Carrie, Samantha, Charlotte i Mirinda miały się za gwiazdy. Właściwie to Iwona, Renata, Sabina i Dżesika. Przez duże DŻ-y. Miało być bardziej oryginalnie, ale stary Marczuk nie znał angielskiego ni w ząb. Imię wymyśliła jego żona, która angielskiego kiedyś liznęła na powiatowym kursie finansowanym przez Unię. Nauczyła się gud myrning i senkju, ale kiedy pięćdziesiąt procent uczestniczek z kursu zrezygnowało, to Marczukowa nie chciała chodzić sama. W Urzędzie Gminy nie wiedzieli, jak to napisać. Nie wiedzieli też w sąsiedniej gminie, ani w Urzędzie Powiatowym. Więc została Dżesiką. Ale za to przez duże DŻ-y.
Carrie, Samantha, Charlotte i Mirinda to były ich pseudonimy. Wszystkie były zafascynowane „Seksem w wielkim mieście”, choć same mieszkały w małej pipidówie. Pewnego dnia postanowiły lansować się na swoje bohaterki. Koleżanki mówiły wprawdzie Mirindzie, że w serialu to była akurat Miranda, ale jej bardziej podobało się Mirinda. I ch*j. I co zrobisz, jak się baba uprze?
Iwona została Samanthą. Choć akurat najmniej ją przypominała. Była wielka i nieociosana, z kwadratową gębą o rumianych licach. I nie miała cycków. Samanthą akurat chciała być każda, ale Iwona była najsilniejsza. Nawet wśród chłopaków ze wsi. Zresztą wszyscy ją z chłopakiem mylili, a gdy ktoś tam coś tam, to w mordę dostawał.
W życiu jak w filmie. Pierwsza z chłopakami zaczęła urzędować Samantha, próbując szybkiego numerku z kolesiem na cmentarzu. Lecz jej się nie podobało. Bo proboszcz był nachlany. I w filmie, jak w życiu. Pomylił ją z chłopcem.
część II tu <click>
hahahh dobre!
OdpowiedzUsuń