wtorek, 3 września 2013

o cyckach Marianny

W końcu będzie o cyckach. O cyckach Marianny. A te to ona miała wielkie. Tak wielkie, że kiedy wychodziła zza rogu, najpierw był cyc, długo, długo nic i za chwilę ona sama.

Marianna pracowała w małym, budowlanym markecie. W większości z męską klientelą. Ustawiały się do niej zawsze długie kolejki, mimo, że kasa obok była pusta. Pusta też była druga kasjerka i nie miała cycków. Dlatego każdy, nafaszerowany testosteronem budowlaniec na początek dobrego dnia, chciał właśnie jej pozaglądać w dekolt.

A ten też był wielki. Prawie, jak cycki. Przychodził tam też jeden taki niski. Był tak mały, że kiedy stał na wprost Marianny, to cycki miał dokładnie na wysokości oczu. Trochę komicznie to wyglądało. Zresztą ją też to śmieszyło, ona była ubawiona a on w siódmym niebie. Więc Marianna, kiedy miała dobry humor, smyrała go tymi cyckami po nosku.

Cycki miały też swoje wady. Każdemu czasem zdarzy się nie trafić łyżeczką, czy widelcem do ust i jedzenie spada. Najczęściej na podłogę. Mariannie spadało na cycki. Gdyby miała mniejsze, to też spadłoby jej na podłogę. Jak innym. No, ale o ile żarcia z podłogi już się raczej nie zje, to to z cycków można. Niejeden by chciał. Nie ze swoich cycków, a z cycków Marianny.

Jeszcze większe cycki miała moja bardzo stara sąsiadka, pani Mroczkowa. Od dziecka coś mi w nich jednak nie pasowało. Zorientowałem się po latach, kiedy poznałem Mariannę. Bo Marianna swoje cycki nosiła na piersiach, a pani Mroczkowa na biodrach. Cycki pani Mroczkowej były pewnie ciężkie, a ciężary, jak wiadomo, nosi się na plecach, o czym ona pewnie nigdy nie myślała.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

bring it