pierwsza część jest tu... [click]
Krista po swoim wyskoku z telefonem z urzędu skarbowego omal nie umarła. Ze strachu. Było nam jej żal. Wymyśliliśmy więc na szybko strategię, że będziemy robić z siebie głupków. Wredny Rak musiał wtrącić te swoje trzy grosze i powiedział, że nie będzie trudno. Więc, gdy kilka minut później znów zadzwonił telefon, odebrałem i powiedziałem, że główna księgowa jest na urlopie. Poprosiłem o kontakt następnego dnia.
Dzień później nasza księgowa odebrała telefon i zmienionym głosem umówiła się na kontrolę kolejnego dnia. O ósmej. Będąc głównym sprawcą zamieszania, zobowiązałem się, że przyjadę po nią i podwiozę do pracy, żeby się nie tłukła autobusem z rana. Dziesięć razy mi przypominała, że mam być punktualnie. Wstałem więc o szóstej, poszedłem pod prysznic, napiłem się kawy. Czasu miałem mnóstwo. Do Kristy jechało się piętnaście minut i dziesięć do firmy. Dwadzieścia po siódmej ruszyłem spod domu. Przejechałem skrzyżowanie, a później kolejne. Przejechałem ze dwa kilometry i gdy wjechałem na estakadę, zobaczyłem trzy zamknięte pasy a na środku walec. I kiedy tak się wlokłem za tym walcem i setką samochodów, uświadomiłem sobie, że nikt mi nie uwierzy. A na pewno Krista.
Kiedy podjeżdżałem pod dom Krystyny i zobaczyłem ją tupiącą ze złości, krew mi odpłynęła. Otworzyła drzwi i zaczęła krzyczeć. O, jak ona krzyczała. Darła się wniebogłosy, a ja nie mogłem dojść do słowa. I co mi znowu powiesz? Co teraz wymyślisz? – zapytała. Więc odparłem zgodnie z prawdą, że wstrzymał mnie walec. Bałem się, że mnie zabije i trochę skuliłem, ale ona zaczęła się śmiać. Śmiała się równie głośno, jak wcześniej krzyczała. Śmiech przeszedł w histeryczny, gdy uświadomiła sobie, że już jest spóźniona. Można było przypuszczać, że ten ze skarbówki tak śmiał się nie będzie.
I choć gość był sztywny, jak jego koleżanka, to kontrola poszła dobrze. Mieliśmy trochę zamieszania i troszeczkę stresów. Krystyna podśpiewując, sprzątała papiery, a my poszliśmy na fajkę. Gdy wróciliśmy, zdziwiliśmy się tylko, że wyszła tak znienacka i bez pożegnania. Zamknęliśmy ten burdel i poszliśmy w cholerę. Właściwie na piwo, by odreagować. I gdy tak siedzieliśmy w tej knajpie, dzwoniła do nas Krista. Do wszystkich po kolei. Żeby się nie denerwać, nikt z nas nie odebrał. Pewnie nic ważnego.
Kiedy następnego dnia przyszedłem do pracy pierwszy, zobaczyłem Kristę. Pomyślałbym, że była tak wcześnie, gdyby nie to, że nie miała kluczy i ciągle słodko spała. Na biurku naszego szefa, z torebką pod głową...
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
Urocze :) U.
OdpowiedzUsuńNieprawdaż? :-)
Usuńnie ma to jak dobry kolega z pracy :-)
OdpowiedzUsuń