Krystyna przez całe długie lata była zwolenniczką naturalnej antykoncepcji. Żyjąc zgodnie z naukami swojego kościoła, stosowała wyłącznie kalendarzyk małżeński. Starała się też nie ulegać pokusom męża i używać seksu tylko w celach prokreacji. A że chciała utrzymać Kazika i czasem też jej się zachciało...
Oznaczała więc dni płodne i niepłodne, sporo na ten temat czytała, słuchała też porad eksperta proboszcza i wszystkim się szczyciła, że oni z Kazikiem tylko naturalnie. Bez żadnych pigułek, czy prezerwatywy. Metoda Krystyny okazała się dość zawodna, no chyba, że Kazik czasem ją zaskoczył, gdy dość mocno spała.
W każdym razie, mając trzydzieści dwa lata i ośmioro dzieci Krystyna poczuła, że już jest styrana. Postanowiła porzucić ten swój kalendarzyk i stosować metody bardziej nowoczesne i raczej sprawdzone. Krystyna założyła sobie spiralkę.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby spiralka Krystyny nie była za długa. Bo jadąc PKS-em, do miasta, do pracy i siedząc wygodnie, Krystyna podskakiwała na każdym wertepie. Właściwie na wertepach podskakiwali wszyscy, lecz ona najwyżej, uderzając głową w sufit autobusu. Podróże do pracy były dość bolesne i Krystyna wychodziła wciąż poturbowana. Zaczęły ją wkurzać bandaże na głowie. A wszystkiemu winna przeklęta spiralka, z którą Krycha w końcu bez żalu się rozstała, opisując szkodliwość tej metody w gazetce parafialnej.
