poniedziałek, 16 września 2013

spier*alaj

Zawsze dobrze pracowało mi się w małych firmach. Jak w tej, przed 15 laty. Z Ulką, Tomkiem, głupim Rakiem i p. Krystyną. Mieliśmy małe, eleganckie biuro, na ostatnim piętrze starego biurowca, w zielonej części miasta. Urządzone ze smakiem, nowocześnie, z efektownymi, szklanymi ściankami. Jak w akwarium. Jedno z nich zajmowała Krista.

Krystyna to nasza księgowa, główna, starsza od nas wszystkich średnio o dwadzieścia pięć lat. Ale babka z niej była fajna. Trochę nas wszystkich musztrowała, więc dostała ksywę Frau Krista. Współpraca jednak układała nam się dobrze. Bo musiała. Czasem chodziliśmy do niej pod koniec miesiąca na żebry, czyli po zaliczkę. Krista zawsze wywracała oczami, robiła groźną minę, a na koniec wykład o umiejętnym gospodarowaniu finansami. Na koniec sięgała do kasetki i dawała nam kasę.

W zasadzie wszyscy bardzo się lubiliśmy. Często przynosiliśmy do pracy ciacha z ulubionej cukierni Kristy. Czasem jako przekupstwo, a często tak z sympatii. Utuczyliśmy ją w sumie o piętnaście kilo.

Z Kristy robiłem sobie czasem jaja. Jak wtedy, gdy wcinała kanapkę na sucho, w tym swoim akwarium. Stałem akurat koło biurka Ulki i wzięło mnie na żarty. Wykręciłem wewnętrzny 203 i obserwowałem ją przez szyby. Krista z pełnymi ustami odebrała:
- halo?
- dzień dobry, Broniewski. Z główną księgową proszę.
- przy telefonie.
- dzwonię z Izby Skarbowej. Jest Pani podejrzana o nadużycia..
W tym momencie Krista wypluła nieprzemielone śniadanie do kosza na śmieci.
- jakie nadużycia??? - zapytała wystraszona.
- to ja tu zadaję pytania. Potrzebuję informacji za ostatni kwartał...
- chwileczkę, bardzo proszę poczekać, wezmę segregator.

I kiedy tak Krista biegała między regałem a szafą, zauważyła przez te szyby mnie i Ulkę, płaczących i składających się ze śmiechu. Ubaw mieliśmy po pachy. Ulka stała zgięta w pół, jedną ręką podpierała się o biurko a drugą trzymała się za brzuch. Ja klęczałem przy niej. Dawno się tak nie uśmiałem. Co innego Krista. Zawsze harda trzęsła się jak galareta. Teraz chyba już ze złości, której dała upust, rzucając w nas segregatorem i tłukąc dwie szyby.

Dzień później, kiedy Kriście na biurku zadzwonił telefon, rzekomo znów z urzędu skarbowego, rzuciła do słuchawki krótkie "spierdalaj" i triumfalnie spojrzała w stronę biurka Ulki, a potem mojego. Akurat do niego podchodziłem, wycierając jeszcze ręce papierowym ręcznikiem, prosto po wyjściu z kibla...

część druga jest tu [click]

2 komentarze:

  1. hahaha doskonałe!
    ale ja wciąż czekam na ciąg dalszy "Malik się żeni"
    :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. W tym przypadku akurat się zgodzę hahaha

    OdpowiedzUsuń

bring it