piątek, 30 sierpnia 2013

ptasie mleczko

Utyłem. Przybrałem dokładnie 1 kg i 23 deko. I to w ciągu siedmiu dni. Skrupulatnie sprawdzam swoją wagę, żeby wiedzieć czy przelewanie potu na siłowni przekłada się na konkrety. I zazwyczaj tak. Ale nie teraz, nie tym razem. To 1,23 kilograma zbędnego i szkodliwego. A wszystko przez ptasie mleczko.

Wpieprzamy je od tygodnia codziennie. To znaczy ja i Lesiu. Lesiu to mój kolega z pracy. Najlepszy. Bo innych nie mam. Jego szwagier pracuje jako przedstawiciel handlowy w fabryce czekolady i innych łakoci. Więc podrzuca nam to, co się nie sprzedało. A my to zjadamy. Obydwaj jesteśmy z ostatniego przed stanem wojennym, twardego pokolenia i lekko przeterminowane słodycze nam nie szkodzą. Jesteśmy dosyć wybredni, jadamy więc tylko takie, które nie mają białego nalotu.

I tak od tygodnia. No i coś mi się wydaje, że tym razem przesadziliśmy. A już na pewno w poniedziałek, kiedy to każdy z nas zjadł całą zawartość pudełka na łeb. A pudełka były takie ładne. Z bombkami. Więc w bożonarodzeniowych nastrojach, nucąc pod nosem kolędy, zjedliśmy, ba, zeżarliśmy wszystko. Mnie akurat trochę zmuliło. Lesia nie. Gorzej czułem się tylko raz, po kiełbasie, którą dostaliśmy od innego repa, choć ta akurat była dwa dni przed terminem. No chyba, że przemetkowali.

Fakt, faktem, że jesteśmy trochę jak świnie. Ale co tam. Świnki kojarzą się ze skarbonkami, a my na każdym ptasim mleczku oszczędzamy jakieś 12 zeta, w poniedziałek to nawet 24. Więc się nie przejmujemy i czekamy na dostawę lekko przeterminowanych jajeczek wielkanocnych. Choć te, jak pamiętam, w zeszłym roku wcinaliśmy w grudniu.



1 komentarz:

bring it