Rodzina Państwa M. była bardzo porządna. Państwo M. kulturalni, spokojni, z życzliwymi uśmiechami na twarzach, wraz z trójką zadbanych, rumianych, dobrze wychowanych dzieci zajmowali mieszkanie na czwartym piętrze naszego bloku. Dokładnie naprzeciwko nas. Nas, czyli hołoty. Moi rodzice wprawdzie byli również kulturalni, spokojni i życzliwi dla innych, ale my, ich dzieci, jakby jakieś inne, podmienione. Głośne, rozbiegane, tłukące się między sobą o byle co, a najczęściej o nic. Dlatego nie byliśmy dobrym towarzystwem dla dzieci Państwa M.
Te zadbane dzieci były od nas nieco starsze. Hanka, starsza ode mnie o 3 lata, Marylka o 7 i Grześ o jakieś 500. Dziewczynki chodziły po domu w kolorowych fartuszkach, z eleganckimi warkoczami, związanymi kolorowymi kokardami. Grześ w eleganckim sweterku. W mieszkaniu Państwa M. zawsze panowała cisza, w powietrzu unosił się cudowny zapach perfum, na bordowej wykładzinie w przedpokoju nigdy nie było ani pyłka. Każda rzecz miała w tym idealnym świecie swoje miejsce. Niczego nie wolno było dotykać. Zasada ta dotyczyła domowników, a szczególnie gości. U Państwa M. należało być powściągliwym, nie rozmawiać za głośno i siedzieć ze złączonymi kolanami i wyprostowanymi plecami. Powściągliwi, pod każdym względem, byli również Państwo M. Inny świat. Nie to co u nas.
U nas to był burdel. W przedpokoju zawsze walały się buciory, plecaki i inne graty, o które wywracała się nasza Mama wracając z pracy. Mama jakoś bardzo powściągliwa nie była, więc darła się od drzwi wniebogłosy. Tymi krzykami jednak nikt się nie przejmował. A może nie słyszał. Ja, leżący na kanapie do góry nogami, ze słuchawkami na uszach i książką w łapie, moja siostra goniąca brata po całym mieszkaniu, z rurą od odkurzacza, którą go okładała. On dla odmiany lał ją kijem od miotły. Jednym słowem Sajgon. Krzyków nikt nie słyszał. Po małej jatce na dobre popołudnie mieszkanie było ogarnięte, lekcje odrobione, a w powietrzu unosił się zapach obiadu. Wieczory spędzaliśmy wspólnie, czytając na głos albo oglądając bajki wyświetlane z rzutnika, na prześcieradle rozwieszonym na ścianie.
W tym chaosie dobrze czuła się Hanka. Często przychodziła do nas, żeby się pobawić. Dygała na dzień dobry przed moją Mamą i drzwi do dziecięcego raju stawały przed nią otworem. Hanka zresztą zawsze pięknie dygała, jak na dziewczynkę z dobrego domu przystało. W Hance, kiedy tylko przekraczała próg naszego domu, budził się demon. Poukładana na codzień, u nas rozrabiała bardziej niż nasza razem wzięta trójka, często sprowadzając na nas kłopoty. To z jej inicjatywy były bitwy na poduszki, skakanie po stołach, pieczątki na lodówce i huśtanie lampą. Gdy mieszkanie było już doszczętnie zrujnowane, Hanka znikała dygając na do widzenia. A w tym była dobra. Wiele lat później dygnęła zresztą jednego Andrzeja, zachodząc z nim w nieplanowaną ciążę.
O losach Marylki nic nie wiadomo od czasów, gdy wkręciła się w złe towarzystwo i przed blokiem doszło do awantury z użyciem broni, pomiędzy jej dwoma kochankami. Pani M. uciekła potajemnie od Pana M., gdy ten zwariował, zaczął chlać i po pijaku chciał wysadzić w powietrze całą kamienicę. Po policyjnej akcji po czyściutkim mieszkaniu nie pozostał żaden ślad, podobnie, jak po porządnej rodzinie.
Znałam podobną rodzinkę (moja daleka ciotka z małżonkiem). Co prawda bezdzietną dlatego też wszystkie rodzinne imprezy typu imieniny, urodziny i inne omijały dzieci, gdyż ciotka zawsze stanowczo mówiła "zapraszam ale bez dzieci". W mieszkaniu było sterylnie jak w szpitalu i taki też zapach w nim panował. Lizol zmieszany ze swoistym smrodkiem kulek na mole. Ciotka z wujkiem zawsze byli mega poukładani, a wizyty musiały być zawsze zapowiedziane i zaplanowane. Punktem kulminacyjnym ich "porządności" był zakup ponoć oryginalnego dywanu perskiego, który dumnie wylądował w pokoju gościnnym. Oczywiście po dywanie można było chodzić bez jakiegokolwiek obuwia, nawet kapci. Co mnie wprowadzało w zdumienie gdyż dywan nigdy nie został wypakowany z folii ochronnej!
OdpowiedzUsuń