sobota, 8 marca 2014

to jest napad

Połomski nigdy nie pamiętał daty, w której odbywał się odpust w jego rodzimej parafii. Mieszkał tu od dziecka, kiedyś z matką i ojcem, dziś z żoną i synkiem, po tym, gdy jego rodzice kupili dom na przedmieściach i przenieśli się do niego, zostawiając im swoje wygodne mieszkanie w samym centrum miasta. Odpust był dla Połomskiego jedyną w roku okazją do odwiedzenia kościoła. Szedł wtedy z żoną i synem na mszę, a później wspólnie szwendali się po straganach, kupując słodycze, balony i inne zabawki.

I w tym roku Połomski kupił swojemu trzyletniemu synowi glocka. Na kapiszony. Trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach te zabawki wyglądają dość realistycznie. Właściwie zupełnie, jak prawdziwe. Dziecku prezent bardzo się spodobał, żonie niestety dużo mniej. Wychowując małego w duchu pacyfizmu, zabroniła Połomskiemu dawać mu rewolwer. Tym sposobem Remek stał się posiadaczem glocka, bez pomysłu na to, co z tym fantem z robić.

Wracając wieczorem do domu przez rynek, tuż przy Banku Śląskim spotkali Malika, który też akurat przyszedł zasilić się gotówką. Otworzyli kartą szklane drzwi, stanęli przy bankomacie i Połomski dał mu do potrzymania tego glocka.
- To jest napad! – krzyknął Malik ze  śmiechem.

I wtedy rozległ się jeden głośny, przerażający ryk, a oni za drugimi szklanymi drzwiami, w kolejnym pomieszczeniu, w którym był kolejny bankomat, zobaczyli przerażoną laskę. Chcieli ją uspokoić, jakoś wytłumaczyć, że to jedynie zabawka, ale nie mogli jej przekrzyczeć. Laska darła się wniebogłosy i całym ciałem barykadowała drzwi. I właściwie gdy mieli już uciekać, usłyszeli łomot w drzwiach zewnętrznych i zauważyli trzy jej koleżanki, które drąc się jeszcze głośniej napierały z całych sił na drzwi, skutecznie uniemożliwiając im ucieczkę.

W ciągu kilku sekund, pod bankiem zrobiło się spore zbiegowisko, ktoś zadzwonił na policję. Laski wciąż się darły, gapie pod bankiem się darli, żona Połomskiego coś krzyczała, trzymając na rękach ich synka, który płakał z przerażenia, nie rozumiejąc, co się wokół dzieje. Kiedy przyjechała policja i ich obezwładniła, rzucając brutalnie na chodnik, Malik z Połomskim próbowali jakoś się wytłumaczyć. Niestety bezskutecznie.

Datę odpustu Połomski zapamięta już do końca życia. Trafił z Malikiem na dołek w niedzielę, 23 czerwca 2013 roku…

sobota, 1 marca 2014

zapiekanki noco

Dochodzi północ. Wchodzimy z Łukaszem do całodobowego supermarketu w centrum miasta, w którym serwują całkiem niezłe zapiekanki. Nocne towarzystwo zawsze jest tu przemieszane. Są też żule.

Ekspedientka do żula:
- Co to za kręcenie się po sklepie? Brać i płacić, a nie towar przekręcać mi na półkach.
Ja, rozbawiony, podchodząc do kasy:
- No. I bardzo dobrze. Porządek musi być. Dwie zapiekanki proszę.
- Nie ma.
- Jak to nie ma?
- Ano. Taki naród. Wyjadł nam po świętach wszystkie zapiekanki. Ale wódkę mamy dobrą. W promocyjnej cenie.
- Ale ja nie mogę tych pustych kalorii.
- Ano tak. Pan prowadzi, to nie może, bo my z koleżanką...
Ekspedientka druga, przerywając:
- My nie możemy.
- A co nie możemy?
- No przestań! Nie możemy.
Ta pierwsza, puszczając oczko:
- A kto nam zabroni? My wszystko możemy, ale...
- Niech pani nie żartuje, bo przyjdzie tu jakiś kapuś i będzie afera.
- Ano. W sumie racja.
- Bo ludzie to świnie. Przyjdzie tu jeden taki, o zapiekankę zapyta, tu się pouśmiecha, tu jakoś zagadnie...
- No. Niech pan uważa.
- Uważam. A na co?
- Bo jakby co, to następnym razem możemy pan otruć.

poniedziałek, 17 lutego 2014

bo ja tu, panie, zapie*dalam

Ja zawsze marzyłem o tym, żeby móc pracować gdzieś w okresie wypowiedzenia. Nie dane mi jednak było, bo za każdym razem, gdy odchodziłem z firmy i składałem papier, to zwalniali mnie od razu ze świadczenia pracy. Inaczej niż w tym korpo. Tu oni mnie zwolnili, ale trzymają do końca. Czyli do końca lutego. Od sześciu długich lat siedzę w tym burdelu i o takim przypadku jeszcze nie słyszałem. Inni w sumie też. Zazwyczaj w piątki, najczęściej ostatnie, wpadały te smutne laski lub kolesie z HR-ów, papiery fruwały, łzy lały się strumieniami i w ciągu trzydziestu minut niektórych już nie było. Takie były metody. A ze mną było inaczej. Więc miałem wyjebane.

I gdy mnie kiedyś, ktoś w końcu zapytał:
- Ty. A co ty właściwie robisz w tej pracy na wypowiedzeniu?
To ja zgodnie z prawdą mu odpowiadałem:
- no jak to? Zapie*dalam.

To najlepsze trzy miesiące, które przeżyłem w tej firmie. A właściwie dwa i pół. Zabawiłbym z chęcią dłużej, ale wzywają mnie całkiem nowe obowiązki. I nowe wyzwania.

niedziela, 16 lutego 2014

alkoZosia

Zosia wróciła do domu w podejrzanym stanie. Jakaś taka rozluźniona, dziwnie rozweselona i wzrok miała taki trochę mętny. Zataczała się po schodach, śpiewając piosenkę. Nie tam, żeby jakaś bardzo pijana, ale delikatnie mówiąc, cyknięta. No pięknie. Przyszła do domu, nucąc „My Słowianki”, siadła na sofie, przed telewizorem. I padła. Chwilę przed obiadem.

Zadzwoniłem do Sylwka, a ten roztrzęsiony mówi, że Marysia wróciła w jeszcze gorszym stanie. Właściwie nawet nie wróciła, bo chodzić nie mogła. Przytargał ją do domu Sylwek, prawie nieprzytomną. Nie mógł jej dobudzić, gdy ta mamrotała, żeby dał jej spokój. Poczuł od niej tylko zapach alkoholu.

Trzeba było w miarę szybko coś z tą sprawą zrobić. Jak się wkrótce okazało, winna całej sytuacji była przedszkolanka, która częstowała dzieci pralinami. Nim się zorientowała, że jest w nich alkohol, zdążyła ululać pół grupy starszaków…

sobota, 15 lutego 2014

o lizaniu jaj kolegi

Ten Seba to był jednak kawał świni.

W zeszły piątek wybraliśmy się w trójkę do knajpy, na piwo. Dawno się nie widzieliśmy i mieliśmy mnóstwo spraw do przegadania. Zamówiliśmy po browcu i jakieś przekąski. Podjadając nachos, popijając piwko, zdawaliśmy relacje z ostatnich tygodni. Jedno piwo, drugie piwo, a po trzecim ruszyłem do kibla z Sebą, żeby się w końcu wylać i móc na spokojnie słuchać Rzemposława.

Ja zawsze mam kłopot w tych publicznych kiblach, stoję przy pisuarze i choć pęcherz mi rozsadza, to świadomość tego, że za mną jest kolejka, odlać mi się nie pozwala. Inaczej niż Seba. Stanął przy sąsiednim, siknął w porcelanę i trzaskając drzwiami wyszedł z toalety, nie zawracając sobie głowy nieumytymi rękami. Co za wieprz.

I gdy wracałem do stolika, widziałem Sebę oraz Rzemposława, sięgających do miski po kolejne nachos, których to w momencie jakoś mi się odechciało.
- Ty. Rzemposław. Nie jedz z nim tych nachos. On nie myje rąk po wyjściu z kibla – powiedziałem.
- A co mam się brzydzić swojego własnego ciała? – zdziwił się głupio Seba.
- no ty to niekoniecznie, ale Rzemposław może. Jedząc z tobą z jednej miski, to prawie tak samo, jakby lizał cię po jajach.
- bueee, chłopaki, obrzydlistwo. Ja nawet sam nigdy nie lizałem się po jajach – powiedział Rzemposław.
- mi nachos się odechciało. A wy róbcie co chcecie.

Lecz w zachowaniu Seby jest jakaś logika, bo choć był puszczalskim gejem i miał więcej fiutów w dziobie, niż most Poniatowskiego nitów, to istniała szansa, że przynajmniej dziś wieczorem mniej brudnych łap macało jego fiuta, niż kurki przy kranie.

piątek, 7 lutego 2014

pie*dol się

Dziś już nawet nie pamiętam,iIle razy zdarzyło mi się wdepnąć w psie gówno na tych cholernych trawnikach. Byłem jedynym, który biegał z czarnymi woreczkami w dłoni i sprzątał kupy po pupilu, na każdym spacerze. Aaa i jeszcze jedna miła Pani z klatki 14b. Ona też sprzątała. Ale inni mieli w dupie.

- Jeszcze raz przyłapię panią, że nie sprząta pani kup po swoim psie, to zadzwonię po Straż Miejską.
- pie*dol się.
Normalnie powinna dostać w ryj, ale że akurat pie*dolić się lubię….

Szybko jednak się zreflektowałem, ścierając sobie z ust ten rozmarzony uśmiech. To była kolejna, jak zwykle nieudana, lecz tym razem ostatnia próba edukowania bydła. Postanowiłem od tej chwili czynić zło. Zniżyć się do ich poziomu i odpłacać pięknym za nadobne. Jak Kuba Bogu tak Bóg Fidelowi. I ch*j.

Potrzebny był mi pies, a ten akurat zniknął z mojego życia wraz ze swoim właścicielem. Jak zawsze musiałem więc liczyć wyłącznie na siebie. Wymyśliłem, że będę srał na trawniki sam. I tak…
za pierwszym razem nie zdążyłem dobiec do trawnika po wypiciu kefiru,
za drugim razem zdrętwiały mi nogi,
za trzecim razem na chodniku stała jakaś młoda, zakochana para, a że ja jestem wstydliwy…..
A za czwartym razem to się okazało, że trawnika nie ma, bo go rozkopali ci od sieci ciepłowniczej.

Cały świat przeciwko mnie. Nie dane mi więc będzie zniżyć się do poziomu bydła. Zostanę już tu, gdzie jestem, choć czasem wcale mi z tym dobrze nie jest.

Fot. Internet


wtorek, 28 stycznia 2014

słodka zemsta

część I tu <click>

Przymusowa przeprowadzka Dynamicznego Damiana do biurka przy akwarium Gandzi była całkiem niezłym pomysłem. Gandzia to był kawał gnoja i nikt go nie lubił. Cholerny cwaniak i kłamca, typowy korpoterrorysta, obserwował nas codziennie zza tych szyb znad „Rzeczpospolitej”. Ale od kiedy podrzuciliśmy mu Dynamicznego, co tylko podniósł wzrok, spoglądał na niego, opadały mu powieki i stawał się senny. I o to nam chodziło. Skoro już nie mogliśmy się go pozbyć….

A próbowaliśmy. Wymyślaliśmy różne sposoby i do jednego z nich chcieliśmy namówić Edith. Ten akurat był najlepszy i najprostszy. Wymyśliliśmy, że Edith, jako asystentka, pod jego nieobecność zasłoni mu w akwarium żaluzje, a kiedy tylko Gandzia zjawi się po lunchu w biurze, potargamy Edith bluzkę oraz stanik i wepchniemy za drzwi. I będziemy filmowali, jak wybiega z krzykiem. Nie wiem, co z tym pomysłem było nie tak, ale Edith za żadne skarby nie chciała się zgodzić. Mimo, że obiecaliśmy zwrócić jej kasę za stanik i za bluzkę. Zresztą zrzucić chcieli się wszyscy i obojętnie, jaką drogą by kupiła, wychodziłoby najwyżej pięć zeta od łeba.

Niestety ten pomysł, jak i wiele innych spalił na panewce. Ale okazja, żeby dopiec Gandzi nadarzyła się wkrótce sama. A wszystko w dniu, gdy z Ifałkiem wybraliśmy się na zakupy. Zobaczyliśmy go w oddali z żoną oraz z córką. I kiedy Ci się rozdzielili, poszliśmy powoli za nią do Sephory. Żeby jakoś nie wtopić, wymyśliliśmy sobie pseudonimy operacyjne. Ja chciałem być Sebą a Dawid Krystianem.

Plan był taki. Wszedłem do Sephory i spacerowałem tuż przy żonie Gandzi. Za chwilę wpadł Ifałek i woła od progu:
- Sebaaa, wiesz, kogo widziałem?
Ja stałem koło niej dyskretnie się przyglądając.
- Sebaaaaaaa – darł się od wejścia Ifałek.
- eeeeeee, Sebaaaaaaaaaaa – krzyknął głośniej.
- Rafiku! – ryknął – ku*wa – dodał ciszej.
Żona Gandzi spojrzała dyskretnie. I wtedy dopiero skojarzyłem, że ja jestem Sebą.
- co tam Ifa… eee, no Krystian?
- ty wiesz kogo widziałem?
- no. To znaczy nie. No kogo? Gadaj?
- Gandzię.
- był z tą lafiryndą z księgowości, co mu laskę robi?
- nie. Był sam, choć wydawało mi się, że tę drugą, z zamówień, tuż obok widziałem.
- ehhh, nieważne. To nie nasza sprawa Krystian. On już wszystkie stukał. Nawet tę sprzątaczkę.
I w tym momencie osłupiała żona Gandzi upuściła na podłogę luksusową wodę. My udając, że nic nie widzimy, wyszliśmy powolnym krokiem z tej Sephory.

Gandzia następnego dnia nie przyszedł do pracy. Nie przychodził zresztą cały długi tydzień. Ale gdy po tygodniu wrócił, zrobiło się niewesoło…


poniedziałek, 27 stycznia 2014

o take robotje my sie modlilim

O take robotje my sie modlilim. No może niekoniecznie modlili, bo zarówno ja, jak i Ifałek byliśmy niewierzący. Ifałek to był mój najlepszy kumpel z poprzedniego korpo. Zresztą długo po tym, jak nasze drogi się rozeszły, spotykaliśmy się jeszcze od czasu do czasu na obiad albo wódkę. Ifałek to była ksywa, a wzięła się z tego, że kiedy Dawid (bo tak miał na imię) przyszedł do naszej firmy, to nie znał tej całej korpo gadki. I kiedy przyszedł e- mail, zatytułowany „coś tam, coś tam IVQ”, to Dawid nie skojarzył, że chodzi o czwarty kwartał i zapytał: Ejj, co to jest to ifałku? No i wtedy został Ifałkiem, pieszczotliwie zwanym Czwartym Kwartałem.

Z Ifałkiem od razu załapaliśmy wspólny klimat, do tego stopnia, że musieliśmy siedzieć obok siebie. Pracowaliśmy w sporym „ołpen spejsie”, dość ładnym i wygodnym. Pech chciał, że ja siedziałem w miejscu, gdzie z chłopakami mieliśmy ustawione cztery biurka i wszystkie były zajęte. Po mojej lewej siedział akurat Dynamiczny Damian i to jego miejsce upatrzyliśmy sobie z Ifałkiem. Trzeba było tylko przekonać do tego pomysłu Dynamicznego.
- eee, Damian. Sprawa jest – zacząłem.
Minęło dziesięć sekund, Dynamiczny Damian odwrócił się powoli w moją stronę i zapytał:
- taaaaaak? A coooooo?
Swoją drogą pozbycie się go z naszego towarzystwa było najlepszym rozwiązaniem, bo każdego z nas osłabiał. Nawet kawa, którą popijał Dynamiczny Damian była zawsze taka słaba, że aż się przewracała. Co za typ.
- wskakujesz na miejsce Ifałka, koło akwarium, a Ifałek przejmuje twoje biurko.
Minęło piętnaście sekund, zanim Dynamiczny poukładał sobie wszystko w głowie, to znaczy, tak nam się wydawało, bo za chwilę zapytał.
- jaaaaak tooooo? Dlaaaaaaczeeeego? Nieeee rozuuuumieeeem.
- pakujesz się i wypier*alasz – ten Ifałek nigdy nie był dyplomatą.
- ale dlaaaaaaczegoooo? – dopytywał dalej.
- bo było losowanie i przegrałeś – powiedział Dawid.
- jakieeeee losooowaaaanieeee? Ja niiiic nieee loooosoooowaaaałeeem.
- Rafik rzucał za Ciebie monetą i przegrałeś.
Dynamiczny Damian zaczął się powoli robić czerwony, zawsze tak reagował, jak był zestresowany, mrugał powiekami i zaczynał kichać. I kiedy obrócił się na swoim krześle, żeby nie skichać komputera, poprzenosiliśmy z Ifałkiem jego graty i zanim Dynamiczny zdążył obrócić się z powrotem, to my wieźliśmy go już na krześle w stronę biurka przy akwarium. Akwarium, w którym siedział dyro, zwany od nazwiska Gandzią. Kawał skur*ysyna.

Można rzec, że Dynamiczny Damian miał dość mocne wejście, bo kiedy go tym krzesłem przewoziliśmy, to nie zdążyliśmy wyhamować i wyje*aliśmy nim prosto w biurko, przyciskając go z całym impetem do blatu. Dynamiczny aż głośno jęknął i skrzywił się z bólu, Gandzia podniósł wzrok znad „Rzeczpospolitej”, a my z Ifałkiem szczerząc się do Gandzi, podnieśliśmy kciuki w górę, rzucając na odchodne: Będzie ci z nim dobrze Jaro.

I tym sposobem siedzieliśmy z Ifałkiem koło koryta, które napełniali nam po każdym ważniejszym spotkaniu, znosząc resztki cateringu z sali konferencyjnej, która była tuż po sąsiedzku. Siedzieliśmy, wpier*alaliśmy ciasteczka, a kasa zawsze na czas nam na konto spływała. I o takej robocje my marzylim.

część II tu <click>



niedziela, 26 stycznia 2014

ojciec prawdę ci powie

- Dzisiaj walczy Szpilka – powiedział mój ojciec, zacierając ręce.
- Tak? To będziesz oglądał. Powiesz mi, kto wygrał.
- A będę. Będę trzymał kciuki, żeby każdą rundę wygrał, ale żeby mu mordę na koniec obili i padł od nokautu.
- A dlaczego tak?
- Bo to bandyta jest i zawsze robi takie groźne miny – odpowiedział ojciec, marszcząc groźnie brwi i patrząc spod byka.
- Bo on tak specjalnie, no, psychologicznie. Przeciwnika straszy.
- Kliczko tak nie straszył. Ale ten Kliczko to porządny jest. Ty. A ten Janukowycz to mu zaproponował stanowisko wiceministra. Tam się dzieje, tam się dzieje – pomarudził ojciec i pokiwał głową.
- Przyjął?
- Nieeee. Odrzucił. Taki to na prezydenta. Bogaty, to by nie kradł.
- Po co ludziom tyle pieniędzy? – wtrąciła się mama.
- A żeby se willę wybudować. Na przykład w Portugalii. Jak ta, no, jak jej tam? Górniak – odparł jej mój ojciec.
- Kiedy on by tam miał jeździć do tej Portugalii, jak tam się ciągle tłuką? – zapytała.
- Górniak to może mieć willę w Portugalii. W końcu to jest gwiazda – niepotrzebnie się odezwałem.
- Gwiazda, gwiazda. Jak ja słyszę gwiazda, to mnie trzęsie. Santor to była gwiazda. A ty wiesz Rafał, że ona ma szesnaście tysięcy emerytury?
- Taaa. Czterdzieści pięć. – to mama - On wszystkie plotki czyta i całymi dniami te mądrości opowiada.
- Nie wiedziałem.
- Ostatnio czytałem. Szesnaście tysięcy i to z takiego śpiewania. Nie. No dobra. Ta to przynajmniej ładnie śpiewała. Kiedyś to były piosenki, a nie to, co dzisiaj.
- Nie zazdrość ludziom kasy – dorzuciła mama. Zdrowie jest najważniejsze.
- No. To fakt. Kasa, kasą, a tu fik i człowieka nie ma. A Ty wiesz, że ta Eris nie żyje?
- Co to za jedna ta Eris? – zapytałem.
- Ta od kosmetyków.
- Doktor Irena Eris? O kurcze. Nie wiedziałem.
- No. Ta to miała kasy od tego Johnsona – odpowiedział ojciec, łapiąc się za głowę.
- To chyba Barbara Piasecka-Johnson nie żyje. To polska miliarderka była – tak coś skojarzyłem.
- A to może ta nie żyje. Taka do Suchockiej podobna była nie? – zapytał.
- Ja tam baby nie kojarzę, ale wydaje mi się, że do Suchockiej podobna była jedynie Suchocka.
- to Żydówka jest – wypalił mój ojciec.
- A niech sobie będzie, co mnie to obchodzi – wzruszyłem ramionami.
- Rosatti podobno też?! Gdzieś tam przeczytałem.
- Mnie naprawdę to nie interesuje. Niech tam sobie będą. A Rosatti to pewnie był Włochem – zażartowałem.
- Jak Zanussi. No nawet mi pasuje. Ale on tak pięknie mówi, z taką ładną dykcją.
- Bo pewnie przez Mosad został wyszkolony….



środa, 15 stycznia 2014

Bóg, brak honoru, Czesiu i ku*wa

Czesiu jako żarliwy katolik, przyjmował kolędę raz w roku i chodził do kościoła w każdej wolnej chwili. Spowiadał się ze swych grzechów każdego miesiąca. Miłował Pana Boga ponad swe marne życie, a Pan Bóg miał Cześka w dupie, dając temu wyraz, płatając mu figla, tworząc go na podobieństwo „zewsionego” głupka. Pamiętam ten dzień, kiedy poznałem Czesia i w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jest lekko pie**olnięty. Szybko jednak okazało się, że nie znam się na ludziach i źle pomyślałem. Bo Czesiu był popie**dolony i to całkiem zdrowo. Właściwie tak poku*wionego człowieka nie spotkałem nigdy.

Czesiek był brzydki jak noc listopadowa, właściwie biorąc pod uwagę ostatni listopad, to w całym miesiącu nie było tak brzydkiej nocy. Wyglądał trochę jak połączenie świnki morskiej z fraglesem. Czyli był świnkinsem. No i śmiał się wstecznie. Ze świnkinsem od początku jakoś się nie układało. Miał się za lepszego, lepiej wykształconego, no i w tym naszym korpo pracował sześć miesięcy dłużej, więc miał się za boga i chciał mną dyrygować, co powodowało opór oraz tarcia. Czesiu był skarżypytą. Z każdą drobną sprawą zaraz biegł do szefa. Bo czuł się niepewnie, no i był wieśniakiem.

Właściwie to był nawet taki okres, kiedy wydawało mi się, że z Czesławem można się dogadać. Lecz kiedy zaczęły dochodzić mnie słuchy, że Czesiu opowiada wszystkim dookoła to, co powiedziałem mu kiedyś w zaufaniu, w momencie słabości, to krew mnie zalała. Czesiu lubił zajmować się sprawami innych, bo sam nie miał życia. Nie miał też kolegów, ani z podstawówki, ani szkoły średniej. Na studiach też z nim nikt zadawać się nie chciał, choćby za pieniądze. Sfrustrowany Czesiek mieszkał z rodzicami (zresztą na początku mama odbierała nawet Cześka z pracy) do trzydziestego trzeciego roku życia, spędzając czas z nimi i swoimi psami. Psy to jedyne istoty, które kochały Cześka bezwarunkowo. Do czasu.

Bo gruchnęła wiadomość, że Czesiek się żeni. Narzeczona Cześka była po trzydziestce i jak większość panien z dobrych domów ze wsi, zaczęła na siłę szukać sobie męża. Więc padło na Cześka, bo jak nie ma co się lubi… Narzeczeństwo trwało krótko, ledwie sześć miesięcy i po skromnym przyjęciu Czesiek został mężem. Dzień ten był dla Cześka też szczególnie ważny, bo w noc po weselu stracił swój wianuszek, co się objawiało radosnymi gwizdami jeszcze dwa tygodnie.

Czesiek przez całe lata karmił mnie wspomnieniami z wojska, opowiadał z pasją o czołgach i pancernych wozach. Wspomnienia z tego czasu były w Cześku żywe, bo sam nigdy nie był choćby na koloniach. Zresztą historyjek Cześka było całkiem sporo i wiele zmyślonych. Jedna nawet taka wzięta prosto z porno, którą zaczął opowiadać, gdy się okazało, że mimo zaawansowanego wieku wciąż był „nierusany”. Czesiek w swym marnym życiu widział tylko cztery cycki, wliczając w to cycki matki, gdy ta karmiła go piersią, tuż po urodzeniu.

Łonaczący po hanysku Czesiek, przebrany za kloszarda, krytykował mnie za wszystko. Za sposób mojej pracy, za brak wykształcenia i styl ubierania. Skarżąc na mnie, kopiąc pode mną dołki, doprowadził do tego, że straciłem wiarę w swoje własne siły. Na szczęście na chwilę. A po co o tym piszę? Bo każdy ma w pracy takiego swojego Cześka, dla którego jedynym sposobem, by zaistnieć, jest pogrążanie innych i każdy ten krzyż niestety nosić musi czym strasznie sobie szkodzi. Każdemu szefowi w korpo też taki mierny Czesiek zawsze się przydaje. A Czesiek, jak to Czesiek, mimo, że jest ku*wą, to jest też katolikiem. I pójście do spowiedzi załatwia dla niego sprawę.

bring it