Chujowo tak stracić robotę przed świętami Bożego Narodzenia. Wprawdzie będę dostawał kasę aż do końca kwietnia, ale musiałem w życie wdrożyć plan na ciężkie czasy. Plan awaryjny wydawał się być prosty i wyglądał tak… Przyjrzeć się wydatkom, pozbyć się tych, które niezbędne nie są, pozostałe zaś obniżyć do absolutnego minimum, by na kosztach życia nieco zaoszczędzić. No i po dokładnej analizie wyszło na to, że internetu zlikwidować nie mogę, bo potrzebny, z cyfrowej telewizji zrezygnować nie mogę, bo będę się nudził na zasiłku, fajek nie rzucę, bo mnie uspokajają, z wyjazdu na narty nie zrezygnuję, bo kupiłem nowe szmaty (no i narty) i polansować się muszę, z karnetu na siłownię nie zrezygnuję, bo muszę dbać o formę, z samochodu nie zrezygnuję, bo jestem wygodny. No ch*j, a nie oszczędności. Trzeba będzie zaoszczędzić na prezentach. Jak w zeszłym roku. A w zeszłym roku wyszło całkiem fajnie….
A wszystko dzięki świętemu Mikołajowi, który tego wieczora naprany spacerował po głównej ulicy miasta. Zataczając się całą szerokością chodnika, popijając wódę z gwinta, niosąc na plecach całkiem spory worek, wymachiwał pięścią, dzwoniąc na zmianę dzwonkiem, który chował w przepastnej kieszeni swych czerwonych spodni i krzyczał na całe gardło coś o małych gnojach i sraniu do komina. Ja tam nie do końca rozumiałem, o co mu chodziło i właściwie przeszedłbym koło niego obojętnie, gdyby nie Malik.
- Ty – powiedział Malik – napier*olony święty Mikołaj.
- No co Ty? – udałem zdziwienie…
- No popatrz. Gość ma nieźle w czubie.
- Każdemu się zdarzy.
I nim się zorientowałem Malik dopadł do wora świętego Mikołaja, a dalej akcja potoczyła się już błyskawicznie. Święty przerzucił wór przez ramię, waląc nim z impetem o ziemię, przerzucając tym samym uczepionego worka Malika, który przelatując w powietrzu pięknym łukiem, cały czas trzymając się go kurczowo, walnął plecami o bruk, wydając z siebie przeciągłe i ciche jęki. Mikołaj stał nad nim ciągle się zataczając, pociągając solidnego łyka z butli, a ja nie zastanawiając się długo, rzuciłem się na niego i wepchnąłem go do najbliższej, ciemnej bramy. W tym czasie podbiegł do nas Malik, i naprawdę nie wiem jak i nie wiem skąd, ale zaczął lać go po łbie drewnianą sztachetą. Ja w tym czasie próbowałem wyrwać worek. No jeszcze nigdy nie widziałem tak walecznego Mikołaja. Właściwie, jak się zastanowić, to w życiu nie widziałem Mikołaja.
W końcu Malik zamachnął się z całej siły, waląc mnie sztachetą w chwili rozmachu, by za chwilę się odwinąć i walnąć świętego w tył głowy. I wtedy w końcu ten padł. Ja właściwie też. Odechciało mi się już tego napadu. Malik w tym czasie przeglądał worek, a w nim same skarby. Telefony, tablety, aparaty i kamery. Nie zastanawiając się długo, wziąłem po jednym telefonie dla bratanicy i siostrzenicy, a dla siebie tablet. Resztę puściłem Malikowi, który w tym czasie ściągał Mikołajowi spodnie.
- Czy Ty zwariowałeś? No okraść to rozumiem, ale jeszcze zerżnąć? Malik spojrzał na mnie, jak na durnia i zaczął się przebierać. No w sumie to logiczne, spacerować z worem w kurtce oraz w jeansach byłoby podejrzane. A tak? Przemknie przez miasto i nikt nawet nie będzie niczego podejrzewał. Pożegnaliśmy się z Malikiem i każdy ruszył w swoją stronę. A rano usłyszałem w radiu informację, o ujęciu złodzieja, który napadł na sklep, przebrany za świętego Mikołaja. O k…
ihhihi dobre dobre!
OdpowiedzUsuńZakrecone(-;
OdpowiedzUsuń