Never, ever żadnego tripu koleją po Polsce. Za żadne skarby świata nikt mnie już więcej na to nie namówi. Nie chodzi o to, że jestem jakiś bardzo wygodny, bo w sumie podróż pociągiem jest wygodniejsza niż samochodem. I tańsza. Tyle, że nie w naszym kraju. Chodzi o czas. No bo, jak w XXI w. przejechanie 350 km może trwać prawie 6 godzin? Nie ogarniam tego.
Nie ogarniają tego też pewne damy z Francji, które postanowiły odwiedzić Polskę. Yvette, Odette i ta trzecia. Nie pamiętam, jak miała na imię, ale też się rymowało, to trzy siostry, mieszkające na co dzień w okolicach Lyonu. Od lat przyjmowały młodzież z Polski, chcącą dorobić sobie w czasie wakacji. Kontaktem była bardzo miła pani z Gliwic, która postanowiła zaprosić je kiedyś do siebie.
Yvette, Odette i ta trzecia, postanowiły wykorzystać czas w Polsce do maksimum. Wzięły do ręki mapę i wymyśliły, że jednego dnia pojadą rano na wycieczkę do Gdańska, drugiego do Krakowa, obskakując Wieliczkę, trzeciego do Poznania, a czwartego do Warszawy. Oczywiście pociągiem. Panie pamiętały jeszcze czasy parowozów, ale nawet wtedy pociągami we Francji jeździło się szybciej, niż dzisiaj u nas. Na długo przed TGV.
I tu zaczął się problem, bo wytłumaczyć im się nie dało, że do Gdańska i owszem można pojechać, ale jednodniowa wycieczka wraz z dojazdem zajmie dni aż trzy. Do Poznania tam i z powrotem niewiele mniej. Yvette, Odette i ta trzecia mimo zaawansowanego wieku poruszały się szybciej piechotą, ale ze względu na duże odległości z pomysłu zrezygnowały. Wyjechały z Polski z przeświadczeniem, że to ogromny kraj. Dużo większy niż Francja.
Być może jeszcze kiedyś, o ile dożyją, będą miały okazję przejechać się Pendolino. Będzie ciągle wolno, chociaż trochę ładniej. Te nasze zdezelowane pociągi na niewiele się już zdają. Jedyne, co tu może pomóc to konkurencja.
A konkurować chcą m.in. Niemcy. Pamiętam, kiedy jechałem do Zgorzelca z przesiadką we Wrocławiu. Przesiadało się właśnie do kolei niemieckich. Wygodne, czyste i zadbane pociągi. Niewytłuczone jeszcze na polskich torach. Jeśli tak ma to wyglądać – jestem za. Co innego babcia mojej koleżanki. Mówi, że kilkadziesiąt lat temu, już ją niemieckimi kolejami po Polsce wozili i podobno nie wspomina tego najmilej. Ja tam nie wiem dokładnie o co chodzi, ale wydaje mi się, że babcia trochę przesadza.
Mimo wszystko zostanę przy swoim środku lokomocji. Może nie tak wygodnie, może nie tak tanio ale za to przynajmniej zawsze na czas.
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
sobota, 31 sierpnia 2013
piątek, 30 sierpnia 2013
o cyckach Dziewanny
Po zapowiedzi na fanpage'u zadzwoniła do mnie Dziewanna i powiedziała, że jak zobaczy coś w tym burdelu o swoich cyckach to mnie dojedzie. Jako, że nie chcę, by mnie Dziewanna dojeżdżała, to nic o niej nie napiszę. Ale o cyckach będzie na pewno. Wkrótce.
ptasie mleczko
Utyłem. Przybrałem dokładnie 1 kg i 23 deko. I to w ciągu siedmiu dni. Skrupulatnie sprawdzam swoją wagę, żeby wiedzieć czy przelewanie potu na siłowni przekłada się na konkrety. I zazwyczaj tak. Ale nie teraz, nie tym razem. To 1,23 kilograma zbędnego i szkodliwego. A wszystko przez ptasie mleczko.
Wpieprzamy je od tygodnia codziennie. To znaczy ja i Lesiu. Lesiu to mój kolega z pracy. Najlepszy. Bo innych nie mam. Jego szwagier pracuje jako przedstawiciel handlowy w fabryce czekolady i innych łakoci. Więc podrzuca nam to, co się nie sprzedało. A my to zjadamy. Obydwaj jesteśmy z ostatniego przed stanem wojennym, twardego pokolenia i lekko przeterminowane słodycze nam nie szkodzą. Jesteśmy dosyć wybredni, jadamy więc tylko takie, które nie mają białego nalotu.
I tak od tygodnia. No i coś mi się wydaje, że tym razem przesadziliśmy. A już na pewno w poniedziałek, kiedy to każdy z nas zjadł całą zawartość pudełka na łeb. A pudełka były takie ładne. Z bombkami. Więc w bożonarodzeniowych nastrojach, nucąc pod nosem kolędy, zjedliśmy, ba, zeżarliśmy wszystko. Mnie akurat trochę zmuliło. Lesia nie. Gorzej czułem się tylko raz, po kiełbasie, którą dostaliśmy od innego repa, choć ta akurat była dwa dni przed terminem. No chyba, że przemetkowali.
Fakt, faktem, że jesteśmy trochę jak świnie. Ale co tam. Świnki kojarzą się ze skarbonkami, a my na każdym ptasim mleczku oszczędzamy jakieś 12 zeta, w poniedziałek to nawet 24. Więc się nie przejmujemy i czekamy na dostawę lekko przeterminowanych jajeczek wielkanocnych. Choć te, jak pamiętam, w zeszłym roku wcinaliśmy w grudniu.
Wpieprzamy je od tygodnia codziennie. To znaczy ja i Lesiu. Lesiu to mój kolega z pracy. Najlepszy. Bo innych nie mam. Jego szwagier pracuje jako przedstawiciel handlowy w fabryce czekolady i innych łakoci. Więc podrzuca nam to, co się nie sprzedało. A my to zjadamy. Obydwaj jesteśmy z ostatniego przed stanem wojennym, twardego pokolenia i lekko przeterminowane słodycze nam nie szkodzą. Jesteśmy dosyć wybredni, jadamy więc tylko takie, które nie mają białego nalotu.
I tak od tygodnia. No i coś mi się wydaje, że tym razem przesadziliśmy. A już na pewno w poniedziałek, kiedy to każdy z nas zjadł całą zawartość pudełka na łeb. A pudełka były takie ładne. Z bombkami. Więc w bożonarodzeniowych nastrojach, nucąc pod nosem kolędy, zjedliśmy, ba, zeżarliśmy wszystko. Mnie akurat trochę zmuliło. Lesia nie. Gorzej czułem się tylko raz, po kiełbasie, którą dostaliśmy od innego repa, choć ta akurat była dwa dni przed terminem. No chyba, że przemetkowali.
Fakt, faktem, że jesteśmy trochę jak świnie. Ale co tam. Świnki kojarzą się ze skarbonkami, a my na każdym ptasim mleczku oszczędzamy jakieś 12 zeta, w poniedziałek to nawet 24. Więc się nie przejmujemy i czekamy na dostawę lekko przeterminowanych jajeczek wielkanocnych. Choć te, jak pamiętam, w zeszłym roku wcinaliśmy w grudniu.
czwartek, 29 sierpnia 2013
o pielgrzymkach po raz drugi
No i swoim wpisem o pielgrzymkach wsadziłem kij w mrowisko, jak przywołany ksiądz wsadza łapy w majtki ministranta. Przestałem już ogarniać komentarze, wypisywane przez znajomych na facebooku. Słabo znam się na historii, trochę na polityce, nie jestem też synem bogatego cieśli, więc mogę pleść, co mi ślina na język przyniesie.
Jedni bronią religii, jak niepodległości, inni się z nimi kłócą. Komentujący nawiązać zdążyli do zaborów, do polityki, zahaczając o lemingi i słoiki. Do diabła z tym co było przez 123 lata i skończyło się prawie sto lat temu. Dowodów na to nie mam, tamte czasy też niezbyt dobrze pamiętam. Odniosłem się do tego, co tu i teraz. A tu i teraz owce. Całe stada owiec. I o ile w zwykłym stadzie, zwykły baca może bezkarnie wsadzić ch.... w dupę owcy, to duszpasterz już bezkarnie wsadzać młodym ministrantom nie bardzo. Nieważne, czy tylko raz, czy do polowy. Ale jak pokazało życie, prawdziwy katolik ukatrupi lisa buszującego w kurniku, za to pozwoli bezkarnie harcować biskupowi w chłopięcym chórku rodzimej parafii. I nieważne, ze lis chciał się tylko najeść, a biskup pochędożyć.
Można rzucać na mnie klątwę na facebook Messengerze, ale niech powstrzyma się ta, która ma nieczyste sumienie i złamała trzy przykazania z dziesięciu i to za jednym razem. Bo jak się pożąda męża koleżanki, cudzołoży a na koniec kradnie, to wśród katolików uchodzi się za zwykłą dziwkę. Ale ja Cię będę bronił, bo Ty nie jesteś zwykła, tylko katolicka. Każdego tygodnia w kościele.
Można sobie komentować, ale gdy się jest obłudnym, to pozostaje pisanie wiadomości tak, by inni nie widzieli. Bo jeszcze swoje dopowiedzą. I tak to jest z ta dobrocią i uczciwością. I powtórzę po raz kolejny, że są wśród nas dobrzy ludzie, którzy chociażby odpowiedzieli na mój apel na facebooku i bezinteresownie postanowili pomóc komuś, kto znalazł się na życiowym zakręcie. A to powoduje, że ciągle wierzę, ze ludzie dzielą się na ludzi i ludziska a nie na katolików i resztę. Amen
Jedni bronią religii, jak niepodległości, inni się z nimi kłócą. Komentujący nawiązać zdążyli do zaborów, do polityki, zahaczając o lemingi i słoiki. Do diabła z tym co było przez 123 lata i skończyło się prawie sto lat temu. Dowodów na to nie mam, tamte czasy też niezbyt dobrze pamiętam. Odniosłem się do tego, co tu i teraz. A tu i teraz owce. Całe stada owiec. I o ile w zwykłym stadzie, zwykły baca może bezkarnie wsadzić ch.... w dupę owcy, to duszpasterz już bezkarnie wsadzać młodym ministrantom nie bardzo. Nieważne, czy tylko raz, czy do polowy. Ale jak pokazało życie, prawdziwy katolik ukatrupi lisa buszującego w kurniku, za to pozwoli bezkarnie harcować biskupowi w chłopięcym chórku rodzimej parafii. I nieważne, ze lis chciał się tylko najeść, a biskup pochędożyć.
Można rzucać na mnie klątwę na facebook Messengerze, ale niech powstrzyma się ta, która ma nieczyste sumienie i złamała trzy przykazania z dziesięciu i to za jednym razem. Bo jak się pożąda męża koleżanki, cudzołoży a na koniec kradnie, to wśród katolików uchodzi się za zwykłą dziwkę. Ale ja Cię będę bronił, bo Ty nie jesteś zwykła, tylko katolicka. Każdego tygodnia w kościele.
Można sobie komentować, ale gdy się jest obłudnym, to pozostaje pisanie wiadomości tak, by inni nie widzieli. Bo jeszcze swoje dopowiedzą. I tak to jest z ta dobrocią i uczciwością. I powtórzę po raz kolejny, że są wśród nas dobrzy ludzie, którzy chociażby odpowiedzieli na mój apel na facebooku i bezinteresownie postanowili pomóc komuś, kto znalazł się na życiowym zakręcie. A to powoduje, że ciągle wierzę, ze ludzie dzielą się na ludzi i ludziska a nie na katolików i resztę. Amen
o całowaniu się z chłopcami
Pamiętam taką rozmowę na ławce z moją 80-letnią sąsiadką, Panią Zosią.
Ja: Pamiętam, kiedy byłem nastolatkiem, lato było takie piękne a mama zawsze wołała mnie do domu o 22:00. Dziś po latach to doceniam, tę troskę, ale wtedy strasznie się zżymałem.
Pani Zosia: o 22:00?? Rafał. Kiedy ja byłam nastolatką, mama wołała mnie o 19:00. A wiesz. Ja tak bardzo lubiłam ubrać ładną bluzeczkę i pospacerować, żeby się za mną chłopcy oglądali. Ahhh, jak ja to lubiłam. A mama mnie tylko pilnowała i krzyczała z okna, żebym się czasem nie całowała z chłopakami. Bożesz Ty mój. A to było takie przyjemneeee.
Ja: Pamiętam, kiedy byłem nastolatkiem, lato było takie piękne a mama zawsze wołała mnie do domu o 22:00. Dziś po latach to doceniam, tę troskę, ale wtedy strasznie się zżymałem.
Pani Zosia: o 22:00?? Rafał. Kiedy ja byłam nastolatką, mama wołała mnie o 19:00. A wiesz. Ja tak bardzo lubiłam ubrać ładną bluzeczkę i pospacerować, żeby się za mną chłopcy oglądali. Ahhh, jak ja to lubiłam. A mama mnie tylko pilnowała i krzyczała z okna, żebym się czasem nie całowała z chłopakami. Bożesz Ty mój. A to było takie przyjemneeee.
środa, 28 sierpnia 2013
rodzina Państwa M.
Rodzina Państwa M. była bardzo porządna. Państwo M. kulturalni, spokojni, z życzliwymi uśmiechami na twarzach, wraz z trójką zadbanych, rumianych, dobrze wychowanych dzieci zajmowali mieszkanie na czwartym piętrze naszego bloku. Dokładnie naprzeciwko nas. Nas, czyli hołoty. Moi rodzice wprawdzie byli również kulturalni, spokojni i życzliwi dla innych, ale my, ich dzieci, jakby jakieś inne, podmienione. Głośne, rozbiegane, tłukące się między sobą o byle co, a najczęściej o nic. Dlatego nie byliśmy dobrym towarzystwem dla dzieci Państwa M.
Te zadbane dzieci były od nas nieco starsze. Hanka, starsza ode mnie o 3 lata, Marylka o 7 i Grześ o jakieś 500. Dziewczynki chodziły po domu w kolorowych fartuszkach, z eleganckimi warkoczami, związanymi kolorowymi kokardami. Grześ w eleganckim sweterku. W mieszkaniu Państwa M. zawsze panowała cisza, w powietrzu unosił się cudowny zapach perfum, na bordowej wykładzinie w przedpokoju nigdy nie było ani pyłka. Każda rzecz miała w tym idealnym świecie swoje miejsce. Niczego nie wolno było dotykać. Zasada ta dotyczyła domowników, a szczególnie gości. U Państwa M. należało być powściągliwym, nie rozmawiać za głośno i siedzieć ze złączonymi kolanami i wyprostowanymi plecami. Powściągliwi, pod każdym względem, byli również Państwo M. Inny świat. Nie to co u nas.
U nas to był burdel. W przedpokoju zawsze walały się buciory, plecaki i inne graty, o które wywracała się nasza Mama wracając z pracy. Mama jakoś bardzo powściągliwa nie była, więc darła się od drzwi wniebogłosy. Tymi krzykami jednak nikt się nie przejmował. A może nie słyszał. Ja, leżący na kanapie do góry nogami, ze słuchawkami na uszach i książką w łapie, moja siostra goniąca brata po całym mieszkaniu, z rurą od odkurzacza, którą go okładała. On dla odmiany lał ją kijem od miotły. Jednym słowem Sajgon. Krzyków nikt nie słyszał. Po małej jatce na dobre popołudnie mieszkanie było ogarnięte, lekcje odrobione, a w powietrzu unosił się zapach obiadu. Wieczory spędzaliśmy wspólnie, czytając na głos albo oglądając bajki wyświetlane z rzutnika, na prześcieradle rozwieszonym na ścianie.
W tym chaosie dobrze czuła się Hanka. Często przychodziła do nas, żeby się pobawić. Dygała na dzień dobry przed moją Mamą i drzwi do dziecięcego raju stawały przed nią otworem. Hanka zresztą zawsze pięknie dygała, jak na dziewczynkę z dobrego domu przystało. W Hance, kiedy tylko przekraczała próg naszego domu, budził się demon. Poukładana na codzień, u nas rozrabiała bardziej niż nasza razem wzięta trójka, często sprowadzając na nas kłopoty. To z jej inicjatywy były bitwy na poduszki, skakanie po stołach, pieczątki na lodówce i huśtanie lampą. Gdy mieszkanie było już doszczętnie zrujnowane, Hanka znikała dygając na do widzenia. A w tym była dobra. Wiele lat później dygnęła zresztą jednego Andrzeja, zachodząc z nim w nieplanowaną ciążę.
O losach Marylki nic nie wiadomo od czasów, gdy wkręciła się w złe towarzystwo i przed blokiem doszło do awantury z użyciem broni, pomiędzy jej dwoma kochankami. Pani M. uciekła potajemnie od Pana M., gdy ten zwariował, zaczął chlać i po pijaku chciał wysadzić w powietrze całą kamienicę. Po policyjnej akcji po czyściutkim mieszkaniu nie pozostał żaden ślad, podobnie, jak po porządnej rodzinie.
Te zadbane dzieci były od nas nieco starsze. Hanka, starsza ode mnie o 3 lata, Marylka o 7 i Grześ o jakieś 500. Dziewczynki chodziły po domu w kolorowych fartuszkach, z eleganckimi warkoczami, związanymi kolorowymi kokardami. Grześ w eleganckim sweterku. W mieszkaniu Państwa M. zawsze panowała cisza, w powietrzu unosił się cudowny zapach perfum, na bordowej wykładzinie w przedpokoju nigdy nie było ani pyłka. Każda rzecz miała w tym idealnym świecie swoje miejsce. Niczego nie wolno było dotykać. Zasada ta dotyczyła domowników, a szczególnie gości. U Państwa M. należało być powściągliwym, nie rozmawiać za głośno i siedzieć ze złączonymi kolanami i wyprostowanymi plecami. Powściągliwi, pod każdym względem, byli również Państwo M. Inny świat. Nie to co u nas.
U nas to był burdel. W przedpokoju zawsze walały się buciory, plecaki i inne graty, o które wywracała się nasza Mama wracając z pracy. Mama jakoś bardzo powściągliwa nie była, więc darła się od drzwi wniebogłosy. Tymi krzykami jednak nikt się nie przejmował. A może nie słyszał. Ja, leżący na kanapie do góry nogami, ze słuchawkami na uszach i książką w łapie, moja siostra goniąca brata po całym mieszkaniu, z rurą od odkurzacza, którą go okładała. On dla odmiany lał ją kijem od miotły. Jednym słowem Sajgon. Krzyków nikt nie słyszał. Po małej jatce na dobre popołudnie mieszkanie było ogarnięte, lekcje odrobione, a w powietrzu unosił się zapach obiadu. Wieczory spędzaliśmy wspólnie, czytając na głos albo oglądając bajki wyświetlane z rzutnika, na prześcieradle rozwieszonym na ścianie.
W tym chaosie dobrze czuła się Hanka. Często przychodziła do nas, żeby się pobawić. Dygała na dzień dobry przed moją Mamą i drzwi do dziecięcego raju stawały przed nią otworem. Hanka zresztą zawsze pięknie dygała, jak na dziewczynkę z dobrego domu przystało. W Hance, kiedy tylko przekraczała próg naszego domu, budził się demon. Poukładana na codzień, u nas rozrabiała bardziej niż nasza razem wzięta trójka, często sprowadzając na nas kłopoty. To z jej inicjatywy były bitwy na poduszki, skakanie po stołach, pieczątki na lodówce i huśtanie lampą. Gdy mieszkanie było już doszczętnie zrujnowane, Hanka znikała dygając na do widzenia. A w tym była dobra. Wiele lat później dygnęła zresztą jednego Andrzeja, zachodząc z nim w nieplanowaną ciążę.
O losach Marylki nic nie wiadomo od czasów, gdy wkręciła się w złe towarzystwo i przed blokiem doszło do awantury z użyciem broni, pomiędzy jej dwoma kochankami. Pani M. uciekła potajemnie od Pana M., gdy ten zwariował, zaczął chlać i po pijaku chciał wysadzić w powietrze całą kamienicę. Po policyjnej akcji po czyściutkim mieszkaniu nie pozostał żaden ślad, podobnie, jak po porządnej rodzinie.
wtorek, 27 sierpnia 2013
what a pech
Nowina miał w życiu strasznego pecha. Chłop był z niego fajny, wszystkich rozbrajał swoim perlistym śmiechem. Co nie zmienia faktu, że przebywanie w jego towarzystwie groziło niebezpieczeństwem. Zabawy w dzieciństwie mieliśmy różne. Chłopaki były z nas pomysłowe. Kiedy wszyscy, jeden po drugim, wspinaliśmy się po piorunochronie na dach łącznika pobliskiej szkoły, Nowina, jako ostatni, odpadł razem z piorunochronem, będąc dokładnie w połowie drogi między parterem a pierwszym piętrem. Na szczęście dla niego, na nieszczęście dla nas, bo odpadając odciął nam jedyną drogę ucieczki. Gdy kradliśmy czereśnie u pana T., wprost z dachu jego garażu, na widok zbliżającego się sąsiada, wszyscy zeskakiwali w popłochu, przeskakując przez podwyższone ogrodzenie. On jedyny zahaczył stopami o siatkę, obrócił się w powietrzu o 90 stopni i opadł pozycją poziomą w dół, waląc całą powierzchnią swojego wątłego ciała w ubitą ziemię, bo kolega ledwo zdążył odskoczyć. Przy tym wszystkim sytuacja, gdy bawiliśmy się koktajlami Mołotowa i butelka Nowiny po odpaleniu wyśliznęła mu się z rąk rozbryzgując na nasze nogi , była już naprawdę drobną igraszką. Nie muszę mówić, co działo się dalej…
Równie pechowa była Renia. Pracowałem z nią przez dwa lata w jednej firmie. No może przez rok, gdyby odliczyć jej absencje chorobowe. A wszystko przez tego cholernego pecha. Pewnego dnia, gdy figlowała z mężem na wersalce, pechowo uderzyła głową w drewniane oparcie, doznając wstrząśnienia mózgu. Zresztą ich gry wstępne często kończyły się podobnie. Bo innym razem, kiedy gonili się po schodach do sypialni, Renia połamała nogi. Gdy patyczkiem, czyściła sobie ucho i schylając się w łazience po kolejny patyczek, który upadł, straciła równowagę i waląc w umywalkę przebiła sobie bębenek, sądziłem, że nic jej gorszego się już nie przydarzy. A jednak.
Nasza firma wynajmowała pomieszczenia w starym biurowcu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zakaz palenia nie był taki restrykcyjny. Paliło się w kiblach. Zamykało się w kabince i można było puścić dymka. Robili tak wszyscy. To znaczy wszyscy palacze. Robiła tak i Renia. Pewnego razu, gdy postanowiła zrobić sobie przerwę, poszła do kabinki i trzasnęła drzwiami zbyt mocno. Ocknęła się po chwili, leżąc na podłodze wśród pyłu i gruzu, który odpadł z sufitu. Wtedy też po raz pierwszy pomyślała, ze palenie jednak może zabijać. Nie wiem, czy rzuciła, bo w obawie, by jej pech nie przeszedł na mnie, postanowiłem się zwolnić.
Pechowcy są wśród nas. Nie wiem, kto z nich miał większy niefart. Renia w każdym razie przynajmniej jeszcze żyje.
Równie pechowa była Renia. Pracowałem z nią przez dwa lata w jednej firmie. No może przez rok, gdyby odliczyć jej absencje chorobowe. A wszystko przez tego cholernego pecha. Pewnego dnia, gdy figlowała z mężem na wersalce, pechowo uderzyła głową w drewniane oparcie, doznając wstrząśnienia mózgu. Zresztą ich gry wstępne często kończyły się podobnie. Bo innym razem, kiedy gonili się po schodach do sypialni, Renia połamała nogi. Gdy patyczkiem, czyściła sobie ucho i schylając się w łazience po kolejny patyczek, który upadł, straciła równowagę i waląc w umywalkę przebiła sobie bębenek, sądziłem, że nic jej gorszego się już nie przydarzy. A jednak.
Nasza firma wynajmowała pomieszczenia w starym biurowcu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zakaz palenia nie był taki restrykcyjny. Paliło się w kiblach. Zamykało się w kabince i można było puścić dymka. Robili tak wszyscy. To znaczy wszyscy palacze. Robiła tak i Renia. Pewnego razu, gdy postanowiła zrobić sobie przerwę, poszła do kabinki i trzasnęła drzwiami zbyt mocno. Ocknęła się po chwili, leżąc na podłodze wśród pyłu i gruzu, który odpadł z sufitu. Wtedy też po raz pierwszy pomyślała, ze palenie jednak może zabijać. Nie wiem, czy rzuciła, bo w obawie, by jej pech nie przeszedł na mnie, postanowiłem się zwolnić.
Pechowcy są wśród nas. Nie wiem, kto z nich miał większy niefart. Renia w każdym razie przynajmniej jeszcze żyje.
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
sado-maso
Jakiś czas temu, zupełnie niedawno, niesamowite triumfy święcił Grey. „50 twarzy Greya”, „Ciemniejsza strona Greya” czy „Nowe oblicza Greya”. Gdziekolwiek się człowiek nie ruszył, każdy o tym mówił, każdy to czytał albo przeczytać zamierzał. Zafascynowane były tym wszystkie koleżanki z pracy. Wklepujące dane do komputera księgowe, analityczki, telekonsultantki, marketerki, sekretarki, na co dzień powściągliwe, dostawały wypieków, wymieniając się wrażeniami z kolejnych rozdziałów, przy kawie w firmowej kuchni. Nie pamiętam, żeby kiedyś wcześniej jakaś książka odbiła się takim echem. W narodzie, w którym regularnie czyta jakieś 10% procent ludzi, czytać zaczął co drugi. Zresztą ja sam postanowiłem się z tym zmierzyć. I nie chodzi wcale o to, że podnieca mnie jakiś tam wyuzdany sex, czy inne świństwa ;) Chciałem w końcu wiedzieć, o czym mówią inni.
Przez dwa dni brnąłem przez tego gniota i jak się spodziewałem, nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Może to kwestia topornego tłumaczenia. Może życiowe doświadczenia. No bo w końcu z niejednego pieca chleb się jadło.
Odkąd pamiętam, zabawiali się też tak moi sąsiedzi. Albo jeszcze lepiej. Mieszkałem wtedy w podrzędnej oficynie, podrzędnej kamienicy tuż na obrzeżach ścisłego centrum miasta. Nie raz i nie dwa słyszałem zbiegającą po schodach sąsiadkę a tuż za nią sąsiada z okrzykiem „ja cię k…o zabiję”. Łatwo przewidzieć, że do zabójstwa nigdy nie doszło, dziś już wiem też, że awantura była udawana. Taka gra wstępna do niestandardowych łóżkowych zabaw. Sąsiedzi zresztą w sypialni byli bardzo głośni. Przez drewniane stropy starej kamienicy, dźwięki niosły się niesamowicie. Skrzypiał strop, skrzypiało łóżko, jęczała sąsiadka. Jej jęki były tak intensywne, że często, gdy było już po wszystkim i ja musiałem sięgnąć po papierosa.
Nie namawiam mężów do gonienia żon z nożami nago po klatce schodowej. Ani żon do gonienia mężów. Bo jeśli nie mieszka się w podrzędnej oficynie podrzędnej kamienicy, to gra wstępna może zakończyć się na komisariacie, nim na dobre akcja zdąży się rozkręcić. Ale gdyby tak wszyscy ze sobą więcej rozmawiali i opowiadali o swoich fantazjach, takie gnioty jak Grey, tkwiłyby dalej zakurzone na półkach księgarni, a statystyki czytelnictwa w Polsce nie uległyby zafałszowaniu. Tylko o czym rozmawiałyby w pracy przy kawie księgowe, sekretarki, marketerki?
Przez dwa dni brnąłem przez tego gniota i jak się spodziewałem, nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Może to kwestia topornego tłumaczenia. Może życiowe doświadczenia. No bo w końcu z niejednego pieca chleb się jadło.
Odkąd pamiętam, zabawiali się też tak moi sąsiedzi. Albo jeszcze lepiej. Mieszkałem wtedy w podrzędnej oficynie, podrzędnej kamienicy tuż na obrzeżach ścisłego centrum miasta. Nie raz i nie dwa słyszałem zbiegającą po schodach sąsiadkę a tuż za nią sąsiada z okrzykiem „ja cię k…o zabiję”. Łatwo przewidzieć, że do zabójstwa nigdy nie doszło, dziś już wiem też, że awantura była udawana. Taka gra wstępna do niestandardowych łóżkowych zabaw. Sąsiedzi zresztą w sypialni byli bardzo głośni. Przez drewniane stropy starej kamienicy, dźwięki niosły się niesamowicie. Skrzypiał strop, skrzypiało łóżko, jęczała sąsiadka. Jej jęki były tak intensywne, że często, gdy było już po wszystkim i ja musiałem sięgnąć po papierosa.
Nie namawiam mężów do gonienia żon z nożami nago po klatce schodowej. Ani żon do gonienia mężów. Bo jeśli nie mieszka się w podrzędnej oficynie podrzędnej kamienicy, to gra wstępna może zakończyć się na komisariacie, nim na dobre akcja zdąży się rozkręcić. Ale gdyby tak wszyscy ze sobą więcej rozmawiali i opowiadali o swoich fantazjach, takie gnioty jak Grey, tkwiłyby dalej zakurzone na półkach księgarni, a statystyki czytelnictwa w Polsce nie uległyby zafałszowaniu. Tylko o czym rozmawiałyby w pracy przy kawie księgowe, sekretarki, marketerki?
Żaneta
- uważam, że jesteś najbardziej prostolinijną osobą, jaką kiedykolwiek poznałem.
- a więc masz mnie za wieśniarę, taaaak?
- a więc masz mnie za wieśniarę, taaaak?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




