poniedziałek, 29 września 2014

ile za numerek?

Patrzył na nią ukradkiem, każdego dnia, idąc do pracy. Zazwyczaj maszerował szybkim, zdecydowanym krokiem, ale gdy zbliżał się do miejsca, w którym stała, zwalniał nieco, prostował się, wciągał brzuch i zerkał na nią dyskretnie, sycąc się tym pięknym widokiem na resztę dnia. Stała zawsze na tym samym rogu, tuż przy wejściu do Urzędu Miasta. Posągowa piękność. Od kolegów z pracy wiedział, że ma na imię Swietłana. Paru z nich skorzystało już z jej usług. Skorzystała też nawet jedna koleżanka.

Swietłana była taka młoda, taka atrakcyjna. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio widział taką piękność. Przez te wszystkie lata małżeństwa nie zwracał uwagi na inne kobiety, ale od kilku miesięcy, od kiedy jego żona przeniosła się na stałe do drugiego pokoju, czuł, że czegoś mu brak. Od dawna im się nie układało. Dlatego też przyglądał się innym. A właściwie tylko jednej. Swietłanie. Uważał wprawdzie, że jej makijaż był zbyt wyzywający, a i ubierała się nieco ekstrawagancko. Ale nie wyglądała ani zbyt wulgarnie, ani tandetnie, czy tanio. Wyglądała śmiało. A on miał kompleksy i był ciut wstydliwy.

Pewnego ranka podszedł do niej i zapytał niepewnie.
- ile za numerek?
- standardowo. Sto pięćdziesiąt.
Westchnął ciężko, sięgnął do portfela i wręczył jej odliczone banknoty.

Ten system kolejkowy z numerkami był do dupy, ale nie miał wyjścia ani czasu, a dziś już w końcu musiał zarejestrować samochód.

środa, 24 września 2014

nimfomanka

Kiedy zaczęły krążyć plotki o tym, że Eliza zostanie powołana na Rzeczniczkę do spraw równego traktowania kobiet, panią Anielę zaczęła rozpierać prawdziwa duma. Sama wychowywała córkę, harowała na dwa etaty, żeby zapewnić jej dodatkowe zajęcia, a później wspierać ją, gdy wyjechała na studia do miasta. To znaczy do wielkiego miasta, bo same też mieszkały w mieście, ale w trochę mniejszym. Takim pięciotysięcznym. Czyli w pipidówie.

Wieść szybko rozeszła się po miasteczku, po popołudniowym wydaniu „Panoramy” na Dwójce. Pani Aniela chodziła po rynku dumna jak paw. Wszyscy, wszędzie, na każdym straganie opowiadali o tym wielkim wydarzeniu. Poza księdzem Janem, tym od Hetmańczyków, którego wzięli na proboszcza do Sandomierza, nikt więcej kariery w mieście nie zrobił. Ludzi rozpierała duma. A najbardziej panią Anielę.
- to moja córka – mówiła – jest po psychologii i jest nimfomanką.
Ludzie kiwali głowami z podziwem, trochę pani Anieli zazdroszcząc. Nie wiedzieli wprawdzie co to jest ta nimfomanka, ale jak mówili o niej w telewizji, to musiała być to całkiem niezła fucha.

Następnego dnia pisały o tym wszystkie gazety. Pani Aniela kupowała je wszystkie i w dwóch egzemplarzach.
- to moja Eliza. Jest nimfomanką, skończyła psychologię.
- patrz pani – skwitowała kioskarka – jakich to różnych rzeczy tera na tych studiach uczo.

Kiedy w miasteczku pojawili się dziennikarze z różnych telewizji i gazet, mieszkańcy ochoczo z nimi rozmawiali. Nagle każdy pamiętał Elizę z dzieciństwa. To u kogoś kupowała co rano świeże pieczywo, to ktoś jej kiedyś pomógł naprawić rower.
- to nasza Eliza – mówili – Zawsze zdolna była. No i patrz pan, panie. Nimfomanka.

Kiedy Elizę z hukiem wylali po dwóch tygodniach piastowania stanowiska, w miasteczku zawrzało. Zawrzało też w ministerstwie. Wstawiły się za nią wszystkie koleżanki z którymi działała. Przez ostatnie lata, jako feministka.



wtorek, 23 września 2014

fakya bro

część I tu <click>

część II tu <click>


Samantha. Tak miała na imię prawdziwa matka Malika. Właściwie to Iwona, ale prosiła wszystkich kumpli z dzielni, żeby nazywali ją Samanthą. Przez h w środku, bo czuła się bardziej sexy. To w jej opinii, bo generalnie sprawiała wrażenie taniej lafiryndy. A zresztą nie tylko sprawiała. Samantha zaczęła urzędować z chłopakami dosyć wcześnie. To znaczy, jak na standardy dzielnicy, w której mieszkała to dosyć późno. Miała 14 lat i wszystkie koleżanki z niej się śmiały, że jest żelazną dziewicą. W pierwszej klasie gastronomika pocałowała się z Grześkiem, później z Waldkiem, kiedyś znowu z Grześkiem, a na końcu wylądowała na wersalce Jacka, kumpla z klatki obok, gdy akurat starzy poszli do roboty. Gdy się okazało, że jest w ciąży, tak naprawdę nie wiedziała do kogo się zwrócić. Z Grześkiem całowała się wprawdzie dwa razy, ale z Waldkiem za to z języczkiem. Podejrzenia padały też na Jacka.

Kiedy Samantha urodziła dziecko, postanowiła podrzucić je na klatkę starej kamienicy dwa osiedla dalej. Kamienicy, w której mieszkali państwo Zuanzi. I kiedy pani Zuanzi schodziła późnym wieczorem, żeby wynieść śmieci, potknęła się o małe zawiniątko na ciemnej klatce schodowej.
- Hamuka te – syknęła pani Zuanzi, co w wolnym tłumaczeniu brzmiało: ku*wa mać. 
W tym samym momencie zawiniątko się poruszyło i zaczęło płakać. Pani Zuanzi ze zdumieniem spojrzała na noworodka i po naradzeniu się z mężem, postanowiła przygarnąć maleństwo i wychowywać jak swoje, pilnie strzegąc tej tajemnicy przed Rysiem, bo takie imię widniało na karteczce, przyczepionej do znoszonego becika. I nazwisko. Malik. Choć nikt nie miał pewności, że ono jest prawdziwe.

Żal nam do cholery było tego Malika. Znaliśmy się tyle lat i tyle wspólnie przeżyliśmy. Każdemu z nas kroiło się serce, jak patrzył na jego cierpienie. A on to zaczął wykorzystywać. W ogóle to stał się jakiś agresywny i nazywał nas nie inaczej, jak pieprzonymi białasami. To znaczy wszystkich prawie, poza Miriamem. Miriam dalej tkwił w tym całym „szoku” i co spotykał Malika, to zawsze powtarzał:
- stary. No ku*wa uwierzyć nie mogę. Ciągle to do mnie nie dociera. Szok. Dla mnie zawsze będziesz czarny.
- dzięki Miriam. Na Ciebie zawsze mogłem liczyć.
- jesteś czarny jak smoła. No patrz, jak tyle lat można było się mylić. Szok.
- No. Widzisz.
- dla mnie jesteś czarny, jak węgiel w kopalni. No szok. Po prostu szok.
- zajebioza.
Miriam nadużywał słowa szok i prawdę mówiąc przeginał pałę. Przez całe lata brał udział w spisku, udając, że wierzy w to, że Malik jest czarny, a teraz robił wszystko, żeby się wybielić. Wkurzaliśmy się z chłopakami trochę, pamiętając jeszcze, jaką awanturę Malik zrobił Mireczkowi, gdy ten dal mu kanapkę akurat z białym serkiem. Przysłuchiwaliśmy się temu dialogowi wkurzeni.
- no Malik… między nami nic się nie zmieniło – powiedział Miriam. – Będę kochał cię, jak brata. Dla mnie jesteś czarny, bro. 
Jak już powiedział do Malika bro, to Isiowi puściły nerwy.
- Malik. Wszyscy wiedzieliśmy, że jesteś biały. I to od czasu szkoły średniej. Miriam też wiedział.
Malik zaskoczony spojrzał na Miriama, Miriam zaskoczony spojrzał na Isia, a Isiu pokazał mu faka,
- fakya bro – dorzucił.
- Nieprawda. Malik. On łże. Dla mnie jesteś czarny jak smoła, jak sadza, jak ziemia do kwiatków, jak, jak, jak… eeee
- jak co? – zapytał Malik.
- jak ciemna dupa – szepnął do ucha Miriama Mireczek.
- jak ciemna dupa – powtórzył bezmyślnie Miriam, po czym zanim się zorientował, leżał na ziemi z krwawiącym nosem.
- i nie mów do mnie nigdy więcej bro. Pieprzony białasie.

poniedziałek, 22 września 2014

black or white

część I tu <click>

Prawda dla Malika okazała się brutalna. Ostatecznie wylotka z pracy była mniejszym złem, niż to, co się okazało w trakcie tego całego cyrku. Malik łatwo nie odpuszczał i pozwał korpo wraz z Reginą o nękanie na tle rasowym. My też długo, mając w pamięci obietnicę, jaką złożyliśmy państwu Zuanzi, chcieliśmy go chronić, zeznając w sądzie, że on naprawdę jest czarny i przez całe życie był prześladowany. Regina na każdej rozprawie, przecierała ze zdumienia oczy, nie wiedząc już sama, czy nie będzie musiała dołożyć znów dioptrii. Ostatecznie za składanie fałszywych zeznań każdy z nas dostał po sześć miesięcy. W zawieszeniu. Na dwa lata.

Nie było sensu dłużej tego ciągnąć. Nasza wieloletnia męska przyjaźń zawsze kazała nam się wspierać. W najtrudniejszych chwilach. Ale Malik miał już dwadzieścia siedem lat i najwyższy czas, by poznał prawdę. Choć zawsze gdzieś tam w głębi serca wiedział, że jest inny, ale nigdy nie dopuszczał tej myśli do swej świadomości. Dopiero dziś, wychodząc z sądu spojrzał na rodziców i w końcu zrozumiał. Był inni niż oni. Był grubszy. I wyższy. Był rudy i biały.

My z chłopakami ustaliliśmy, że najlepszym sposobem będzie rżnięcie głupa. I gdy się spotkaliśmy następnym razem na piwie, Malik zaczął cicho:
- chłopaki. Muszę wam coś powiedzieć. Jestem adoptowany.
Zapadła chwila milczenia.
- No i jestem biały.
I gdy każdy z nas przybrał zdziwioną minę, odezwał się Miriam:
- o ku*wa. Szok. Malik, co ty pieprzysz? Normalnie szok. Nie mogę w to uwierzyć – i teatralnym gestem złapał się za głowę, wstając od stolika i chodząc po knajpie.
- Ja pie*dolę. Czegoś takiego się nie spodziewałem. No dla mnie szok. Szok, szok, szok.
My patrzyliśmy na siebie, potem na Malika i w końcu na Miriam. Wprawdzie umówiliśmy się, że będziemy udawać zdziwienie, ale Miriam, do cholery, popłynął.

Trzeba było robić dobrą minę do złej gry. To udawanie tak nam wyszło, że Malik w końcu uwierzył, że my też zostaliśmy przez państwa Zuanzi perfidnie oszukani. No trochę głupia sprawa, bo to byli fajni i poczciwi ludzie, ale czego nie robi się dla przyjaciół. Przestaliśmy ich odwiedzać. Przynajmniej nie wtedy, gdy był u nich Malik. A chodził tam po to, bo chciał się dowiedzieć czegoś o swej matce.

część III tu <click>

piątek, 19 września 2014

jestem gejem

- jestem gejem i jestem Żydem – powiedział Malik, gdy w ostatni piątek miesiąca, chwilę przed szesnastą, do jego boksu podeszła szefowa i Regina z HR-ów, trzymająca w ręce jakieś formularze – i w dodatku jestem czarny – dorzucił po chwili.

Mirella z Reginą zgłupiały, spojrzały na siebie, po czym ta druga zbliżyła swoją twarz do twarzy Malika i mrużąc oczy oraz nos zaczęła przyglądać mu się badawczo. Z bliska jej twarz była jeszcze większa, nos bardziej spiczasty, a oczy ściągnięte w wąskie kreski, przez szkła okularów wyglądały jeszcze groźniej. Ściągnęła je z nosa, znów je założyła, ściągnęła raz jeszcze, chuchnęła, wytarła, założyła znowu i tak się patrzyła jakieś dziesięć minut, przekrzywiając głowę raz w prawo, raz w lewo.

Regina miała dwadzieścia pięć dioptrii. W sumie. Ale to wystarczająco dużo, żeby całkiem zgłupieć. Widziała Malika po raz pierwszy w życiu, do dziś był dla niej jedynie symbolem pracowniczym R sześćdziesiąt trzy trzy pięć dwa coś tam.
- przestań się wygłupiać, to poważna sprawa – syknęła Mirella.
- właśnie. Głupie żarty – dodała Regina.
Choć widziała Malika pierwszy raz na oczy, miała już formułkę, z jaką go pożegna, prosząc przy okazji, by w trzydzieści minut spakował swe graty. Działała w tej branży ze dwadzieścia latek, procedując zawsze utartym schematem. A tu taka niespodzianka. Jakiś k… peszek, w piątek przed weekendem.

Kiedy po szesnastej wszyscy wychodzili, klepali go w plecy, gratulując odwagi i poczucia humoru. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziano Reginy z taką głupią miną. Wszyscy się uśmiechali, wracając do domu w radosnych nastrojach. Malik nie rozumiał, co myśleli inni, mówiąc o odwadze i poczuciu humoru. Zresztą był przyzwyczajony. Za każdym razem, kiedy tylko mówił, że jest czarny, wszyscy dookoła pukali się w głowę. Tłumaczył sobie, że jako czarny nie może liczyć na współczucie, ani zrozumienie w kraju białych ludzi. Prawda była taka, że czarna była matka i czarny był ojciec, a Malik był biały. I w dodatku rudy. Był adoptowany. Państwo Zuanzi trzymali to jednak w wielkiej tajemnicy. To znaczy my, ja, Gołąb, Isiu, Miriam i Mireczek wiedzieliśmy od dawna, ale państwo Zuanzi raz nas poprosili, żebyśmy przed Rysiem się nie wygadali. Przez tyle lat przyjaźni trzymaliśmy to wszystko w wielkiej tajemnicy. Ale dzisiaj nadszedł dzień, w którym wyjaśnić trzeba było wszystkie wątpliwości.

część II tu <click>

poniedziałek, 21 lipca 2014

fuck out loud

część I tu....


3 lipca

Jest jazda. Dzisiaj kolo z klatki numer 14 przyprowadził sobie nową. Szedł z nią z parkingu w stronę domu, prężąc się dumnie,  taszcząc w ręce butelczynę wina i jakieś przekąski. Z doświadczenia można by powiedzieć, że do widowiska (a raczej słuchowiska) dojdzie za godzinę. Sława kolesia sięga już dwie klatki na lewo i dwie klatki na prawo. I na tyle samo klatek w bloku naprzeciwko. Ci z balkonu w klatce numer 12 jak zwykle są zdziwieni. Ta, co mieszka pod kolesiem, coraz bardziej nerwowo pali papierosy. Sąsiedzi z klatek obok wylegli na balkony, sadowiąc się wygodnie. Jakiś kolo z klatki numer 16 zaczął rozpalać na balkonie grilla. Mili, starsi państwo, z klatki numer 10, zaprosili nawet do siebie znajomych. Pani z parteru zaczęła przesadzać kwiatki, choć robiła to zaledwie dwa tygodnie temu. Jest moc. Jest też jazda. A ona krzyczy.

5 lipca

Kolo ma już stałe grono słuchaczy. Gdy tylko sprowadza do domu jakąś nową laskę, wieść o tym roznosi się pocztą pantoflową i w ciągu kilku minut wszyscy sąsiedzi są już na balkonach. Oraz ich znajomi. Bo za każdym razem słuchaczy przybywa. Bywa niebezpiecznie. Jak ostatnio, gdy ci z dołu odpadli z barierką. Było bardzo tłoczno, ci się wychylali, barierka puściła, no i wylecieli. Całe szczęście dla nich, że mieszkanie było na niskim parterze.

Napięcie między sąsiadami wzrasta. I to bynajmniej nie między NIM a resztą, a raczej wśród reszty między sobą. Sąsiadki patrzą na nowego rozmarzonym wzrokiem, sąsiedzi albo nienawidzą, albo ignorują. Się dzieje.

Na przykład ta, nerwowo paląca papierosy, uchyliła ostatnio drzwi balkonowe i zawołała męża. Coś tam do niego mówiła, żywo gestykulując, on wyszedł na balkon, posłuchał chwilę, po czym machnął ręką, nadął usta, zrobił pfff i wrócił do środka.

Sąsiad robiący na balkonie grilla, podając ostatnio żonie sporej wielkości kiełbaskę, usłyszał kąśliwe: ehh, pomarzyć można.

No i ci z balkonu w klatce numer 12 jacyś tacy inni. On ciągle jest zdziwiony, a ona wsłuchując się w odgłosy rzuciła pod nosem:
-oj Krystian, Krystian. Żebyś ty tylko jajka gotował minutę…

niedziela, 20 lipca 2014

#niezlagratkaglosnyorgazmmasasiadka


17 czerwca.

A więc tak. Jest kilka możliwości. Albo ten z klatki numer 14 ma nową lafiryndę, albo ta z klatki numer 14 ma nowego gacha, albo wprowadzili się tam zupełnie nowi sąsiedzi. Ewentualnie viagra jest tak dobra, jak to o niej mówią. W każdym razie nowym serdecznie gratulujemy. To pierwszy taki głośny orgazm na naszym osiedlu, a mieszkamy tu już jedenaście lat.

23 czerwca

Leje deszcz i dzwoni o dachy i parapety, a ja siedzę na kanapie i słyszę ją głośno i wyraźnie. Wychodzę na balkon na papierosa. Nasłuchuję lecz nic mnie już nie zdziwi. Na zdziwionych wyglądają za to ci z balkonu, w klatce numer 12.

27 czerwca

Jest niemiłosierny upał, wszystkie okna pootwierane. Mimo późnej pory sąsiedzi wysiadują na balkonach. Poza tymi z klatki numer 14. Ci jadą. I to jak zwykle głośno. Po głosie rozpoznaję, że ten koleś to jest tam na stałe. Za to po tonacji wnoszę, że laska jest nowa. Chociaż równie głośna. I na dodatek głupia. Sąsiedzi z balkonu w klatce numer 12 też tak chyba myślą. I wyglądają, jak zwykle, na zdziwionych. W każdym razie wiemy już, że laska ma lordozę, że może wychlać dwanaście browców i że kobiety nie puszczają bąków, tylko delikatnie wypuszczają powietrze. Ani ja, ani ci z balkonu w klatce numer 12 nie wiemy jeszcze, czy zdarzyło jej się przed, czy po, czy w trakcie. Kolo zaczyna ziewać. Równie głośno, jak ta przed chwilą jęczała. Chyba też uważa, że ona jest głupia.

28 czerwca

Policzyłem, że 12 browców x 3,99 zeta + orzeszki za 6,99 to i tak mu się opłaca. Bo za 50 zeta, można mieć jedynie loda. Chociaż może jak się zrobił sławny, to te browce laski same sobie przynoszą?

30 czerwca

Ten jedzie, ta krzyczy, ci z balkonu w klatce numer 12, wyglądają, jak zwykle, na zdziwionych. Ta z mieszkania pod nimi stoi na balkonie i nerwowo pali papierosa. Jest nieźle. A to dopiero początek lata.

część II tu... <click>

piątek, 18 lipca 2014

bo kochałem go i wciąż za nim tęsknię


To było moje prawdziwe, wielkie, o ile nie największe, młodzieńcze zauroczenie. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, a on był ode mnie zaledwie trzy lata młodszy. Był Niemcem. Z dziada pradziada. Pamiętam, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. W internecie. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia, jeżeli można tak powiedzieć o kimś, kogo nigdy wcześniej na własne oczy się nie widziało. Ale wiedziałem, że to ten, jedyny i że jest mi przeznaczony. Pragnąłem jak diabli, jak nigdy wcześniej, jak słońca, jak wody, jak tlenu. Dzieliła nas granica i kilkaset kilometrów, ale cóż to znaczyło w obliczu wielkiej miłości. Mojej do niego. Bo czy jego, to nie wiem.

Zaburzył mój spokój na długo, myślałem o nim ciągle, kładłem się spać z myślą o nim. Śniłem o nim i budziłem się rano, myśląc kiedy w końcu go zobaczę. I pamiętam ten dzień, jak dziś. Majowy, ciepły, słoneczny. A może tylko mi się wydawało? Moje serce biło coraz mocniej i coraz szybciej. Emocje sięgały zenitu, moje podniecenie rosło z każdą chwilą. Nigdy wcześniej, ani też nigdy później nie przeżywałem takiej ekscytacji. Nie mogłem się doczekać, aż dojadę do Berlina, a im bliżej miasta byłem, tym droga wydawała się dłuższa.

Zobaczyłem go z daleka, dojeżdżając taksówką pod właściwy adres. Stał tam i czekał na mnie. Wyglądał tak samo, jak na zdjęciach w internecie. Choć może nawet nieco lepiej. Piękny i zadbany. Jego wspaniała sylwetka, delikatna w dotyku, połyskująca w promieniach słońca skóra. Drżałem, kiedy dotknąłem go po raz pierwszy… Wydaje się to niemożliwe, ale po latach wciąż dobrze pamiętam to uczucie. Ten dreszcz, tę radość, emocje. Tę miłość od pierwszego wejrzenia do mojego pięknego, wyśnionego i wymarzonego, zabytkowego Mercedesa 230 coupe z 1978 roku.

Do dziś przeklinam ten dzień, w którym go sprzedałem....

niedziela, 13 lipca 2014

sposób na teściową


Pani w DHL-u była, jak zawsze, dla Malika bardzo miła, uśmiechała się do niego promiennie. Zazwyczaj, bo akurat nie dzisiaj. Za każdym razem, gdy przychodził, wymieniali ze sobą drobne uprzejmości, często żartowali na różne tematy. Zresztą był tam stałym klientem. Dość dużo rzeczy sprzedawał na allegro i żeby zaoszczędzić na kosztach wysyłki, nadawał paczki kurierem na firmę kolegi, o czym ten kolega zapewne nie wiedział, bo też był ich klientem i też dużo wysyłał, biorąc raz w miesiącu fakturę na przelew.

Na kosztach przesyłki Malik zaoszczędził już niemałą sumkę. Na przykład ostatnio, gdy nadawał paczkę. I to do Korei.

Zasapany wpadł do biura obsługi klienta, rzucając o ziemię wielkim, czarnym worem. Podszedł do miłej Pani, przywitał się szybko i zamówił wysyłkę paczki do Korei. Żeby nie było niedomówień. To do tej północnej. Miła Pani zapytała o numer klienta, o adres dostawy i wagę przesyłki.
- 87 kilo będzie, może 88 – rzucił Malik szybko.
- jakaś dziwna ta paczka. Nie będę nic  mówić, z czym mi się kojarzy – zaśmiała się miła pani.
- aaaa, to była teściowa hahaha – zaśmiał się też Malik. Nienawidził tej baby, jak jasna cholera. Nie mógł jej wybaczyć, że się przyczyniła do rozpadu ich związku, nie dając mu żadnej szansy po pechowym weselu. Bździągwa jedna.
- hahaha, no pięknie – zaśmiała się pani
- no poważnie mówię. Był z niej kawał małpy, to wysyłam francę prosto do Korei.
- hahaha. Naprawdę z pana to kawalarz. Hahaha – pękała ze śmiechu pani z DHL-u.

No więc dzisiaj miła pani z DHL-u była jakaś spięta. Uprzejma, jak zwykle, lecz poddenerwowana. Uśmiechnęła się dość krzywo, zaczęła wypełniać wszystkie formularze, po czym przeprosiła i wyszła na chwilę. A kilka minut później wpadli policjanci w mundurach bojowych, zaczęli do niego mierzyć, krzyczeli jak diabli i sprawnymi ruchami rzucili na glebę. I nie było śmiesznie.

Do śmiechu też nie było teściowej Malika, kiedy się ocknęła trzy dni po wysłaniu. Rozglądała się wokół, przecierając oczy. Śniło jej się wszystko, czy jaka cholera? Toż to koszmar jakiś, a ona nie pamiętała, jakim cudem znalazła się w chacie gościa, który kogoś jej przypominał. No tak, widziała go w telewizji, lecz skojarzyć za diabła nie mogła. Zdziwiony był też Kim Dzong Un, lecz chyba najbardziej jego młoda żona. No taka sytuacja.

sobota, 5 lipca 2014

jąkała

Ja to jednak kariery w dyplomacji nie zrobię. W ogóle kariery nie zrobię, bo mnie z tej nowej firmy wypier*olą i to chyba wkrótce. Nim zdążą się odbić echa skandalu, po moim spotkaniu z klientami, na które mnie wysłali. Bo ja jestem ponoć elokwentny, potrafię poprowadzić rozmowę, wprowadzić dobrą atmosferę i tryskam humorem. I trysnąłem. Po kolejnym drinku. Bo spotkanie było z tych mniej oficjalnych, po godzinach, za firmowe pieniądze.

Bo zamiast trzymać język za zębami i według starej zasady, mniej mówić, a więcej słuchać, dałem się ponieść i gdy ci zaczęli opowiadać dowcipy, dowcipem błysnąłem i ja. A dowcip był mniej więcej taki:

Dwóch jąkałów założyło się, który szybciej kupi w kiosku paczkę fajek. Biegnie pierwszy, podbiega do okienka i mówi:
- po.. po… poproszę p.. p… paczkę po.. po.. popularnych.
- dziesięć złotych.
Biegnie z powrotem, drugi jąkała mierzy czas. Pik, pik. Dwanaście sekund. Nieźle. Biegnie do kiosku ten drugi, podbiega, staje przy okienku i mówi:
- po.. po.. poproszę p.. p.. paczkę kkk.. kkk… karo.
- w twardym, czy w miękkim opakowaniu?
- tyy, tyy, ty kk.. kur*o.

I gdy wszyscy zrywali boczki i ubaw mieli po paszki, ten jeden tylko się nie śmiał. Myślałem, że może nie zrozumiał, od początku był jakiś taki podejrzany i nawet zdania z nim nie zamieniłem. Więc zacząłem mu tłumaczyć. A on mi na to.. zro, zro, zrozumiałem..

Dyrektor dużej znanej firmy, naszego największego klienta…

bring it