej drodze. Pozostało jedynie wyjaśnić, co i jak z butami.

W końcu podjechała panna młoda. Schowaliśmy się za rogiem. Jakoś odruchowo. Przecież nic nie przeskrobaliśmy, a chowaliśmy się, jak dzieci. Postanowiłem wziąć byka za rogi i poszedłem z nią pogadać. Z daleka widziałem, że piękna nie była, ale co się w sumie dziwić? Która normalna laska zdecydowałaby się na ślub z nim i to po tak krótkim czasie? Panna była nieco stara, bardzo brzydka i nie miała zęba. No tego akurat się nie spodziewałem. Sam już nie wiedziałem, kto większą desperacją się wykazał. Czy ona, czy Malik? Przedstawiłem się brzyduli oraz pozostałym i wziąłem ją na boczek. Kolo, który stał tuż obok, dziwnie na nas patrzył. Kiedy laska zaryczała: Cooooooo?? poczułem się nieswojo. W życiu każdej panny młodej, nawet takiej brzydkiej, ten dzień jest najpiękniejszym i ma być idealny. Próbowałem ją uciszyć. Ale nie pomogło. Laska wściekła się okrutnie i wbiegła do środka. Zaraz za nią kolo. No i zaczęła się awantura. O Malika. Gdy wtrącił się kolo. Czyli narzeczony.

I wtedy się okazało, że wprawdzie byliśmy przed czasem, to w niewłaściwym kościele.

środa, 11 września 2013

Malik się żeni

I nadszedł w końcu ten dzień, którego obawiali się wszyscy. Malik postanowił się ożenić. Cieszyła się właściwie tylko jego matka, która ślepo go kochała i uważała, że wszyscy inni mają zgubny wpływ na jej ukochanego syna. Zresztą nie miała jakby wyjścia po tym, gdy dowiedziała się ostatnia. Przypadkowo. Od matki któregoś z nas, gdy ta składała jej gratulacje. Aaa. No i cieszyła się narzeczona. Jeszcze nieświadoma. Żal nam było dziewczyny, ale ponieważ jej nie znaliśmy, to szybko nam przeszło. Bo decyzja o ślubie była nagła. Przynajmniej tak uważaliśmy z Mireczkiem. Malik miał odmienne zdanie. Ale to w końcu jego sprawa.

Każdy kiedyś na koloniach miewał laski, które po wakacjach rzucał, ale jako, że Malik na wakacje jeździł tylko z matką, to nie miał doświadczenia. Więc, gdy pojechał w końcu sam, to ciężko się zakochał. Wiedzieliśmy z Mireczkiem, że Malik po wódzie miewał często różne zwidy, ale te były naprawdę najlepsze. No bo w sumie to mieliśmy ubaw. Największy na kawalerskim.

Kawalerskie mogliśmy zrobić dopiero dzień przed ślubem, bo Malik tego dnia akurat wracał od ojca zza granicy. Dorabiał na początek nowej drogi życia, co akurat było słuszne. Jako świadek wymyśliłem, że pójdziemy z chłopakami na dwa browce, kulturalnie. I wrócimy do domu, żeby zdążyć wypocząć przed weselem. Chłopaki, to oprócz nas jeszcze Isiu, Gołąb i Miriam. Miriam to wbrew pozorom był nasz kolega i miał taką ksywę dużo, dużo wcześniej, zanim ta prawdziwa pokazała w telewizji ch*ja.

Poszliśmy więc po Malika. Otworzyła nam drzwi matka, zaprosiła nas do środka, mówiąc, że Michałek jest w łazience, bo musiał się odświeżyć. W końcu zrozumiałe. Ale wtedy drzwi kibla się otwarły i odezwał się Malik:
- siema chłopaki, ja zara bede, ino sie wysrać musze.
No, byłoby naprawdę miło, gdyby Malik czasem jednak coś przemilczał.

Malikowi plan pójścia do knajpy niezbyt się podobał. Więc wymyślił ognisko. Na działce, na której jego matka budowała dom. Wozić nas pijanych zaofiarował się Isiu. Zabawa była przednia, a ognisko wielkie. Jak spaliliśmy już całe drewno, to pijany w sztok Malik dorzucał brykiet. Całymi paczkami. O brykiet upomniała się Malika matka. Miesiąc później. Gdy pojawił się, umówiony wcześniej, fachowiec od parkietów.

Impreza skończyła się chwilę po tym, jak skończył się brykiet i na moment przed przyjazdem policji. Gdy już Isiu podwiózł nas pod blok Malika, poszliśmy go z Mireczkiem odprowadzić. Wyjątkowo. Żeby nie wkurzać matki pana młodego i nie narażać się na awantury za nieswoje winy, postanowiliśmy po cichu wejść i pokierować go do łóżka w jego pokoju, który akurat był tuż obok wejścia. Bez zapalania światła. I kiedy tak szedł Malik chwiejnym krokiem w stronę wyra, potknął się o kosz ze śmieciami, który postawiła mu na środku rozsierdzona matka. Bo takie miała metody. I kiedy tak leżał Malik wśród obierek od ziemniaków i innych odpadków, wyglądał tak, jak jego ślub. O czym mieliśmy przekonać się nazajutrz.

bring it