piątek, 7 lutego 2014

pie*dol się

Dziś już nawet nie pamiętam,iIle razy zdarzyło mi się wdepnąć w psie gówno na tych cholernych trawnikach. Byłem jedynym, który biegał z czarnymi woreczkami w dłoni i sprzątał kupy po pupilu, na każdym spacerze. Aaa i jeszcze jedna miła Pani z klatki 14b. Ona też sprzątała. Ale inni mieli w dupie.

- Jeszcze raz przyłapię panią, że nie sprząta pani kup po swoim psie, to zadzwonię po Straż Miejską.
- pie*dol się.
Normalnie powinna dostać w ryj, ale że akurat pie*dolić się lubię….

Szybko jednak się zreflektowałem, ścierając sobie z ust ten rozmarzony uśmiech. To była kolejna, jak zwykle nieudana, lecz tym razem ostatnia próba edukowania bydła. Postanowiłem od tej chwili czynić zło. Zniżyć się do ich poziomu i odpłacać pięknym za nadobne. Jak Kuba Bogu tak Bóg Fidelowi. I ch*j.

Potrzebny był mi pies, a ten akurat zniknął z mojego życia wraz ze swoim właścicielem. Jak zawsze musiałem więc liczyć wyłącznie na siebie. Wymyśliłem, że będę srał na trawniki sam. I tak…
za pierwszym razem nie zdążyłem dobiec do trawnika po wypiciu kefiru,
za drugim razem zdrętwiały mi nogi,
za trzecim razem na chodniku stała jakaś młoda, zakochana para, a że ja jestem wstydliwy…..
A za czwartym razem to się okazało, że trawnika nie ma, bo go rozkopali ci od sieci ciepłowniczej.

Cały świat przeciwko mnie. Nie dane mi więc będzie zniżyć się do poziomu bydła. Zostanę już tu, gdzie jestem, choć czasem wcale mi z tym dobrze nie jest.

Fot. Internet


wtorek, 28 stycznia 2014

słodka zemsta

część I tu <click>

Przymusowa przeprowadzka Dynamicznego Damiana do biurka przy akwarium Gandzi była całkiem niezłym pomysłem. Gandzia to był kawał gnoja i nikt go nie lubił. Cholerny cwaniak i kłamca, typowy korpoterrorysta, obserwował nas codziennie zza tych szyb znad „Rzeczpospolitej”. Ale od kiedy podrzuciliśmy mu Dynamicznego, co tylko podniósł wzrok, spoglądał na niego, opadały mu powieki i stawał się senny. I o to nam chodziło. Skoro już nie mogliśmy się go pozbyć….

A próbowaliśmy. Wymyślaliśmy różne sposoby i do jednego z nich chcieliśmy namówić Edith. Ten akurat był najlepszy i najprostszy. Wymyśliliśmy, że Edith, jako asystentka, pod jego nieobecność zasłoni mu w akwarium żaluzje, a kiedy tylko Gandzia zjawi się po lunchu w biurze, potargamy Edith bluzkę oraz stanik i wepchniemy za drzwi. I będziemy filmowali, jak wybiega z krzykiem. Nie wiem, co z tym pomysłem było nie tak, ale Edith za żadne skarby nie chciała się zgodzić. Mimo, że obiecaliśmy zwrócić jej kasę za stanik i za bluzkę. Zresztą zrzucić chcieli się wszyscy i obojętnie, jaką drogą by kupiła, wychodziłoby najwyżej pięć zeta od łeba.

Niestety ten pomysł, jak i wiele innych spalił na panewce. Ale okazja, żeby dopiec Gandzi nadarzyła się wkrótce sama. A wszystko w dniu, gdy z Ifałkiem wybraliśmy się na zakupy. Zobaczyliśmy go w oddali z żoną oraz z córką. I kiedy Ci się rozdzielili, poszliśmy powoli za nią do Sephory. Żeby jakoś nie wtopić, wymyśliliśmy sobie pseudonimy operacyjne. Ja chciałem być Sebą a Dawid Krystianem.

Plan był taki. Wszedłem do Sephory i spacerowałem tuż przy żonie Gandzi. Za chwilę wpadł Ifałek i woła od progu:
- Sebaaa, wiesz, kogo widziałem?
Ja stałem koło niej dyskretnie się przyglądając.
- Sebaaaaaaa – darł się od wejścia Ifałek.
- eeeeeee, Sebaaaaaaaaaaa – krzyknął głośniej.
- Rafiku! – ryknął – ku*wa – dodał ciszej.
Żona Gandzi spojrzała dyskretnie. I wtedy dopiero skojarzyłem, że ja jestem Sebą.
- co tam Ifa… eee, no Krystian?
- ty wiesz kogo widziałem?
- no. To znaczy nie. No kogo? Gadaj?
- Gandzię.
- był z tą lafiryndą z księgowości, co mu laskę robi?
- nie. Był sam, choć wydawało mi się, że tę drugą, z zamówień, tuż obok widziałem.
- ehhh, nieważne. To nie nasza sprawa Krystian. On już wszystkie stukał. Nawet tę sprzątaczkę.
I w tym momencie osłupiała żona Gandzi upuściła na podłogę luksusową wodę. My udając, że nic nie widzimy, wyszliśmy powolnym krokiem z tej Sephory.

Gandzia następnego dnia nie przyszedł do pracy. Nie przychodził zresztą cały długi tydzień. Ale gdy po tygodniu wrócił, zrobiło się niewesoło…


poniedziałek, 27 stycznia 2014

o take robotje my sie modlilim

O take robotje my sie modlilim. No może niekoniecznie modlili, bo zarówno ja, jak i Ifałek byliśmy niewierzący. Ifałek to był mój najlepszy kumpel z poprzedniego korpo. Zresztą długo po tym, jak nasze drogi się rozeszły, spotykaliśmy się jeszcze od czasu do czasu na obiad albo wódkę. Ifałek to była ksywa, a wzięła się z tego, że kiedy Dawid (bo tak miał na imię) przyszedł do naszej firmy, to nie znał tej całej korpo gadki. I kiedy przyszedł e- mail, zatytułowany „coś tam, coś tam IVQ”, to Dawid nie skojarzył, że chodzi o czwarty kwartał i zapytał: Ejj, co to jest to ifałku? No i wtedy został Ifałkiem, pieszczotliwie zwanym Czwartym Kwartałem.

Z Ifałkiem od razu załapaliśmy wspólny klimat, do tego stopnia, że musieliśmy siedzieć obok siebie. Pracowaliśmy w sporym „ołpen spejsie”, dość ładnym i wygodnym. Pech chciał, że ja siedziałem w miejscu, gdzie z chłopakami mieliśmy ustawione cztery biurka i wszystkie były zajęte. Po mojej lewej siedział akurat Dynamiczny Damian i to jego miejsce upatrzyliśmy sobie z Ifałkiem. Trzeba było tylko przekonać do tego pomysłu Dynamicznego.
- eee, Damian. Sprawa jest – zacząłem.
Minęło dziesięć sekund, Dynamiczny Damian odwrócił się powoli w moją stronę i zapytał:
- taaaaaak? A coooooo?
Swoją drogą pozbycie się go z naszego towarzystwa było najlepszym rozwiązaniem, bo każdego z nas osłabiał. Nawet kawa, którą popijał Dynamiczny Damian była zawsze taka słaba, że aż się przewracała. Co za typ.
- wskakujesz na miejsce Ifałka, koło akwarium, a Ifałek przejmuje twoje biurko.
Minęło piętnaście sekund, zanim Dynamiczny poukładał sobie wszystko w głowie, to znaczy, tak nam się wydawało, bo za chwilę zapytał.
- jaaaaak tooooo? Dlaaaaaaczeeeego? Nieeee rozuuuumieeeem.
- pakujesz się i wypier*alasz – ten Ifałek nigdy nie był dyplomatą.
- ale dlaaaaaaczegoooo? – dopytywał dalej.
- bo było losowanie i przegrałeś – powiedział Dawid.
- jakieeeee losooowaaaanieeee? Ja niiiic nieee loooosoooowaaaałeeem.
- Rafik rzucał za Ciebie monetą i przegrałeś.
Dynamiczny Damian zaczął się powoli robić czerwony, zawsze tak reagował, jak był zestresowany, mrugał powiekami i zaczynał kichać. I kiedy obrócił się na swoim krześle, żeby nie skichać komputera, poprzenosiliśmy z Ifałkiem jego graty i zanim Dynamiczny zdążył obrócić się z powrotem, to my wieźliśmy go już na krześle w stronę biurka przy akwarium. Akwarium, w którym siedział dyro, zwany od nazwiska Gandzią. Kawał skur*ysyna.

Można rzec, że Dynamiczny Damian miał dość mocne wejście, bo kiedy go tym krzesłem przewoziliśmy, to nie zdążyliśmy wyhamować i wyje*aliśmy nim prosto w biurko, przyciskając go z całym impetem do blatu. Dynamiczny aż głośno jęknął i skrzywił się z bólu, Gandzia podniósł wzrok znad „Rzeczpospolitej”, a my z Ifałkiem szczerząc się do Gandzi, podnieśliśmy kciuki w górę, rzucając na odchodne: Będzie ci z nim dobrze Jaro.

I tym sposobem siedzieliśmy z Ifałkiem koło koryta, które napełniali nam po każdym ważniejszym spotkaniu, znosząc resztki cateringu z sali konferencyjnej, która była tuż po sąsiedzku. Siedzieliśmy, wpier*alaliśmy ciasteczka, a kasa zawsze na czas nam na konto spływała. I o takej robocje my marzylim.

część II tu <click>



niedziela, 26 stycznia 2014

ojciec prawdę ci powie

- Dzisiaj walczy Szpilka – powiedział mój ojciec, zacierając ręce.
- Tak? To będziesz oglądał. Powiesz mi, kto wygrał.
- A będę. Będę trzymał kciuki, żeby każdą rundę wygrał, ale żeby mu mordę na koniec obili i padł od nokautu.
- A dlaczego tak?
- Bo to bandyta jest i zawsze robi takie groźne miny – odpowiedział ojciec, marszcząc groźnie brwi i patrząc spod byka.
- Bo on tak specjalnie, no, psychologicznie. Przeciwnika straszy.
- Kliczko tak nie straszył. Ale ten Kliczko to porządny jest. Ty. A ten Janukowycz to mu zaproponował stanowisko wiceministra. Tam się dzieje, tam się dzieje – pomarudził ojciec i pokiwał głową.
- Przyjął?
- Nieeee. Odrzucił. Taki to na prezydenta. Bogaty, to by nie kradł.
- Po co ludziom tyle pieniędzy? – wtrąciła się mama.
- A żeby se willę wybudować. Na przykład w Portugalii. Jak ta, no, jak jej tam? Górniak – odparł jej mój ojciec.
- Kiedy on by tam miał jeździć do tej Portugalii, jak tam się ciągle tłuką? – zapytała.
- Górniak to może mieć willę w Portugalii. W końcu to jest gwiazda – niepotrzebnie się odezwałem.
- Gwiazda, gwiazda. Jak ja słyszę gwiazda, to mnie trzęsie. Santor to była gwiazda. A ty wiesz Rafał, że ona ma szesnaście tysięcy emerytury?
- Taaa. Czterdzieści pięć. – to mama - On wszystkie plotki czyta i całymi dniami te mądrości opowiada.
- Nie wiedziałem.
- Ostatnio czytałem. Szesnaście tysięcy i to z takiego śpiewania. Nie. No dobra. Ta to przynajmniej ładnie śpiewała. Kiedyś to były piosenki, a nie to, co dzisiaj.
- Nie zazdrość ludziom kasy – dorzuciła mama. Zdrowie jest najważniejsze.
- No. To fakt. Kasa, kasą, a tu fik i człowieka nie ma. A Ty wiesz, że ta Eris nie żyje?
- Co to za jedna ta Eris? – zapytałem.
- Ta od kosmetyków.
- Doktor Irena Eris? O kurcze. Nie wiedziałem.
- No. Ta to miała kasy od tego Johnsona – odpowiedział ojciec, łapiąc się za głowę.
- To chyba Barbara Piasecka-Johnson nie żyje. To polska miliarderka była – tak coś skojarzyłem.
- A to może ta nie żyje. Taka do Suchockiej podobna była nie? – zapytał.
- Ja tam baby nie kojarzę, ale wydaje mi się, że do Suchockiej podobna była jedynie Suchocka.
- to Żydówka jest – wypalił mój ojciec.
- A niech sobie będzie, co mnie to obchodzi – wzruszyłem ramionami.
- Rosatti podobno też?! Gdzieś tam przeczytałem.
- Mnie naprawdę to nie interesuje. Niech tam sobie będą. A Rosatti to pewnie był Włochem – zażartowałem.
- Jak Zanussi. No nawet mi pasuje. Ale on tak pięknie mówi, z taką ładną dykcją.
- Bo pewnie przez Mosad został wyszkolony….



środa, 15 stycznia 2014

Bóg, brak honoru, Czesiu i ku*wa

Czesiu jako żarliwy katolik, przyjmował kolędę raz w roku i chodził do kościoła w każdej wolnej chwili. Spowiadał się ze swych grzechów każdego miesiąca. Miłował Pana Boga ponad swe marne życie, a Pan Bóg miał Cześka w dupie, dając temu wyraz, płatając mu figla, tworząc go na podobieństwo „zewsionego” głupka. Pamiętam ten dzień, kiedy poznałem Czesia i w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jest lekko pie**olnięty. Szybko jednak okazało się, że nie znam się na ludziach i źle pomyślałem. Bo Czesiu był popie**dolony i to całkiem zdrowo. Właściwie tak poku*wionego człowieka nie spotkałem nigdy.

Czesiek był brzydki jak noc listopadowa, właściwie biorąc pod uwagę ostatni listopad, to w całym miesiącu nie było tak brzydkiej nocy. Wyglądał trochę jak połączenie świnki morskiej z fraglesem. Czyli był świnkinsem. No i śmiał się wstecznie. Ze świnkinsem od początku jakoś się nie układało. Miał się za lepszego, lepiej wykształconego, no i w tym naszym korpo pracował sześć miesięcy dłużej, więc miał się za boga i chciał mną dyrygować, co powodowało opór oraz tarcia. Czesiu był skarżypytą. Z każdą drobną sprawą zaraz biegł do szefa. Bo czuł się niepewnie, no i był wieśniakiem.

Właściwie to był nawet taki okres, kiedy wydawało mi się, że z Czesławem można się dogadać. Lecz kiedy zaczęły dochodzić mnie słuchy, że Czesiu opowiada wszystkim dookoła to, co powiedziałem mu kiedyś w zaufaniu, w momencie słabości, to krew mnie zalała. Czesiu lubił zajmować się sprawami innych, bo sam nie miał życia. Nie miał też kolegów, ani z podstawówki, ani szkoły średniej. Na studiach też z nim nikt zadawać się nie chciał, choćby za pieniądze. Sfrustrowany Czesiek mieszkał z rodzicami (zresztą na początku mama odbierała nawet Cześka z pracy) do trzydziestego trzeciego roku życia, spędzając czas z nimi i swoimi psami. Psy to jedyne istoty, które kochały Cześka bezwarunkowo. Do czasu.

Bo gruchnęła wiadomość, że Czesiek się żeni. Narzeczona Cześka była po trzydziestce i jak większość panien z dobrych domów ze wsi, zaczęła na siłę szukać sobie męża. Więc padło na Cześka, bo jak nie ma co się lubi… Narzeczeństwo trwało krótko, ledwie sześć miesięcy i po skromnym przyjęciu Czesiek został mężem. Dzień ten był dla Cześka też szczególnie ważny, bo w noc po weselu stracił swój wianuszek, co się objawiało radosnymi gwizdami jeszcze dwa tygodnie.

Czesiek przez całe lata karmił mnie wspomnieniami z wojska, opowiadał z pasją o czołgach i pancernych wozach. Wspomnienia z tego czasu były w Cześku żywe, bo sam nigdy nie był choćby na koloniach. Zresztą historyjek Cześka było całkiem sporo i wiele zmyślonych. Jedna nawet taka wzięta prosto z porno, którą zaczął opowiadać, gdy się okazało, że mimo zaawansowanego wieku wciąż był „nierusany”. Czesiek w swym marnym życiu widział tylko cztery cycki, wliczając w to cycki matki, gdy ta karmiła go piersią, tuż po urodzeniu.

Łonaczący po hanysku Czesiek, przebrany za kloszarda, krytykował mnie za wszystko. Za sposób mojej pracy, za brak wykształcenia i styl ubierania. Skarżąc na mnie, kopiąc pode mną dołki, doprowadził do tego, że straciłem wiarę w swoje własne siły. Na szczęście na chwilę. A po co o tym piszę? Bo każdy ma w pracy takiego swojego Cześka, dla którego jedynym sposobem, by zaistnieć, jest pogrążanie innych i każdy ten krzyż niestety nosić musi czym strasznie sobie szkodzi. Każdemu szefowi w korpo też taki mierny Czesiek zawsze się przydaje. A Czesiek, jak to Czesiek, mimo, że jest ku*wą, to jest też katolikiem. I pójście do spowiedzi załatwia dla niego sprawę.

wtorek, 24 grudnia 2013

radość Świąt Bożego Narodzenia

Jego matka: stara ku*wa, która pewnie do dziś nie wie, kto jej zrobił te przygłupie dzieci.
Jej matka: pie*dolona hrabianka, której wje*ał ktoś kij w dupę i chodzi wiecznie sztywna i skwaszona, bo ten ją uwiera.
On: zwykłe zero, śmieciarz, który bez niej byłby nikim. A matka ją przed nim ostrzegała.
Ona: zwykła dziwka. Choć właściwie jak na dziwkę, to za brzydka i gdyby nie on, to żaden inny głupek by jej nie wydymał. Choć on i tak musi walnąć ze dwa browce i kolejne trzy po wszystkim.
Barszcz: w całej tej sytuacji jest najmniej ważny, bo wraz z całym garem został wyje*any.

Wigilia bez barszczu jest jakaś taka nieprawdziwa, ale liczy się miła rodzinna atmosfera. I taka być może zagości w końcu u sąsiadów, którzy kłócili się dziś od samego rana.

Wesołych Świąt Kochani….

niedziela, 22 grudnia 2013

o niegrzecznym chłopcu i pejczyku mamusi

- Byłeś dziś niegrzecznym chłopcem!!!! Mamusia jest z Ciebie bardzo, baaardzo niezadowolona!!!!
Usłyszałem to akurat przypadkiem, za drzwiami sąsiadów, gdy późną nocą wchodziłem do domu. Usłyszałem też przeciągły świst rozcinanego powietrza i ciche pojękiwania. Znałem ten dźwięk z dzieciństwa, pamiętam, kiedy tata zlał mnie skórzanym pasem za to, że mojemu bratu rozwalili głowę. Deską. Przy rozbiórce starego domu. To znaczy dostałem za to, że go nie pilnowałem, a on miał dostać, jak mu ściągną te szwy ze łba…... Od tego czasu minęły już dwadzieścia cztery lata i do dziś nie dostał lania, ale we mnie wspomnienia świszczącego w powietrzu, skórzanego pasa, są do teraz ciągle żywe.

Zdziwiło mnie również to, bo nie wiedziałem, że sąsiedzi mają dzieci. Ilekroć spotykałem ich na klatce schodowej, byli sami. Zresztą mieszkaliśmy w tej kamienicy od dziesięciu lat z kawałkiem. Na pewno coś bym wiedział. Mieliśmy wspólną klatkę schodową, ale oni mieszkali w zachodnim skrzydle, a ja w południowym. Siedząc na kanapie, przed telewizorem, kątem oka mogłem zaglądać w ich okna. Nigdy nie byłem wścibski, ale pamiętam ten wieczór, kiedy zerknąłem przypadkiem i widziałem, jak sąsiad biegał po mieszkaniu w masce przeciwgazowej. Nie dawało mi to spokoju i kiedyś nawet dyskretnie go o to zagadnąłem.
- A wie pan, taka sytuacja. Termity w domu miałem, ale już po wszystkim, bo wykończyłem te skurczybyki. Gazem.
No tak. Mieliśmy w sumie poddaszowe mieszkania i w całej tej drewnianej konstrukcji mogły się zagnieździć jakieś różne świństwa. Na wszelki wypadek, kiedy przyszedłem do domu, z małą latareczką w ręce i szkłem powiększającym, przeszukałem dokładnie, centymetr po centymetrze, każdą jedną belkę w poszukiwaniu termitów. Do czwartej nad ranem.

Ale dzisiaj coś nie dawało mi spokoju. Wymknąłem się po cichu z mieszkania i w samych skarpetkach, na paluszkach, zacząłem się skradać wprost pod drzwi sąsiadów. Jako, że noc była późna i hałas ulicy już nieco ustał, słyszałem dość wyraźnie to, co działo się za drzwiami. Słyszałem tylko ciche błaganie o litość i bezlitośnie wymierzane klapsy.
- Zamknij mordę śmieciu. Liż mamusi buty.
O Jjjjjezusie. No takiego zezwierzęcenia się nie spodziewałem. Cóż to za wyrodna matka, która w ten sposób traktuje swoje dzieci.
- Na kolana łajzo. Mamusia nauczy Cię posłuszeństwa – i znów świst pasa w powietrzu, wymieszany z płaczem. Przeczucie mnie nie myliło. Te termity też trochę nie dawały mi spokoju. Jakoś nigdy nie słyszałem, żeby termity żyły sobie w Polsce, w drewnianej konstrukcji dachu kamienicy na Wolskiej, hmm. Pobiegłem do domu i zadzwoniłem na policję.

Obserwowałem całą tę akcję, z ukrycia, za rogiem. I widziałem tylko wychodzących, roześmianych od ucha do ucha policjantów. Możecie się śmiać, ile chcecie, ale ja sąsiadom będę przyglądał się dalej, bo co, jak co, ale na krzywdę bezbronnych dzieci nigdy nie pozostanę obojętny.

sobota, 21 grudnia 2013

by ch*j bombki strzelił

Przedświąteczna atmosfera w pełni. Wszyscy jacyś poirytowani, nerwowi, wszędzie słychać kłótnie. Ludzie są wobec siebie coraz bardziej nieuprzejmi po to, by za chwilę przekazywać sobie świąteczne życzenia.

Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, czy jest jakiś sposób na to, by nie dostawać tych głupich wierszyków, to oznajmiam: jest. Po rozesłaniu takich oto, jak te poniżej, już nigdy nie dostałem żadnego wierszyka. Innych życzeń, pisanych prawdziwie, od serca zresztą też nie :-) No ok. Dostałem. Ale wolałem nie czytać ;-) 


Wielkimi krokami zbliżają się Święta, 
więc niech o najbliższych każdy z Was pamięta. 
Ja również tradycji chciałbym czynić zadość, 
parę słówek skrobnąć, by Wam sprawić radość. 
Z nadzieją na szansę wszystkich ich spełnienia, 
przesyłam prawdziwie świąteczne życzenia.

By ch*j bombki strzelił, łącznie ze świętami, 
byście się otruli kapustą z grzybami, 
oby ości z karpia w gardłach Wam stanęły, 
by Wasze bebechy mocne gazy wzdęły. 
Żebyście z obżarstwa skrętu kich dostali, 
żebyście po maku całą nockę srali.

By święty Mikołaj wraz z reniferami, 
roz*ebał się na dachu swoimi sankami, 
żeby renifery, tak, jak zwykła świnia, 
zrobiły Wam wielką kupę do komina, 
by Dzieciątko taszcząc worek z prezentami, 
zahaczyło o słup swoimi skrzydłami.

A poza tym niech w Sylwestra 
przechu*owo gra orkiestra, 
byście ciepłą wódą mordy swe zalali, 
przed północą wszyscy pod stół powpadali. 
Oby panowało dziadostwo i nuda, 
Tego wszystkim szczerze życzy Rafał …da.

piątek, 20 grudnia 2013

karpia diem

Stary Huciuk mieszkał z rodziną w mieszkaniu socjalnym bez wygód. Jedną izbę zajmował z żoną i trzema córkami, w drugiej zaś mieszkali jego trzej synowie. Najstarszy z nich był Rysiek. Rysiek lat miał prawie siedemnaście i bogatą kartotekę. Zresztą cała rodzina Huciuków była pod stałą obserwacją. Interesowała się nimi miejscowa policja, a jeszcze bardziej opieka społeczna. Zwłaszcza teraz, przed świętami Bożego Narodzenia.

O Huciukach można było powiedzieć wiele, ale ani jednego złego słowa na temat ich przywiązania do polskiej tradycji. Święta zawsze były u nich na bogato. Także i w tym roku, mimo, że opieka przestała im wypłacać zasiłek na Ryśka. Huciukowa w Wigilię, od samego rana, wypiekała ciasta z mąki, którą ktoś jej przyniósł prosto z Caritasu, w rogu skrzyła się choinka ścięta w nocy z największego skweru przy Urzędzie Miasta, połyskująca setką lampek, które córki Huciuków ukradły w świetlicy, podłączając później do nich prąd na lewo. Atmosfera u nich w domu była już iście świąteczna, no i tuż przed Wigilią stary Huciuk kazał zaje*ać Ryśkowi karpia.

Stanisław Karp miał 57 lat i zginął tragicznie.

carp's diem

Old Huciuk has been living with his family in a social housing, with any conveniences. His three daughters lived in one chamber, and he shared the other one with his wife and three sons. Rysiek was the oldest of them. He was nearly seventeen years old, and had  really big, fat record in a local police station. Anyway, the whole Huciuk’s family was under constant observation of police and the social welfare. Especially now, before Christmas.

You might say a lot about Huciuk’s, but not a single, bad word about their attachment to polish tradition. Christmas has always been a festivity, like this year and in spite of them having no money from social welfare. The day before Christmas*, Huciuk’s mother has been baking cakes, using flour, given by someone from Caritas, there was a Christmas tree, standing in the corner, resected in the middle night, at the biggest square, near to City Hall, glittering thousands of lights, stolen from school by Huciuk’s daughters, fed with the power connected illegally. Atmosphere was quite Christmassy, and then old Huciuk ordered Rysiek to kill the carp**.

Stanislaw Carp was 57 years old and he died tragically.

*Christmas starts a day before, in Poland. The most important in it is a festive supper on 24th of December.
** Carp is an oily fish, served traditionally on a supper, the day before Christmas.

bring it