Chodziłem dziś w spodniach na szelkach. Po raz pierwszy od trzydziestu jeden lat. Ostatni raz miałem takie na sobie, kiedy byłem siedmioletnim brzdącem. Dostałem je, znaczy szelki, trzy lata wcześniej od Mamy. Pamiętam, że były piękne, amerykańskie, a właściwie w amerykańskie flagi. Były też elastyczne, a do spodni przypinało się je żabkami.
Po trzech latach eksploatacji szelki były już za krótkie, a żabki nie trzymały. A ja je po prostu uwielbiałem. Ilekroć Babcia próbowała mi to wytłumaczyć, to robiłem scenę. Robienia scen nauczyłem się od młodszych brata i siostry. Generalnie, zawsze byłem najbardziej stabilny emocjonalnie, ale wychodziłem na tym, jak Zabłocki na mydle. Więc mądrzejszy o nowe doświadczenia, robiłem awanturę, a po chwili miałem je na sobie.
Jak mówiłem, szelki były elastyczne a klipsy nie trzymały. Ilekroć szedłem z Babcią na zakupy, za każdym razem, gdy Babcia mówiła: nie garb się, ja się prostowałem a szelki strzelały. No i pewnego dnia po raz któryś wystrzeliły i wybiły mi zęba. Może nie tyle co wybiły, ale trochę ukruszyły. Nie byłem nigdy urodziwym chłopcem, a z tym ukruszonym zębem wyglądałem jeszcze gorzej. No i do tego jak clown w przykrótkich szelkach.
Może, gdybym nie był tak radosnym dzieckiem i nie chodził ciągle z rozdziawioną przez szeroki uśmiech gębą, szelka uderzyłaby mnie w brodę? Fakt, faktem. Do dzisiaj miałem uraz. Ale też szelki mam już inne, przypinane guzikami. No i już nie rosnę. Ani się nie garbię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz