Nie mogę narzekać na swoją pensję. Ale powodów do hurra optymizmu też nie mam. Mogę sobie, wprawdzie, pozwolić na więcej, niż gdybym zarabiał średnią krajową, lub, o zgrozo, najniższą. Ale nie zarabiam. A mimo to muszę przyglądać się moim finansom i jak każdy w tym kraju, oszczędzać. Nie jest łatwo. Bo jestem zakupoholikiem. I palaczem. Dlatego wdrożyłem E.C.O. Ekonomię Codziennych Zakupów.
Jak ostatnio, gdy kupiłem sobie spodnie, przecenione na 99 złotych. Przy kasie okazało się, że są przecenione, ale na 139. Jestem klientem świadomym i swoje prawa znam, dlatego po krótkiej walce z obsługą sklepu, wyszedłem ze spodniami i zaoszczędzonymi czterema dychami w kieszeni. Pieniądz robi pieniądz, dlatego w innym sklepie kupiłem longsleeve za 49 złotych. Właściwie dwa, bo dwa kosztowały jedynie 69. Jako, że oszczędziłem na zakupie spodni cztery dychy, to dopłaciłem tylko różnicę. I tym sposobem za dwa longsleeve, po 49 każdy, zapłaciłem 29 złotych, co pozwoliło mi zaoszczędzić kolejne 69 złotych, które wydałem na buty. Buty kosztowały 339, ale, że ja drogo nie kupuję, to wynalazłem takie, które były przecenione na 219. Dokładając moje 69 złotych, zapłaciłem tylko 150, oszczędzając na butach wartych 339 aż 189 złotych.
No i palenie. Jako, że wkurzało mnie, że zawsze zabraknie mi fajek w nieodpowiednim momencie, zacząłem kupować je na kartony. Po dziesięć paczek. Bo taniej. O 80 groszy. Dzięki temu każdego dnia nie wydaję już 13,80, które skrupulatnie liczę i na przykład po tygodniu mogłem kupić sobie kurtkę, dokładając zaoszczędzone wcześniej 189 złotych. Zaoszczędzone na kurtce 259 złotych wydałem tylko na dwa swetry, bo drugi był za 50%, a resztę odłożyłem. Na gorsze czasy, które przychodzą zazwyczaj na kilka dni przed wypłatą.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
czwartek, 30 października 2014
czwartek, 16 października 2014
ebola w Polsce
Ebola pojawiła się w Polsce przypadkowo. Właściwie Ebol było dziesięć, ale dziewięć od razu zaje*ali na lotnisku Chopina przy rozładunku bagaży. I nikt niczego nie widział, a każdy zawsze chciał dorobić do swej marnej pensji. Choć wszyscy ją przed tym krajem ostrzegali, bo mimo, że równie dziki, jak Sudan, czy Nigeria, to jednak całkiem inny, Ebola postanowiła spróbować życia tutaj.
W pierwszej godzinie, spacerując po Warszawie, Ebola usłyszała, że ma wypie*dalać z kraju białych ludzi. W drugiej godzinie Ebolę skropiono kilka razy święconą wodą. W trzeciej dostała staropolski wpie*dol, w czwartej kosę w plecy.
Długo nie pożyła.
W pierwszej godzinie, spacerując po Warszawie, Ebola usłyszała, że ma wypie*dalać z kraju białych ludzi. W drugiej godzinie Ebolę skropiono kilka razy święconą wodą. W trzeciej dostała staropolski wpie*dol, w czwartej kosę w plecy.
Długo nie pożyła.
czwartek, 9 października 2014
kto przeżyje swoją śmierć
część I tu <click>
część II tu <click>
Mireczek przeleżał w szpitalu dwa kolejne miesiące z rozłupaną czaszką i wstrząśnieniem mózgu. Żaden z nas nie wrócił jeszcze do siebie. Miewaliśmy koszmary, a on przynajmniej do dziś spał sobie smacznie, nie odzyskując przytomności. W zasadzie cudem przeżyliśmy ten atak zombie. Tych scen żaden z nas nie zapomni do końca życia. Te wspomnienia były ciągle żywe.
Uciekaliśmy wtedy na oślep, w popłochu, w zupełnych ciemnościach słuchając coraz głośniejszych i bardziej przeraźliwych krzyków kolejnych ofiar. Wbiegliśmy do jakiegoś ślepego, jak nam się wydawało, korytarza i zaczęliśmy się barykadować. Byliśmy naprawdę roztrzęsieni. I Kiedy Mireczek dokładał spory głaz, żeby zatkać ostatnią szczelinę, poczuł ugryzienie.
- ghrrr, ghrrr – to Malik charczał, gryząc rękę Mireczka.
- aaaaa. Chłopaki. On mnie ugryzł. Ja pie*dolę. Już po mnie.
- to nie dzieje się naprawdę – wyszeptał Miriam
- ja nie chcę być zombie – zapłakał Mireczek – musicie mnie zabić.
- Mireczek, uratujemy cię – obiecywał Gołąb – musimy tylko…
I zanim skończył zdanie, Isiu walnął Mireczka w łeb deską, którą znalazł gdzieś przy barykadzie.
- Isiu. Daj spokój – krzyczeliśmy, choć sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.
Łup. Isiu kolejny raz walnął Mireczka. Zaraz potem znowu i trzeci i czwarty. I gdy wydawało się, że w końcu go zabije, od tyłu zaszedł nas Malik i powiedział:
- ej chłopaki. Żartowałem. A o co chodziło z tym zombie?
część II tu <click>
Mireczek przeleżał w szpitalu dwa kolejne miesiące z rozłupaną czaszką i wstrząśnieniem mózgu. Żaden z nas nie wrócił jeszcze do siebie. Miewaliśmy koszmary, a on przynajmniej do dziś spał sobie smacznie, nie odzyskując przytomności. W zasadzie cudem przeżyliśmy ten atak zombie. Tych scen żaden z nas nie zapomni do końca życia. Te wspomnienia były ciągle żywe.
Uciekaliśmy wtedy na oślep, w popłochu, w zupełnych ciemnościach słuchając coraz głośniejszych i bardziej przeraźliwych krzyków kolejnych ofiar. Wbiegliśmy do jakiegoś ślepego, jak nam się wydawało, korytarza i zaczęliśmy się barykadować. Byliśmy naprawdę roztrzęsieni. I Kiedy Mireczek dokładał spory głaz, żeby zatkać ostatnią szczelinę, poczuł ugryzienie.
- ghrrr, ghrrr – to Malik charczał, gryząc rękę Mireczka.
- aaaaa. Chłopaki. On mnie ugryzł. Ja pie*dolę. Już po mnie.
- to nie dzieje się naprawdę – wyszeptał Miriam
- ja nie chcę być zombie – zapłakał Mireczek – musicie mnie zabić.
- Mireczek, uratujemy cię – obiecywał Gołąb – musimy tylko…
I zanim skończył zdanie, Isiu walnął Mireczka w łeb deską, którą znalazł gdzieś przy barykadzie.
- Isiu. Daj spokój – krzyczeliśmy, choć sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.
Łup. Isiu kolejny raz walnął Mireczka. Zaraz potem znowu i trzeci i czwarty. I gdy wydawało się, że w końcu go zabije, od tyłu zaszedł nas Malik i powiedział:
- ej chłopaki. Żartowałem. A o co chodziło z tym zombie?
środa, 8 października 2014
ugryź mnie w dupę
część I tu <click>
- Matka mnie ostrzegała, żebym się z tobą nie żenił. Idiotko.
- a ugryź mnie w dupę… Ałłaaa.
Ta wyjątkowo irytująca para kłóciła się ze sobą od momentu, kiedy zjechaliśmy windą do kopalni, drażniąc tym wszystkich dookoła. Cała wycieczka wiedziała już, że ona jest prostaczką ze wsi i gdyby nie on, to tkwiła by tam do dziś. On zaś, gdyby nie ona, do dziś byłby prawiczkiem, bo żadna inna wcześniej go nie chciała. I takie tam różne inne rzeczy. Na przykład, że był tym prawiczkiem do trzydziestego siódmego roku życia. Spojrzał w popłochu na grupę, z którą przyszli i miał nadzieję, że nikt tego nie usłyszał. Trzy panienki patrzyły dziwnie w sufit wypatrując nie wiadomo czego, kolo z tatuażami pogwizdywał patrząc się na boki, a elegancki starszy pan przyglądał się swoim butom.
Jednak nie sposób było nie spojrzeć na nią, bo strasznie krzyczała.
- Ałłaaaa. Coś mnie ugryzło w dupę.
- Milcz prostaczko. Wszyscy się na ciebie gapią.
- Jezuuu, jak boli. Mnie naprawdę coś ugryzło w dupę.
- Ciebie nawet komary omijały szerokim łukiem.
- Kiedy mnie naprawdę… - i w tej jednej, krótkiej chwili zaczęło się dziać z nią coś dziwnego. Zaczęła charczeć, jakby się dławić. Jej oczy zrobiły się jakieś puste, a jej ciało zaczęło nienaturalnie się wyginać.
- W łóżku byłaś kiepska, aktorsko też nie bardzo – to ostatnie słowa, jakie wypowiedział, zanim rzuciła się na niego i ugryzła w szyję. Tryskająca, jak fontanna, krew zalewała pozostałych uczestników wycieczki, którzy do tej pory przyglądali się tej kłótni w milczeniu.
- Danusiu – przerwał grobową ciszę starszy, elegancki, na oko sześćdziesięcioletni pan – spie*dalajmy.
Po czym łapiąc swą żonę za rękę, skierował się w stronę szybu windy. Skłócony małżonek wił się na podłodze, drąc się jakby go zażynali, gdy zaczęła się w nim dokonywać przemiana, a jego żona w tym czasie rzuciła się w stronę grupy, z którą do tej pory zwiedzała kopalnię. Ludzie zaczęli krzyczeć i rozbiegli się w panice we wszystkich kierunkach. Zaczęło dziać się coś dziwnego.
Byliśmy w zupełnie innej części kopalni, ale zaczęły nas niepokoić te przeraźliwe wrzaski dobiegające z oddali.
- ciekawe co się tam dzieje – zapytał Mireczek.
- pewnie napadło ich zombie – zarechotał Gołąb.
- aaahahahahahahaha – śmialiśmy się do rozpuku. Właściwie to nie wiem czemu, bo żarty Gołębia nigdy nie były śmieszne.
- haha – padłbym chyba ze śmiechu, jakbym zobaczył zombie w Wieliczce – powiedział Isiu.
I padł, gdy tuż przed nim wyskoczyła ta, która kłóciła się z mężem, charcząc i tocząc z pyska pianę. Niestety podskoczyła za wysoko i przy*ebała łbem w stropową belkę. A kiedy padła, my, wykorzystując tę krótką chwilę, rzuciliśmy się do ucieczki, mijając po drodze Malika, który trzymał w ręce jakiś srebrny kołek. Ciekawe, skąd on znowu to za*ebał.
- Maaaalik. Uuu-cie-kaj. Gonią nas zombie - krzyknąłem tylko.
- Tiaa, yhmm. I mecha-godżilla - spokojnie odparł Malik.
część III tu <click>
- Matka mnie ostrzegała, żebym się z tobą nie żenił. Idiotko.
- a ugryź mnie w dupę… Ałłaaa.
Ta wyjątkowo irytująca para kłóciła się ze sobą od momentu, kiedy zjechaliśmy windą do kopalni, drażniąc tym wszystkich dookoła. Cała wycieczka wiedziała już, że ona jest prostaczką ze wsi i gdyby nie on, to tkwiła by tam do dziś. On zaś, gdyby nie ona, do dziś byłby prawiczkiem, bo żadna inna wcześniej go nie chciała. I takie tam różne inne rzeczy. Na przykład, że był tym prawiczkiem do trzydziestego siódmego roku życia. Spojrzał w popłochu na grupę, z którą przyszli i miał nadzieję, że nikt tego nie usłyszał. Trzy panienki patrzyły dziwnie w sufit wypatrując nie wiadomo czego, kolo z tatuażami pogwizdywał patrząc się na boki, a elegancki starszy pan przyglądał się swoim butom.
Jednak nie sposób było nie spojrzeć na nią, bo strasznie krzyczała.
- Ałłaaaa. Coś mnie ugryzło w dupę.
- Milcz prostaczko. Wszyscy się na ciebie gapią.
- Jezuuu, jak boli. Mnie naprawdę coś ugryzło w dupę.
- Ciebie nawet komary omijały szerokim łukiem.
- Kiedy mnie naprawdę… - i w tej jednej, krótkiej chwili zaczęło się dziać z nią coś dziwnego. Zaczęła charczeć, jakby się dławić. Jej oczy zrobiły się jakieś puste, a jej ciało zaczęło nienaturalnie się wyginać.
- W łóżku byłaś kiepska, aktorsko też nie bardzo – to ostatnie słowa, jakie wypowiedział, zanim rzuciła się na niego i ugryzła w szyję. Tryskająca, jak fontanna, krew zalewała pozostałych uczestników wycieczki, którzy do tej pory przyglądali się tej kłótni w milczeniu.
- Danusiu – przerwał grobową ciszę starszy, elegancki, na oko sześćdziesięcioletni pan – spie*dalajmy.
Po czym łapiąc swą żonę za rękę, skierował się w stronę szybu windy. Skłócony małżonek wił się na podłodze, drąc się jakby go zażynali, gdy zaczęła się w nim dokonywać przemiana, a jego żona w tym czasie rzuciła się w stronę grupy, z którą do tej pory zwiedzała kopalnię. Ludzie zaczęli krzyczeć i rozbiegli się w panice we wszystkich kierunkach. Zaczęło dziać się coś dziwnego.
Byliśmy w zupełnie innej części kopalni, ale zaczęły nas niepokoić te przeraźliwe wrzaski dobiegające z oddali.
- ciekawe co się tam dzieje – zapytał Mireczek.
- pewnie napadło ich zombie – zarechotał Gołąb.
- aaahahahahahahaha – śmialiśmy się do rozpuku. Właściwie to nie wiem czemu, bo żarty Gołębia nigdy nie były śmieszne.
- haha – padłbym chyba ze śmiechu, jakbym zobaczył zombie w Wieliczce – powiedział Isiu.
I padł, gdy tuż przed nim wyskoczyła ta, która kłóciła się z mężem, charcząc i tocząc z pyska pianę. Niestety podskoczyła za wysoko i przy*ebała łbem w stropową belkę. A kiedy padła, my, wykorzystując tę krótką chwilę, rzuciliśmy się do ucieczki, mijając po drodze Malika, który trzymał w ręce jakiś srebrny kołek. Ciekawe, skąd on znowu to za*ebał.
- Maaaalik. Uuu-cie-kaj. Gonią nas zombie - krzyknąłem tylko.
- Tiaa, yhmm. I mecha-godżilla - spokojnie odparł Malik.
część III tu <click>
poniedziałek, 6 października 2014
zombie
Teorię miałem taką, że każda, nawet najbardziej wydumana wizja tego świata, przedstawiana w filmach science-fiction pewnego dnia się spełni. I ta myśl mnie przerażała. Od dziecka. Do dzisiaj. Bo dziś kolejna straszna wizja się sprawdziła.
W podziemiach kopalni soli w Wieliczce działy się dantejskie sceny. Ludzie biegali w popłochu, we wszystkich kierunkach, uciekając podziemnymi korytarzami i krzycząc przeraźliwie. Co chwilę było słychać rozdzierający, mrożący krew w żyłach, rozpaczliwy krzyk kolejnej osoby. Odgłosy wydobywające się z kopalnianego szybu przyprawiały o ciarki obsługę muzeum i oniemiałych z przerażenia przypadkowych świadków. Pracownicy skansenu próbowali coś zrobić, jakoś pomóc, ale nie bardzo wiedzieli jak. Główny transformator został uszkodzony i na dole, w wyrobiskach panowały egipskie ciemności. Ciemności rozdzierane wrzaskami przerażonych i bezbronnych, biegających ludzi, uciekających przed krwiożerczymi zombie. Bo dzisiaj zombie opanowały świat. A zaczęły w Wieliczce. Akurat, gdy my byliśmy tam na wycieczce. My, czyli ja, Isiu, Gołąb, Miriam, Mireczek i Malik.
Pie*dolony Malik.
Wszyscy chodziliśmy wytyczonymi ścieżkami, słuchając opowieści przewodnika. Przyjechaliśmy tutaj, bo mieliśmy fajne wspomnienia związane z trzydniową wycieczką, na której byliśmy jeszcze w czasach szkoły średniej. Najfajniejsze wspomnienia miał Gołąb. Zakochał się wtedy w Lence. I miał z nią pierwszy seks. Mówiliśmy mu wprawdzie, że poniżej pięciu sekund się nie liczy, ale on upierał się przy swoim. I do dziś ją kochał. Właściwie przyjechaliśmy tu się nachlać, trochę powspominać i odnaleźć miłość jego życia.
Mieliśmy po trzydzieści lat, ale słuchaliśmy fascynujących historii przewodnika, jakbyśmy chodzili do gimnazjum. Albo podstawówki. I kiedy tak podziwialiśmy misternie wykonaną, podziemną kaplicę, Malik postanowił zajrzeć do jednego z sarkofagów. I wtedy się zaczęło…
częsć II tu <click>
W podziemiach kopalni soli w Wieliczce działy się dantejskie sceny. Ludzie biegali w popłochu, we wszystkich kierunkach, uciekając podziemnymi korytarzami i krzycząc przeraźliwie. Co chwilę było słychać rozdzierający, mrożący krew w żyłach, rozpaczliwy krzyk kolejnej osoby. Odgłosy wydobywające się z kopalnianego szybu przyprawiały o ciarki obsługę muzeum i oniemiałych z przerażenia przypadkowych świadków. Pracownicy skansenu próbowali coś zrobić, jakoś pomóc, ale nie bardzo wiedzieli jak. Główny transformator został uszkodzony i na dole, w wyrobiskach panowały egipskie ciemności. Ciemności rozdzierane wrzaskami przerażonych i bezbronnych, biegających ludzi, uciekających przed krwiożerczymi zombie. Bo dzisiaj zombie opanowały świat. A zaczęły w Wieliczce. Akurat, gdy my byliśmy tam na wycieczce. My, czyli ja, Isiu, Gołąb, Miriam, Mireczek i Malik.
Pie*dolony Malik.
Wszyscy chodziliśmy wytyczonymi ścieżkami, słuchając opowieści przewodnika. Przyjechaliśmy tutaj, bo mieliśmy fajne wspomnienia związane z trzydniową wycieczką, na której byliśmy jeszcze w czasach szkoły średniej. Najfajniejsze wspomnienia miał Gołąb. Zakochał się wtedy w Lence. I miał z nią pierwszy seks. Mówiliśmy mu wprawdzie, że poniżej pięciu sekund się nie liczy, ale on upierał się przy swoim. I do dziś ją kochał. Właściwie przyjechaliśmy tu się nachlać, trochę powspominać i odnaleźć miłość jego życia.
Mieliśmy po trzydzieści lat, ale słuchaliśmy fascynujących historii przewodnika, jakbyśmy chodzili do gimnazjum. Albo podstawówki. I kiedy tak podziwialiśmy misternie wykonaną, podziemną kaplicę, Malik postanowił zajrzeć do jednego z sarkofagów. I wtedy się zaczęło…
częsć II tu <click>
środa, 1 października 2014
sex w małym mieście
Carrie, Samantha, Charlotte i Mirinda miały się za gwiazdy. Właściwie to Iwona, Renata, Sabina i Dżesika. Przez duże DŻ-y. Miało być bardziej oryginalnie, ale stary Marczuk nie znał angielskiego ni w ząb. Imię wymyśliła jego żona, która angielskiego kiedyś liznęła na powiatowym kursie finansowanym przez Unię. Nauczyła się gud myrning i senkju, ale kiedy pięćdziesiąt procent uczestniczek z kursu zrezygnowało, to Marczukowa nie chciała chodzić sama. W Urzędzie Gminy nie wiedzieli, jak to napisać. Nie wiedzieli też w sąsiedniej gminie, ani w Urzędzie Powiatowym. Więc została Dżesiką. Ale za to przez duże DŻ-y.
Carrie, Samantha, Charlotte i Mirinda to były ich pseudonimy. Wszystkie były zafascynowane „Seksem w wielkim mieście”, choć same mieszkały w małej pipidówie. Pewnego dnia postanowiły lansować się na swoje bohaterki. Koleżanki mówiły wprawdzie Mirindzie, że w serialu to była akurat Miranda, ale jej bardziej podobało się Mirinda. I ch*j. I co zrobisz, jak się baba uprze?
Iwona została Samanthą. Choć akurat najmniej ją przypominała. Była wielka i nieociosana, z kwadratową gębą o rumianych licach. I nie miała cycków. Samanthą akurat chciała być każda, ale Iwona była najsilniejsza. Nawet wśród chłopaków ze wsi. Zresztą wszyscy ją z chłopakiem mylili, a gdy ktoś tam coś tam, to w mordę dostawał.
W życiu jak w filmie. Pierwsza z chłopakami zaczęła urzędować Samantha, próbując szybkiego numerku z kolesiem na cmentarzu. Lecz jej się nie podobało. Bo proboszcz był nachlany. I w filmie, jak w życiu. Pomylił ją z chłopcem.
część II tu <click>
Carrie, Samantha, Charlotte i Mirinda to były ich pseudonimy. Wszystkie były zafascynowane „Seksem w wielkim mieście”, choć same mieszkały w małej pipidówie. Pewnego dnia postanowiły lansować się na swoje bohaterki. Koleżanki mówiły wprawdzie Mirindzie, że w serialu to była akurat Miranda, ale jej bardziej podobało się Mirinda. I ch*j. I co zrobisz, jak się baba uprze?
Iwona została Samanthą. Choć akurat najmniej ją przypominała. Była wielka i nieociosana, z kwadratową gębą o rumianych licach. I nie miała cycków. Samanthą akurat chciała być każda, ale Iwona była najsilniejsza. Nawet wśród chłopaków ze wsi. Zresztą wszyscy ją z chłopakiem mylili, a gdy ktoś tam coś tam, to w mordę dostawał.
W życiu jak w filmie. Pierwsza z chłopakami zaczęła urzędować Samantha, próbując szybkiego numerku z kolesiem na cmentarzu. Lecz jej się nie podobało. Bo proboszcz był nachlany. I w filmie, jak w życiu. Pomylił ją z chłopcem.
część II tu <click>
poniedziałek, 29 września 2014
ile za numerek?
Patrzył na nią ukradkiem, każdego dnia, idąc do pracy. Zazwyczaj maszerował szybkim, zdecydowanym krokiem, ale gdy zbliżał się do miejsca, w którym stała, zwalniał nieco, prostował się, wciągał brzuch i zerkał na nią dyskretnie, sycąc się tym pięknym widokiem na resztę dnia. Stała zawsze na tym samym rogu, tuż przy wejściu do Urzędu Miasta. Posągowa piękność. Od kolegów z pracy wiedział, że ma na imię Swietłana. Paru z nich skorzystało już z jej usług. Skorzystała też nawet jedna koleżanka.
Swietłana była taka młoda, taka atrakcyjna. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio widział taką piękność. Przez te wszystkie lata małżeństwa nie zwracał uwagi na inne kobiety, ale od kilku miesięcy, od kiedy jego żona przeniosła się na stałe do drugiego pokoju, czuł, że czegoś mu brak. Od dawna im się nie układało. Dlatego też przyglądał się innym. A właściwie tylko jednej. Swietłanie. Uważał wprawdzie, że jej makijaż był zbyt wyzywający, a i ubierała się nieco ekstrawagancko. Ale nie wyglądała ani zbyt wulgarnie, ani tandetnie, czy tanio. Wyglądała śmiało. A on miał kompleksy i był ciut wstydliwy.
Pewnego ranka podszedł do niej i zapytał niepewnie.
- ile za numerek?
- standardowo. Sto pięćdziesiąt.
Westchnął ciężko, sięgnął do portfela i wręczył jej odliczone banknoty.
Ten system kolejkowy z numerkami był do dupy, ale nie miał wyjścia ani czasu, a dziś już w końcu musiał zarejestrować samochód.
Swietłana była taka młoda, taka atrakcyjna. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio widział taką piękność. Przez te wszystkie lata małżeństwa nie zwracał uwagi na inne kobiety, ale od kilku miesięcy, od kiedy jego żona przeniosła się na stałe do drugiego pokoju, czuł, że czegoś mu brak. Od dawna im się nie układało. Dlatego też przyglądał się innym. A właściwie tylko jednej. Swietłanie. Uważał wprawdzie, że jej makijaż był zbyt wyzywający, a i ubierała się nieco ekstrawagancko. Ale nie wyglądała ani zbyt wulgarnie, ani tandetnie, czy tanio. Wyglądała śmiało. A on miał kompleksy i był ciut wstydliwy.
Pewnego ranka podszedł do niej i zapytał niepewnie.
- ile za numerek?
- standardowo. Sto pięćdziesiąt.
Westchnął ciężko, sięgnął do portfela i wręczył jej odliczone banknoty.
Ten system kolejkowy z numerkami był do dupy, ale nie miał wyjścia ani czasu, a dziś już w końcu musiał zarejestrować samochód.
środa, 24 września 2014
nimfomanka
Kiedy zaczęły krążyć plotki o tym, że Eliza zostanie powołana na Rzeczniczkę do spraw równego traktowania kobiet, panią Anielę zaczęła rozpierać prawdziwa duma. Sama wychowywała córkę, harowała na dwa etaty, żeby zapewnić jej dodatkowe zajęcia, a później wspierać ją, gdy wyjechała na studia do miasta. To znaczy do wielkiego miasta, bo same też mieszkały w mieście, ale w trochę mniejszym. Takim pięciotysięcznym. Czyli w pipidówie.
Wieść szybko rozeszła się po miasteczku, po popołudniowym wydaniu „Panoramy” na Dwójce. Pani Aniela chodziła po rynku dumna jak paw. Wszyscy, wszędzie, na każdym straganie opowiadali o tym wielkim wydarzeniu. Poza księdzem Janem, tym od Hetmańczyków, którego wzięli na proboszcza do Sandomierza, nikt więcej kariery w mieście nie zrobił. Ludzi rozpierała duma. A najbardziej panią Anielę.
- to moja córka – mówiła – jest po psychologii i jest nimfomanką.
Ludzie kiwali głowami z podziwem, trochę pani Anieli zazdroszcząc. Nie wiedzieli wprawdzie co to jest ta nimfomanka, ale jak mówili o niej w telewizji, to musiała być to całkiem niezła fucha.
Następnego dnia pisały o tym wszystkie gazety. Pani Aniela kupowała je wszystkie i w dwóch egzemplarzach.
- to moja Eliza. Jest nimfomanką, skończyła psychologię.
- patrz pani – skwitowała kioskarka – jakich to różnych rzeczy tera na tych studiach uczo.
Kiedy w miasteczku pojawili się dziennikarze z różnych telewizji i gazet, mieszkańcy ochoczo z nimi rozmawiali. Nagle każdy pamiętał Elizę z dzieciństwa. To u kogoś kupowała co rano świeże pieczywo, to ktoś jej kiedyś pomógł naprawić rower.
- to nasza Eliza – mówili – Zawsze zdolna była. No i patrz pan, panie. Nimfomanka.
Kiedy Elizę z hukiem wylali po dwóch tygodniach piastowania stanowiska, w miasteczku zawrzało. Zawrzało też w ministerstwie. Wstawiły się za nią wszystkie koleżanki z którymi działała. Przez ostatnie lata, jako feministka.
Wieść szybko rozeszła się po miasteczku, po popołudniowym wydaniu „Panoramy” na Dwójce. Pani Aniela chodziła po rynku dumna jak paw. Wszyscy, wszędzie, na każdym straganie opowiadali o tym wielkim wydarzeniu. Poza księdzem Janem, tym od Hetmańczyków, którego wzięli na proboszcza do Sandomierza, nikt więcej kariery w mieście nie zrobił. Ludzi rozpierała duma. A najbardziej panią Anielę.
- to moja córka – mówiła – jest po psychologii i jest nimfomanką.
Ludzie kiwali głowami z podziwem, trochę pani Anieli zazdroszcząc. Nie wiedzieli wprawdzie co to jest ta nimfomanka, ale jak mówili o niej w telewizji, to musiała być to całkiem niezła fucha.
Następnego dnia pisały o tym wszystkie gazety. Pani Aniela kupowała je wszystkie i w dwóch egzemplarzach.
- to moja Eliza. Jest nimfomanką, skończyła psychologię.
- patrz pani – skwitowała kioskarka – jakich to różnych rzeczy tera na tych studiach uczo.
Kiedy w miasteczku pojawili się dziennikarze z różnych telewizji i gazet, mieszkańcy ochoczo z nimi rozmawiali. Nagle każdy pamiętał Elizę z dzieciństwa. To u kogoś kupowała co rano świeże pieczywo, to ktoś jej kiedyś pomógł naprawić rower.
- to nasza Eliza – mówili – Zawsze zdolna była. No i patrz pan, panie. Nimfomanka.
Kiedy Elizę z hukiem wylali po dwóch tygodniach piastowania stanowiska, w miasteczku zawrzało. Zawrzało też w ministerstwie. Wstawiły się za nią wszystkie koleżanki z którymi działała. Przez ostatnie lata, jako feministka.
wtorek, 23 września 2014
fakya bro
część I tu <click>
część II tu <click>
Samantha. Tak miała na imię prawdziwa matka Malika. Właściwie to Iwona, ale prosiła wszystkich kumpli z dzielni, żeby nazywali ją Samanthą. Przez h w środku, bo czuła się bardziej sexy. To w jej opinii, bo generalnie sprawiała wrażenie taniej lafiryndy. A zresztą nie tylko sprawiała. Samantha zaczęła urzędować z chłopakami dosyć wcześnie. To znaczy, jak na standardy dzielnicy, w której mieszkała to dosyć późno. Miała 14 lat i wszystkie koleżanki z niej się śmiały, że jest żelazną dziewicą. W pierwszej klasie gastronomika pocałowała się z Grześkiem, później z Waldkiem, kiedyś znowu z Grześkiem, a na końcu wylądowała na wersalce Jacka, kumpla z klatki obok, gdy akurat starzy poszli do roboty. Gdy się okazało, że jest w ciąży, tak naprawdę nie wiedziała do kogo się zwrócić. Z Grześkiem całowała się wprawdzie dwa razy, ale z Waldkiem za to z języczkiem. Podejrzenia padały też na Jacka.
część II tu <click>
Samantha. Tak miała na imię prawdziwa matka Malika. Właściwie to Iwona, ale prosiła wszystkich kumpli z dzielni, żeby nazywali ją Samanthą. Przez h w środku, bo czuła się bardziej sexy. To w jej opinii, bo generalnie sprawiała wrażenie taniej lafiryndy. A zresztą nie tylko sprawiała. Samantha zaczęła urzędować z chłopakami dosyć wcześnie. To znaczy, jak na standardy dzielnicy, w której mieszkała to dosyć późno. Miała 14 lat i wszystkie koleżanki z niej się śmiały, że jest żelazną dziewicą. W pierwszej klasie gastronomika pocałowała się z Grześkiem, później z Waldkiem, kiedyś znowu z Grześkiem, a na końcu wylądowała na wersalce Jacka, kumpla z klatki obok, gdy akurat starzy poszli do roboty. Gdy się okazało, że jest w ciąży, tak naprawdę nie wiedziała do kogo się zwrócić. Z Grześkiem całowała się wprawdzie dwa razy, ale z Waldkiem za to z języczkiem. Podejrzenia padały też na Jacka.
Kiedy Samantha urodziła dziecko, postanowiła podrzucić je na klatkę starej kamienicy dwa osiedla dalej. Kamienicy, w której mieszkali państwo Zuanzi. I kiedy pani Zuanzi schodziła późnym wieczorem, żeby wynieść śmieci, potknęła się o małe zawiniątko na ciemnej klatce schodowej.
- Hamuka te – syknęła pani Zuanzi, co w wolnym tłumaczeniu brzmiało: ku*wa mać.
W tym samym momencie zawiniątko się poruszyło i zaczęło płakać. Pani Zuanzi ze zdumieniem spojrzała na noworodka i po naradzeniu się z mężem, postanowiła przygarnąć maleństwo i wychowywać jak swoje, pilnie strzegąc tej tajemnicy przed Rysiem, bo takie imię widniało na karteczce, przyczepionej do znoszonego becika. I nazwisko. Malik. Choć nikt nie miał pewności, że ono jest prawdziwe.
Żal nam do cholery było tego Malika. Znaliśmy się tyle lat i tyle wspólnie przeżyliśmy. Każdemu z nas kroiło się serce, jak patrzył na jego cierpienie. A on to zaczął wykorzystywać. W ogóle to stał się jakiś agresywny i nazywał nas nie inaczej, jak pieprzonymi białasami. To znaczy wszystkich prawie, poza Miriamem. Miriam dalej tkwił w tym całym „szoku” i co spotykał Malika, to zawsze powtarzał:
- stary. No ku*wa uwierzyć nie mogę. Ciągle to do mnie nie dociera. Szok. Dla mnie zawsze będziesz czarny.
- dzięki Miriam. Na Ciebie zawsze mogłem liczyć.
- jesteś czarny jak smoła. No patrz, jak tyle lat można było się mylić. Szok.
- No. Widzisz.
- dla mnie jesteś czarny, jak węgiel w kopalni. No szok. Po prostu szok.
- zajebioza.
Miriam nadużywał słowa szok i prawdę mówiąc przeginał pałę. Przez całe lata brał udział w spisku, udając, że wierzy w to, że Malik jest czarny, a teraz robił wszystko, żeby się wybielić. Wkurzaliśmy się z chłopakami trochę, pamiętając jeszcze, jaką awanturę Malik zrobił Mireczkowi, gdy ten dal mu kanapkę akurat z białym serkiem. Przysłuchiwaliśmy się temu dialogowi wkurzeni.
- no Malik… między nami nic się nie zmieniło – powiedział Miriam. – Będę kochał cię, jak brata. Dla mnie jesteś czarny, bro.
Jak już powiedział do Malika bro, to Isiowi puściły nerwy.
- Malik. Wszyscy wiedzieliśmy, że jesteś biały. I to od czasu szkoły średniej. Miriam też wiedział.
Malik zaskoczony spojrzał na Miriama, Miriam zaskoczony spojrzał na Isia, a Isiu pokazał mu faka,
- fakya bro – dorzucił.
- Nieprawda. Malik. On łże. Dla mnie jesteś czarny jak smoła, jak sadza, jak ziemia do kwiatków, jak, jak, jak… eeee
- jak co? – zapytał Malik.
- jak ciemna dupa – szepnął do ucha Miriama Mireczek.
- jak ciemna dupa – powtórzył bezmyślnie Miriam, po czym zanim się zorientował, leżał na ziemi z krwawiącym nosem.
- i nie mów do mnie nigdy więcej bro. Pieprzony białasie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
