Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
czwartek, 5 września 2013
o kur*ach
Pojechaliśmy na kur*y. Z Malikiem. W 1993 roku :D Albo w 94? Zresztą to nieważne, bo mniej więcej w tych czasach pojawiły się one na ulicach. Oficjalnie. Stały na każdym rogu, jak w amerykańskich filmach.
Z tą różnicą, że w amerykańskich filmach dziwki zawsze były z Los Angeles albo z Miami. Ładne, opalone i skąpo ubrane.. nie tak, jak te. W Katowicach. Na Szkolnej i Bankowej. Odziane dziadowsko w szaro-bure łachy. Jako, że był listopad, to stały te biedne kur*y w starych karakułach po kostki i wełnianych czapkach. Blade i zasmucone. I co druga z alfonsem.
No nic. Postanowiliśmy przynajmniej dowiedzieć się za ile. Trochę się zbieraliśmy w sobie na odwagę, ale w końcu podjechaliśmy tym starym audikiem. Lecz zanim zdążyłem otworzyć korbką szybę, od tyłu podjechał nam bus z napisem: [PRZEWÓZ PRACOWNIKÓW - KWK HALEMBA]
Coś mi się wydaje, że mieliśmy z Malikiem dużo szczęścia, że nie zdążyliśmy ich pozaczepiać, bo mogłoby się to skończyć tragicznie. Oczywiście dla nas, nie dla dziwek.
Nauczeni doświadczeniem, podjechaliśmy do kolejnej. Stała taka. Może z chłopakiem? Więc, żeby dziewczyny nie urazić, zacząłem:
- hej. Koleżanko. Czekasz tu na kogoś?
Ona, schylając się powoli do otwartego okna starego audika, przeciągając się, dmuchając mi papierosowym dymem prosto w pysk i mierząc mnie wzrokiem, odpowiedziała:
- taaaaak
- a to sorry. I poszliśmy z Malikiem na pizzę.
Z tą różnicą, że w amerykańskich filmach dziwki zawsze były z Los Angeles albo z Miami. Ładne, opalone i skąpo ubrane.. nie tak, jak te. W Katowicach. Na Szkolnej i Bankowej. Odziane dziadowsko w szaro-bure łachy. Jako, że był listopad, to stały te biedne kur*y w starych karakułach po kostki i wełnianych czapkach. Blade i zasmucone. I co druga z alfonsem.
No nic. Postanowiliśmy przynajmniej dowiedzieć się za ile. Trochę się zbieraliśmy w sobie na odwagę, ale w końcu podjechaliśmy tym starym audikiem. Lecz zanim zdążyłem otworzyć korbką szybę, od tyłu podjechał nam bus z napisem: [PRZEWÓZ PRACOWNIKÓW - KWK HALEMBA]
Coś mi się wydaje, że mieliśmy z Malikiem dużo szczęścia, że nie zdążyliśmy ich pozaczepiać, bo mogłoby się to skończyć tragicznie. Oczywiście dla nas, nie dla dziwek.
Nauczeni doświadczeniem, podjechaliśmy do kolejnej. Stała taka. Może z chłopakiem? Więc, żeby dziewczyny nie urazić, zacząłem:
- hej. Koleżanko. Czekasz tu na kogoś?
Ona, schylając się powoli do otwartego okna starego audika, przeciągając się, dmuchając mi papierosowym dymem prosto w pysk i mierząc mnie wzrokiem, odpowiedziała:
- taaaaak
- a to sorry. I poszliśmy z Malikiem na pizzę.
środa, 4 września 2013
wspomnienia z seminarium
Wspominam to do dziś. Doskonale pamiętam czas, który spędziłem w męskim seminarium duchownym. Jeden dzień, a właściwie pół. Służbowo. Pracowałem wtedy jako przedstawiciel handlowy pewnej firmy, produkującej systemy akustyczne. Taka robota. No i akurat w seminarium mieli na to zapotrzebowanie. Nie wiem, jakiego pecha trzeba w życiu mieć, ale szef postanowił na spotkanie wysłać właśnie mnie. To był człowiek głębokiej wiary. Doskonale wiedział, że w takich miejscach czuję się nieswojo, ale głęboko wierzył, że sobie poradzę. Od dziecka miałem jakąś niechęć do tych ciemnych, zadymionych i chłodnych pomieszczeń, tego specyficznego zapachu, a już na pewno do święconej wody. W seminarium wprawdzie święconej wody nie było. Ale śmierdziało.
A, że ja się łatwo nie poddaję….
Trafiłem akurat na porę obiadową. I kiedy tak siedziałem w holu na zimnej, drewnianej ławie, u stóp Jezusa Chrystusa, na korytarzach rozległy się dzwoneczki, a zewsząd wyłoniły się całe stada wygłodniałych, młodych chłopców, sunących powoli do seminaryjnej stołówki. Klimat taki trochę sanatoryjny, trochę jak na koloniach a trochę jak u Harry’ego Pottera. Różnica tylko taka, że na koloniach na jadalnię wchodziło się w bamboszkach ślizgiem, a tu jakoś tak ospale i dziwnie. Pełen majestat. A może to tylko pozory?
Chłopcy byli różni. Młodsi, starsi, brzydcy oraz całkiem ładni. Łączyło ich jedno. Byli wygłodniali. I spragnieni. No, ale przynajmniej w drodze do stołówki. A ja siedziałem i czekałem. Jak kretyn. Na kierownika tego interesu. I siedząc tak na tej ławce, wśród mijającego mnie tłumu, poczułem się nieswojo. Dziesiątki głodnych, wpatrzonych we mnie oczu. I to tuż pod okiem szefa. Poczułem się jak baba! To znaczy, tak mi się wydaje. A dokładniej, jak kobieta przechodząca koło rusztowań na pierwszej, lepszej budowie. Tylko gwizdów nie było. I kobiety na tej ławce.
Czytając to, pewnie niejedna z Was, drogie czytelniczki, chciałaby być na moim miejscu, na tej ławce w raju. Wśród stada spragnionych samców. Zła wiadomość może być jedynie taka, że prawdopodobnie żadna z Was nie wzbudziłaby takiego poruszenia. Przynajmniej w seminarium. Bo różnica między sanatorium a seminarium jest zazwyczaj taka, że w sanatorium chcieliby z niejedną, ale już nie mogą. A tu ciągle mogą, ale z żadną by nie chcieli ;)
A, że ja się łatwo nie poddaję….
Trafiłem akurat na porę obiadową. I kiedy tak siedziałem w holu na zimnej, drewnianej ławie, u stóp Jezusa Chrystusa, na korytarzach rozległy się dzwoneczki, a zewsząd wyłoniły się całe stada wygłodniałych, młodych chłopców, sunących powoli do seminaryjnej stołówki. Klimat taki trochę sanatoryjny, trochę jak na koloniach a trochę jak u Harry’ego Pottera. Różnica tylko taka, że na koloniach na jadalnię wchodziło się w bamboszkach ślizgiem, a tu jakoś tak ospale i dziwnie. Pełen majestat. A może to tylko pozory?
Chłopcy byli różni. Młodsi, starsi, brzydcy oraz całkiem ładni. Łączyło ich jedno. Byli wygłodniali. I spragnieni. No, ale przynajmniej w drodze do stołówki. A ja siedziałem i czekałem. Jak kretyn. Na kierownika tego interesu. I siedząc tak na tej ławce, wśród mijającego mnie tłumu, poczułem się nieswojo. Dziesiątki głodnych, wpatrzonych we mnie oczu. I to tuż pod okiem szefa. Poczułem się jak baba! To znaczy, tak mi się wydaje. A dokładniej, jak kobieta przechodząca koło rusztowań na pierwszej, lepszej budowie. Tylko gwizdów nie było. I kobiety na tej ławce.
Czytając to, pewnie niejedna z Was, drogie czytelniczki, chciałaby być na moim miejscu, na tej ławce w raju. Wśród stada spragnionych samców. Zła wiadomość może być jedynie taka, że prawdopodobnie żadna z Was nie wzbudziłaby takiego poruszenia. Przynajmniej w seminarium. Bo różnica między sanatorium a seminarium jest zazwyczaj taka, że w sanatorium chcieliby z niejedną, ale już nie mogą. A tu ciągle mogą, ale z żadną by nie chcieli ;)
o niszczeniu symboli narodowych
Z niszczeniem symboli narodowych było tak. Pierwszy zniszczył Lesiu. Drugi zresztą też.
Ale od początku. Tego dnia podróżowaliśmy wśród malowniczych pól, łąk i lasów południowej Wielkopolski. Krową, czyli przedłużonym i podwyższonym dostawczakiem. Jak jacyś budowlańcy. Było piękne lato, panował cudowny upał, a delikatne promyki słońca prześwitywały pośród drzew. No i jadąc tak, mijając kolejny las i kolejne pole, Lesiu zabił orła.
Tak mi się wydaje. Bo dla mnie każdy wielki ptak to orzeł. Orzeł siedział sobie w krzakach, przy drodze, ale zerwał się, rozpostarł swoje skrzydła tak wielkie, że zrobiło się aż ciemno, po czym przeleciał nam przed samochodem. Mnie zatkało. Myślałem, że Lesia też. Ale okazało się, że on go nie widział i w niego przywalił. A to wielkie bydlę było. Zresztą, ostatnie co widziałem, to jego wielką dupę, bo przywalił akurat moją stroną.
To wielkie ptaszysko rozwaliło nam pół auta. Nawet mechanik, pytając, kto wam tak tje blachje rozj..ał, ledwo nam uwierzył. Ale co tam auto. Służbowe i z dobrym ubezpieczeniem. Najbardziej jednak szkoda było orła. Biedny Lesiu złapał po tym incydencie doła. Może i jest czasem wredny, może i nie lubi polityków, ale ma serce dla zwierząt i musze krzywdy by nie zrobił. Nie mówiąc o orle.
Na początku było mi go żal. Próbowałem nawet go pocieszać, że może orzeł był niemiecki. No bo to w sumie Wielkopolska i do Niemiec blisko. Ale nie pomagało. Lesiu próbował zapomnieć o tym przykrym zdarzeniu, męczyło go to strasznie, a ja mu nie pozwalałem, bo też jestem wredny. Zresztą wcale nie musiałem, bo nieszczęścia chodzą parami i jakieś dwa tygodnie później Lesiu znów przydzwonił w orła. Może nie żaden powód to do dumy, ale z drugiej strony, kto inny by coś takiego umiał zrobić? Upolować dwa orły w ciągu dwóch tygodni i to bez użycia broni.
Z Lesiem staramy się żyć w zgodzie i ostatnio nieźle nam wychodzi. Czasem się pokłócimy, nigdy nie bijemy. Ale kiedy dochodzi między nami do wymiany zdań, bo na niektóre sprawy mamy różne poglądy, wystarczy, że powiem: - Lesiu. Miej do tego większy dystans. Trochę większy niż do orła. I już zaczyna się awantura. O to, jaki jestem wredny.
Ale od początku. Tego dnia podróżowaliśmy wśród malowniczych pól, łąk i lasów południowej Wielkopolski. Krową, czyli przedłużonym i podwyższonym dostawczakiem. Jak jacyś budowlańcy. Było piękne lato, panował cudowny upał, a delikatne promyki słońca prześwitywały pośród drzew. No i jadąc tak, mijając kolejny las i kolejne pole, Lesiu zabił orła.
Tak mi się wydaje. Bo dla mnie każdy wielki ptak to orzeł. Orzeł siedział sobie w krzakach, przy drodze, ale zerwał się, rozpostarł swoje skrzydła tak wielkie, że zrobiło się aż ciemno, po czym przeleciał nam przed samochodem. Mnie zatkało. Myślałem, że Lesia też. Ale okazało się, że on go nie widział i w niego przywalił. A to wielkie bydlę było. Zresztą, ostatnie co widziałem, to jego wielką dupę, bo przywalił akurat moją stroną.
To wielkie ptaszysko rozwaliło nam pół auta. Nawet mechanik, pytając, kto wam tak tje blachje rozj..ał, ledwo nam uwierzył. Ale co tam auto. Służbowe i z dobrym ubezpieczeniem. Najbardziej jednak szkoda było orła. Biedny Lesiu złapał po tym incydencie doła. Może i jest czasem wredny, może i nie lubi polityków, ale ma serce dla zwierząt i musze krzywdy by nie zrobił. Nie mówiąc o orle.
Na początku było mi go żal. Próbowałem nawet go pocieszać, że może orzeł był niemiecki. No bo to w sumie Wielkopolska i do Niemiec blisko. Ale nie pomagało. Lesiu próbował zapomnieć o tym przykrym zdarzeniu, męczyło go to strasznie, a ja mu nie pozwalałem, bo też jestem wredny. Zresztą wcale nie musiałem, bo nieszczęścia chodzą parami i jakieś dwa tygodnie później Lesiu znów przydzwonił w orła. Może nie żaden powód to do dumy, ale z drugiej strony, kto inny by coś takiego umiał zrobić? Upolować dwa orły w ciągu dwóch tygodni i to bez użycia broni.
Z Lesiem staramy się żyć w zgodzie i ostatnio nieźle nam wychodzi. Czasem się pokłócimy, nigdy nie bijemy. Ale kiedy dochodzi między nami do wymiany zdań, bo na niektóre sprawy mamy różne poglądy, wystarczy, że powiem: - Lesiu. Miej do tego większy dystans. Trochę większy niż do orła. I już zaczyna się awantura. O to, jaki jestem wredny.
wtorek, 3 września 2013
o dziadku i kulkach
Różnica między 67-letnim dziadkiem a 5-letnią wnuczką naprawdę jest niewielka. Dochodzę do takich wniosków, ilekroć mam z nimi do czynienia. Chociaż, po zastanowieniu się, jestem skłonny przeważyć szalę na korzyść pięciolatki.
Na przykład ostatnio, kiedy przejeżdżaliśmy tuż koło lotniska. Słupy wysokiego napięcia mają tam czerwone lampki ostrzegawcze. Dodatkowo na przewodach, w połowie ich długości wiszą jakieś bombki. Cholera jedna wie, co to jest i po co tam akurat wisi. Widziałem to milion razy, zastanowiłem się raz, nic nie wymyśliłem i dalej sobie żyję. Jednak moja bystra i ciekawa świata siostrzenica zapytała:
- wujek, a po co są te kulki?
- te kulki są po to, żeby świeciły w nocy i żeby samolot nie zahaczył o druty.
- aha. No tak. Bo jakby się zahaczył, to mógłby się rozbić.
Proste? Pewnie. I logiczne. I koniec tematu. Dla dziecka. Bo za chwilę odezwał się już nieco głuchy dziadek:
- Rafał, po co te kulki tam wiszą?
No jasna cholera. A skąd ja mam to niby wiedzieć??? Mój ojciec traktuje mnie, jakbym był specem w każdej dziedzinie. I znał się na energetyce. Dlatego czasami w takich momentach, gdy mam gorszy dzień, udaję, że nie słyszę. I mimo, że dzień mieliśmy udany, wracaliśmy w radosnych nastrojach i tak puściłem to mimo uszu. Ale że dziadek, podobnie jak wnuczka, łatwo się nie poddaje, zapytał jeszcze raz:
- Rafał. No po co te kulki tam wiszą?
- żeby świeciły i ostrzegały samoloty.
- ale one nie świecą.
- pewnie za chwilę je zapalą.
- ale przecież już się robi ciemno.
- może zapalą później.
- no, ale jakby teraz jakiś samolot leciał?
- może nie działają.
- to po co tam wiszą?
No krew mnie zalewa. Czemu on mi to robi? A na dodatek podważa mój autorytet u dziecka. Bo dziecko się przysłuchiwało coraz bardziej przekonane, że jednak wersja dla niej taka do końca prawdziwa nie była. Ale na szczęście dla mnie, dla pięciolatki wujek i tak zna się na wszystkim najlepiej.
Na przykład ostatnio, kiedy przejeżdżaliśmy tuż koło lotniska. Słupy wysokiego napięcia mają tam czerwone lampki ostrzegawcze. Dodatkowo na przewodach, w połowie ich długości wiszą jakieś bombki. Cholera jedna wie, co to jest i po co tam akurat wisi. Widziałem to milion razy, zastanowiłem się raz, nic nie wymyśliłem i dalej sobie żyję. Jednak moja bystra i ciekawa świata siostrzenica zapytała:
- wujek, a po co są te kulki?
- te kulki są po to, żeby świeciły w nocy i żeby samolot nie zahaczył o druty.
- aha. No tak. Bo jakby się zahaczył, to mógłby się rozbić.
Proste? Pewnie. I logiczne. I koniec tematu. Dla dziecka. Bo za chwilę odezwał się już nieco głuchy dziadek:
- Rafał, po co te kulki tam wiszą?
No jasna cholera. A skąd ja mam to niby wiedzieć??? Mój ojciec traktuje mnie, jakbym był specem w każdej dziedzinie. I znał się na energetyce. Dlatego czasami w takich momentach, gdy mam gorszy dzień, udaję, że nie słyszę. I mimo, że dzień mieliśmy udany, wracaliśmy w radosnych nastrojach i tak puściłem to mimo uszu. Ale że dziadek, podobnie jak wnuczka, łatwo się nie poddaje, zapytał jeszcze raz:
- Rafał. No po co te kulki tam wiszą?
- żeby świeciły i ostrzegały samoloty.
- ale one nie świecą.
- pewnie za chwilę je zapalą.
- ale przecież już się robi ciemno.
- może zapalą później.
- no, ale jakby teraz jakiś samolot leciał?
- może nie działają.
- to po co tam wiszą?
No krew mnie zalewa. Czemu on mi to robi? A na dodatek podważa mój autorytet u dziecka. Bo dziecko się przysłuchiwało coraz bardziej przekonane, że jednak wersja dla niej taka do końca prawdziwa nie była. Ale na szczęście dla mnie, dla pięciolatki wujek i tak zna się na wszystkim najlepiej.
o cyckach Marianny
W końcu będzie o cyckach. O cyckach Marianny. A te to ona miała wielkie. Tak wielkie, że kiedy wychodziła zza rogu, najpierw był cyc, długo, długo nic i za chwilę ona sama.
Marianna pracowała w małym, budowlanym markecie. W większości z męską klientelą. Ustawiały się do niej zawsze długie kolejki, mimo, że kasa obok była pusta. Pusta też była druga kasjerka i nie miała cycków. Dlatego każdy, nafaszerowany testosteronem budowlaniec na początek dobrego dnia, chciał właśnie jej pozaglądać w dekolt.
A ten też był wielki. Prawie, jak cycki. Przychodził tam też jeden taki niski. Był tak mały, że kiedy stał na wprost Marianny, to cycki miał dokładnie na wysokości oczu. Trochę komicznie to wyglądało. Zresztą ją też to śmieszyło, ona była ubawiona a on w siódmym niebie. Więc Marianna, kiedy miała dobry humor, smyrała go tymi cyckami po nosku.
Cycki miały też swoje wady. Każdemu czasem zdarzy się nie trafić łyżeczką, czy widelcem do ust i jedzenie spada. Najczęściej na podłogę. Mariannie spadało na cycki. Gdyby miała mniejsze, to też spadłoby jej na podłogę. Jak innym. No, ale o ile żarcia z podłogi już się raczej nie zje, to to z cycków można. Niejeden by chciał. Nie ze swoich cycków, a z cycków Marianny.
Jeszcze większe cycki miała moja bardzo stara sąsiadka, pani Mroczkowa. Od dziecka coś mi w nich jednak nie pasowało. Zorientowałem się po latach, kiedy poznałem Mariannę. Bo Marianna swoje cycki nosiła na piersiach, a pani Mroczkowa na biodrach. Cycki pani Mroczkowej były pewnie ciężkie, a ciężary, jak wiadomo, nosi się na plecach, o czym ona pewnie nigdy nie myślała.
Marianna pracowała w małym, budowlanym markecie. W większości z męską klientelą. Ustawiały się do niej zawsze długie kolejki, mimo, że kasa obok była pusta. Pusta też była druga kasjerka i nie miała cycków. Dlatego każdy, nafaszerowany testosteronem budowlaniec na początek dobrego dnia, chciał właśnie jej pozaglądać w dekolt.
A ten też był wielki. Prawie, jak cycki. Przychodził tam też jeden taki niski. Był tak mały, że kiedy stał na wprost Marianny, to cycki miał dokładnie na wysokości oczu. Trochę komicznie to wyglądało. Zresztą ją też to śmieszyło, ona była ubawiona a on w siódmym niebie. Więc Marianna, kiedy miała dobry humor, smyrała go tymi cyckami po nosku.
Cycki miały też swoje wady. Każdemu czasem zdarzy się nie trafić łyżeczką, czy widelcem do ust i jedzenie spada. Najczęściej na podłogę. Mariannie spadało na cycki. Gdyby miała mniejsze, to też spadłoby jej na podłogę. Jak innym. No, ale o ile żarcia z podłogi już się raczej nie zje, to to z cycków można. Niejeden by chciał. Nie ze swoich cycków, a z cycków Marianny.
Jeszcze większe cycki miała moja bardzo stara sąsiadka, pani Mroczkowa. Od dziecka coś mi w nich jednak nie pasowało. Zorientowałem się po latach, kiedy poznałem Mariannę. Bo Marianna swoje cycki nosiła na piersiach, a pani Mroczkowa na biodrach. Cycki pani Mroczkowej były pewnie ciężkie, a ciężary, jak wiadomo, nosi się na plecach, o czym ona pewnie nigdy nie myślała.
poniedziałek, 2 września 2013
1000 odsłon bloga
No i stało się. Blog został wyświetlony 1000 razy. Niby nic, ale dwa tygodnie temu, kiedy postanowiłem go założyć, nie spodziewałem się, że tak mnie to wciągnie. Ten nędzny tysiak to i tak zaledwie 1/1000 tego, co chce osiągnąć. A ja się łatwo nie poddaję. Zawsze uparcie dążę do celu. Bo w siebie wierzę. I wie to każdy, kto mnie zna.
Jak wtedy, gdy kupiłem sobie rolki. Poszedłem właściwie do sklepu kupić sobie kolejne spodenki na rower, ale idąc do kasy, spacerowałem niewłaściwą aleją. Tą, w której były role. No i postanowiłem tylko przymierzyć. Jazda na rolkach powinna przypominać jazdę na łyżwach, a przy tych też się nie poddałem. Nawet po tym, gdy z lodowiska znieśli mnie na noszach. Więc kiedy już miałem je na nogach i przejechałem kilka metrów, łapiąc się regałów, po raz kolejny uwierzyłem w siebie. Obróciłem się i dojechałem do ławeczki, przy której miałem buty. I tak kilka razy.
Kiedy już byłem przekonany o posiadaniu kolejnego talentu, wypuściłem się na najdłuższą prostą, wzdłuż linii kas, dumnie przedefilowałem przez całą długość sklepu i dopiero przy końcu przypomniałem sobie, że nie potrafię hamować. Ani skręcać. Kiedy z impetem przyj…em w ścianę, odbiłem się i padłem, jacyś starsi państwo pomogli mi się podnieść, otrzepując z kurzu plecki. Przechodzący obok kierownik sklepu, podnosząc tylko kciuk do góry powiedział: - dobrze panu idzie. – wiadomo. Mistrzunio – odpowiedziałem.
Podobnie było z nartami. Też nie umiałem skręcać na początku. Znaczy w prawo, bo w lewo to od razu. Więc kiedy chciałem przerzucać ciężar ciała chcąc zmienić kierunek, zaczynałem nabierać prędkości, która mnie przerażała. Więc wywalałem się na boczek, kładłem na plecki, przekładałem narty i jechałem w prawo. I tak za każdym razem, gdy znów musiałem skręcić w lewo. Wyglądało to pewnie komicznie, ale za to ze stoku, no ok, z oślej łączki schodziłem jak gwiazda. Wszyscy mnie tam znali. Dzisiaj jestem już wytrawnym narciarzem i w przyszłym roku jadę w Alpy.
I tak mam ze wszystkim, cokolwiek sobie wymyślę. Mam fajną pracę, bo jestem zdolny i fajnej szukałem, fajnych znajomych, bo tylko takich przyciągam, mnóstwo innych zajęć i zajebistego bloga. Tylko czasu jakby coraz mniej. Ale co tam. Zwolnię trochę tempo, jak już pyknie milion. A pyknie dlaczego? Bo się nie poddaję.
Jak wtedy, gdy kupiłem sobie rolki. Poszedłem właściwie do sklepu kupić sobie kolejne spodenki na rower, ale idąc do kasy, spacerowałem niewłaściwą aleją. Tą, w której były role. No i postanowiłem tylko przymierzyć. Jazda na rolkach powinna przypominać jazdę na łyżwach, a przy tych też się nie poddałem. Nawet po tym, gdy z lodowiska znieśli mnie na noszach. Więc kiedy już miałem je na nogach i przejechałem kilka metrów, łapiąc się regałów, po raz kolejny uwierzyłem w siebie. Obróciłem się i dojechałem do ławeczki, przy której miałem buty. I tak kilka razy.
Kiedy już byłem przekonany o posiadaniu kolejnego talentu, wypuściłem się na najdłuższą prostą, wzdłuż linii kas, dumnie przedefilowałem przez całą długość sklepu i dopiero przy końcu przypomniałem sobie, że nie potrafię hamować. Ani skręcać. Kiedy z impetem przyj…em w ścianę, odbiłem się i padłem, jacyś starsi państwo pomogli mi się podnieść, otrzepując z kurzu plecki. Przechodzący obok kierownik sklepu, podnosząc tylko kciuk do góry powiedział: - dobrze panu idzie. – wiadomo. Mistrzunio – odpowiedziałem.
Podobnie było z nartami. Też nie umiałem skręcać na początku. Znaczy w prawo, bo w lewo to od razu. Więc kiedy chciałem przerzucać ciężar ciała chcąc zmienić kierunek, zaczynałem nabierać prędkości, która mnie przerażała. Więc wywalałem się na boczek, kładłem na plecki, przekładałem narty i jechałem w prawo. I tak za każdym razem, gdy znów musiałem skręcić w lewo. Wyglądało to pewnie komicznie, ale za to ze stoku, no ok, z oślej łączki schodziłem jak gwiazda. Wszyscy mnie tam znali. Dzisiaj jestem już wytrawnym narciarzem i w przyszłym roku jadę w Alpy.
I tak mam ze wszystkim, cokolwiek sobie wymyślę. Mam fajną pracę, bo jestem zdolny i fajnej szukałem, fajnych znajomych, bo tylko takich przyciągam, mnóstwo innych zajęć i zajebistego bloga. Tylko czasu jakby coraz mniej. Ale co tam. Zwolnię trochę tempo, jak już pyknie milion. A pyknie dlaczego? Bo się nie poddaję.
tuńczyk i teściowa
Marlena szczerze nienawidziła swojej teściowej. Teściowa pojawiła się w jej życiu dwa dni po tym, jak pojawił się Marek. Niby przypadkiem.
Marek! Jaka ona ładna! – zachwycała się. Zawsze mówiłam, że kobieta powinna mieć pełne kształty. Kochanego ciałka nigdy za wiele. Nie to, co Joanna. Wysoka, chuda z wielkim biustem. Wszyscy faceci się za nią na ulicy odwracali, taka była chuda.
Ale mamo! – próbował oponować Marek.
Teściowa niestrudzona ciągnęła dalej. Czuję, że zostaniemy przyjaciółkami Milenko. Marlenko - poprawiła ją Marlena. - Aaaa tak. Przepraszam cię moja droga. No napatrzeć się nie mogę na Ciebie, taka jesteś śliczna. Nie to, co… - Mamo! - zagrzmiał Marek.
Jesteś prawdziwym szczęściarzem Mareczku. Śliczna i z dobrym gustem. Będziemy mogły wymieniać się ciuchami Milenko. Marlenko! - poprawiła ją poirytowana Marlena po raz drugi. Nie wiadomo, co bardziej wkurzyło Marlenę. To, że teściowa nie mogła zapamiętać jej imienia, czy to, że ten potwór w rozmiarze 48, w szmatach sprzed dekady zaproponował jej wymienianie się ciuchami. Marlena nigdy nie była najchudsza w klasie, ale przed maturą wbiła się w białą bluzkę w rozmiarze 40.
- No doskonale do ciebie pasuje, syneczku – przy niej nie będziesz wyglądał tak grubo – dodała, robiąc ustami dziubek, przy okazji szczypiąc go i Marlenę w policzki.
Życie Marleny u boku Marka płynęło spokojnie i mogłoby być przyjemne. W zasadzie to było. Przynajmniej do momentu, gdy w ich mieszkaniu pojawiała się teściowa, która dziwnym trafem, zawsze była gdzieś w okolicy. Po takiej wizycie Marlena miała zepsuty humor do końca dnia. Albo i przez trzy następne. Jak i po ostatnim razie, gdy struła się sałatką z tuńczyka zrobioną przez teściową. A zaczęło się niewinnie.
- Dzień dobry Milenko. Akurat miałam do załatwienia sprawę dwie ulice dalej i postanowiłam przynieść Wam sałatkę z tuńczyka – szczebiotała od wejścia. Mareczek ją uwielbia. Marlenę zdziwiła dość wczesna godzina wizyty, tym bardziej, że teściowa wiedziała, że jej ukochany synuś wróci do domu dopiero za kilka godzin. Teściowa trajkotała jak katarynka. - Mogłabyś mu też czasem przyrządzać coś do jedzenia. A nie tylko stołować się na mieście. Wiadomo, co tam do jedzenia dodają? Albo, czy ręce myją? Wszędzie pełno brudu. Ostatnio u Gesslerowej widziałam. Ahh, Arletka robiła przepyszne sałatki. Mareczek je uwielbiał. Szkoda. Taka była z niej fajna dziewczyna i bardzo o Mareczka dbała. Szkoda, szkoda - pokiwała głową teściowa.
Marlenę zalewała krew, ilekroć teściowa wspominała byłe jej, bądź co bądź faceta. Na każdym kroku czuła, że jest gorsza, że grubsza, że głupsza, że gotować nie umie. Od miesięcy robiła wszystko, żeby przeciągnąć tego babsztyla na swoją stronę, żeby jakoś ją do siebie przekonać. Postanowiła spróbować nawet tej cholernej sałatki z tego cholernego tuńczyka, którego od dziecka nienawidziła.
Pod bacznym okiem teściowej starała się połykać jak największe kęsy, żeby nie czuć tego smaku, który doprowadzał ją do mdłości. Kiedy już zjadła jedną porcję uśmiechając się półgębkiem i wykrzykując ochy i achy, teściowa zachwycona dołożyła jej kolejną porcję. Tego się akurat Marlena nie spodziewała. Próbowała oponować, ale teściowa ze słodyczą na twarzy powiedziała tylko – Jedz, jedz Milenko. Przecież widać, że lubisz sobie pojeść.
Tego już było Marlenie za wiele. Miała ochotę rzucić się na tę krowę i udusić ją gołymi rękami. Ale poczuła, że w jej brzuchu zaczyna się dziać coś niedobrego. – Przepraszam na chwilę – rzuciła i pędem pobiegła w stronę toalety. Po pół godzinie, gdy wróciła, czuła się nadal niepewnie. – Przepraszam i ziuuu w wiadomym kierunku. Po godzinie było jeszcze gorzej. Wbiegając do toalety, nie wiedziała, którą stroną się ustawiać najpierw.
Zatroskana teściowa stała nad nią z kubkiem gorącej herbaty. – Może to ten tuńczyk? Wprawdzie otworzyłam go w zeszłym tygodniu, ale cały czas trzymałam w lodówce. Dobrze, że Mareczek tego nie jadł. On ma taki delikatny żołądek. Tego, co mówiła dalej, Marlena już nie usłyszała, bo wycieńczona i odwodniona zemdlała, trzymając się kurczowo sedesu. Trzy dni później, wychodząc ze szpitala, wróciła do swojego mieszkania. Azylu przed Mareczkiem, tuńczykiem i teściową.
Marek! Jaka ona ładna! – zachwycała się. Zawsze mówiłam, że kobieta powinna mieć pełne kształty. Kochanego ciałka nigdy za wiele. Nie to, co Joanna. Wysoka, chuda z wielkim biustem. Wszyscy faceci się za nią na ulicy odwracali, taka była chuda.
Ale mamo! – próbował oponować Marek.
Teściowa niestrudzona ciągnęła dalej. Czuję, że zostaniemy przyjaciółkami Milenko. Marlenko - poprawiła ją Marlena. - Aaaa tak. Przepraszam cię moja droga. No napatrzeć się nie mogę na Ciebie, taka jesteś śliczna. Nie to, co… - Mamo! - zagrzmiał Marek.
Jesteś prawdziwym szczęściarzem Mareczku. Śliczna i z dobrym gustem. Będziemy mogły wymieniać się ciuchami Milenko. Marlenko! - poprawiła ją poirytowana Marlena po raz drugi. Nie wiadomo, co bardziej wkurzyło Marlenę. To, że teściowa nie mogła zapamiętać jej imienia, czy to, że ten potwór w rozmiarze 48, w szmatach sprzed dekady zaproponował jej wymienianie się ciuchami. Marlena nigdy nie była najchudsza w klasie, ale przed maturą wbiła się w białą bluzkę w rozmiarze 40.
- No doskonale do ciebie pasuje, syneczku – przy niej nie będziesz wyglądał tak grubo – dodała, robiąc ustami dziubek, przy okazji szczypiąc go i Marlenę w policzki.
Życie Marleny u boku Marka płynęło spokojnie i mogłoby być przyjemne. W zasadzie to było. Przynajmniej do momentu, gdy w ich mieszkaniu pojawiała się teściowa, która dziwnym trafem, zawsze była gdzieś w okolicy. Po takiej wizycie Marlena miała zepsuty humor do końca dnia. Albo i przez trzy następne. Jak i po ostatnim razie, gdy struła się sałatką z tuńczyka zrobioną przez teściową. A zaczęło się niewinnie.
- Dzień dobry Milenko. Akurat miałam do załatwienia sprawę dwie ulice dalej i postanowiłam przynieść Wam sałatkę z tuńczyka – szczebiotała od wejścia. Mareczek ją uwielbia. Marlenę zdziwiła dość wczesna godzina wizyty, tym bardziej, że teściowa wiedziała, że jej ukochany synuś wróci do domu dopiero za kilka godzin. Teściowa trajkotała jak katarynka. - Mogłabyś mu też czasem przyrządzać coś do jedzenia. A nie tylko stołować się na mieście. Wiadomo, co tam do jedzenia dodają? Albo, czy ręce myją? Wszędzie pełno brudu. Ostatnio u Gesslerowej widziałam. Ahh, Arletka robiła przepyszne sałatki. Mareczek je uwielbiał. Szkoda. Taka była z niej fajna dziewczyna i bardzo o Mareczka dbała. Szkoda, szkoda - pokiwała głową teściowa.
Marlenę zalewała krew, ilekroć teściowa wspominała byłe jej, bądź co bądź faceta. Na każdym kroku czuła, że jest gorsza, że grubsza, że głupsza, że gotować nie umie. Od miesięcy robiła wszystko, żeby przeciągnąć tego babsztyla na swoją stronę, żeby jakoś ją do siebie przekonać. Postanowiła spróbować nawet tej cholernej sałatki z tego cholernego tuńczyka, którego od dziecka nienawidziła.
Pod bacznym okiem teściowej starała się połykać jak największe kęsy, żeby nie czuć tego smaku, który doprowadzał ją do mdłości. Kiedy już zjadła jedną porcję uśmiechając się półgębkiem i wykrzykując ochy i achy, teściowa zachwycona dołożyła jej kolejną porcję. Tego się akurat Marlena nie spodziewała. Próbowała oponować, ale teściowa ze słodyczą na twarzy powiedziała tylko – Jedz, jedz Milenko. Przecież widać, że lubisz sobie pojeść.
Tego już było Marlenie za wiele. Miała ochotę rzucić się na tę krowę i udusić ją gołymi rękami. Ale poczuła, że w jej brzuchu zaczyna się dziać coś niedobrego. – Przepraszam na chwilę – rzuciła i pędem pobiegła w stronę toalety. Po pół godzinie, gdy wróciła, czuła się nadal niepewnie. – Przepraszam i ziuuu w wiadomym kierunku. Po godzinie było jeszcze gorzej. Wbiegając do toalety, nie wiedziała, którą stroną się ustawiać najpierw.
Zatroskana teściowa stała nad nią z kubkiem gorącej herbaty. – Może to ten tuńczyk? Wprawdzie otworzyłam go w zeszłym tygodniu, ale cały czas trzymałam w lodówce. Dobrze, że Mareczek tego nie jadł. On ma taki delikatny żołądek. Tego, co mówiła dalej, Marlena już nie usłyszała, bo wycieńczona i odwodniona zemdlała, trzymając się kurczowo sedesu. Trzy dni później, wychodząc ze szpitala, wróciła do swojego mieszkania. Azylu przed Mareczkiem, tuńczykiem i teściową.
niedziela, 1 września 2013
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


