sobota, 5 lipca 2014

jąkała

Ja to jednak kariery w dyplomacji nie zrobię. W ogóle kariery nie zrobię, bo mnie z tej nowej firmy wypier*olą i to chyba wkrótce. Nim zdążą się odbić echa skandalu, po moim spotkaniu z klientami, na które mnie wysłali. Bo ja jestem ponoć elokwentny, potrafię poprowadzić rozmowę, wprowadzić dobrą atmosferę i tryskam humorem. I trysnąłem. Po kolejnym drinku. Bo spotkanie było z tych mniej oficjalnych, po godzinach, za firmowe pieniądze.

Bo zamiast trzymać język za zębami i według starej zasady, mniej mówić, a więcej słuchać, dałem się ponieść i gdy ci zaczęli opowiadać dowcipy, dowcipem błysnąłem i ja. A dowcip był mniej więcej taki:

Dwóch jąkałów założyło się, który szybciej kupi w kiosku paczkę fajek. Biegnie pierwszy, podbiega do okienka i mówi:
- po.. po… poproszę p.. p… paczkę po.. po.. popularnych.
- dziesięć złotych.
Biegnie z powrotem, drugi jąkała mierzy czas. Pik, pik. Dwanaście sekund. Nieźle. Biegnie do kiosku ten drugi, podbiega, staje przy okienku i mówi:
- po.. po.. poproszę p.. p.. paczkę kkk.. kkk… karo.
- w twardym, czy w miękkim opakowaniu?
- tyy, tyy, ty kk.. kur*o.

I gdy wszyscy zrywali boczki i ubaw mieli po paszki, ten jeden tylko się nie śmiał. Myślałem, że może nie zrozumiał, od początku był jakiś taki podejrzany i nawet zdania z nim nie zamieniłem. Więc zacząłem mu tłumaczyć. A on mi na to.. zro, zro, zrozumiałem..

Dyrektor dużej znanej firmy, naszego największego klienta…

piątek, 4 lipca 2014

masakra tasakiem z biedronki i nożami z lidla

Marcelina wracała do domu w radosnym nastroju. Czerwcowy wieczór był cudowny, lekki, ciepły, w powietrzu unosił się zapach kwitnących drzew, rosnących w alei, przy której mieszkała. Unosząc się jakby tuż nad ziemią, frunęła niemal tak lekka jak motyl. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu od czasu, kiedy Michał, jej mąż, dziś już były, zostawił ją dla innej. Młodszej. Szczuplejszej. Wcale nie ładniejszej. I bez klasy. Po prostu zwykłej szmaty. Dzisiejszy dzień odmienił życie Marceliny, a właściwie to dzisiejszy wieczór. Bo dzisiaj wieczorem Marcelina była na pierwszej, od dziesięciu lat, randce. Z Jarkiem, kolegą z księgowości.

Odejście męża Marcelina okupiła silnym załamaniem. Dosłownie z dnia na dzień Michał spakował walizki i wyprowadził się z ich domu, zostawiając ją z trójką małych dzieci. Dzieci…. Dzieci były dla niej całym światem, sensem jej życia, szczególnie w chwili, gdy wydawać by się mogło, że nic już przy życiu jej nie trzyma. Była dumną matką a one były jej ostoją i największą radością. Jedenastoletni Grześ, dziewięcioletni Staś i siedmioletnia Zosia. Jej kochane łobuziaki, roześmiane, rozkrzyczane, takie żywe srebra. Bo wszędzie ich było pełno.

Kiedy Marcelina przekręcała klucz w zamku, zdziwiła się, że w mieszkaniu, mimo dosyć wczesnej pory, panuje cisza, jak makiem zasiał. Uśmiechnęła się pod nosem, bo nie pamiętała już, kiedy jej dzieci były aż tak grzeczne. Zazwyczaj dom był pełen gwaru, przekomarzanek, każde każdemu płatało przeróżne psikusy. Przy każdej okazji. Po sto razy na dzień. Marcelina delikatnie nacisnęła klamkę w drzwiach pokoju chłopców i uchylając lekko drzwi zajrzała do środka. I zamarła…. Jej przeraźliwy krzyk słychać było w całej kamienicy, właściwie to we wszystkich kamienicach wzdłuż całej alei. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Grześ leżał na łóżku w zakrwawionej pościeli, krew sączyła się z jego gardła. Obok leżał równie zakrwawiony tasak, który dzień wcześniej kupiła w Biedronce. Na łóżku po prawej leżał Staś, z jego głowy wystawała ledwie rękojeść jej kuchennego noża. A Zosia, jej najukochańsza, złotowłosa Zosia zwisała głową w dół z piętrowego łóżka, z nożem wbitym w pierś. Gęstniejąca krew ściekała strumieniami, sklejając jej blond loczki. Jej oczka były zamknięte, a twarz wykrzywiona w jakimś grymasie, jakby uśmiechu, ale tego Marcelina już dojrzeć nie zdążyła. W całym pokoju panował dziwny zapach, lecz ona go nie czuła. Prawdopodobnie zapach śmierci. Krzyczała jak w amoku, miotała się po pokoju, zdążyła tylko wybrać numer Jarka, nim pociemniało jej w oczach i zemdlała.

Kiedy się ocknęła, wzdrygnęła się na pierwszą myśl, lecz zobaczyła Zosię pochylającą się nad nią i tulącą się czule. Nie wiedziała, co się dzieje, nie potrafiła zebrać myśli. Jej oczy błądziły i tuż obok zobaczyła Grzesia oraz Stasia. Odetchnęła z ulgą. Ale miała sen. I w tej chwili zobaczyła Jarka, który zbierał do worka na śmieci złamany w pół nóż, butelki po ketchupie i drugi, dość ostry nóż wbity w kuchenną, drewnianą deskę, którą chwilę wcześniej wyciągnął spod piżamki Zosi.

wtorek, 1 lipca 2014

pigułka samogwałtu

Zasada wpajana wszystkim małym dzieciom, żeby nie brały cukierków od przypadkowo poznanych, obcych panów, to bardzo dobra zasada i powinna być przestrzegana też w dorosłym życiu. Nawet w czasach kryzysu, kiedy było biednie, przestrzegaliśmy jej wspólnie z kolegami z naszego podwórka. No może nie licząc cukierków od dziadka Leszczyńskiego. Wszystkie dzieci z bloku wołały do niego „Dziadek”, a on zawsze miał w kieszeni dla nas coś słodkiego. No, ale dziadek Leszczyński był niegroźny. Był bardzo stary i bardzo schorowany. I ledwo stał na nogach, więc nie było mowy, żeby jemu ten.., no… tego na widok młodego chłopca.

Co innego Jasiek. Nasz kolega. Trzykrotnie starszy od nas, gdy my mieliśmy mniej więcej po trzynaście lat z okładem. Wprawdzie nie rozdawał nam cukierków, ale za to kupował takiemu jednemu lego. Fajfer pękał z dumy i nam pokazywał wciąż nowe prezenty. Aż się okazało, że za te prezenty Jasiek skradł podstępem wianuszek Fajfera. Czy co tam się kradnie takim młodym chłopcom. Ale nie o tym miało być.

Zasady „niebrania” cukierków od obcych nie przestrzegał także Malik. I się w końcu naciął, gdy mu jeden koleś przyniósł bombonierkę. Ostatnią rzeczą, którą zapamiętał Malik,  było to, że bombon był czekoladowy, a likier wiśniowy. No i jeszcze tylko tyle, że ledwo go przełknął, to od razu prawą ręką sięgnął do rozporka. Gdy ocknął się po czasie, leżał na podłodze, ze spodniami i majtkami spuszczonymi  do kolan, a gdy chciał się ruszyć, poczuł bół w ramieniu i pieczenie w kroku. Nie wiedział jak długo, ani co dokładnie w tym czasie wyprawiał, ale jego ręka znów powędrowała w dół i zaczął nią poruszać, bezwiednie, wbrew woli. I zemdlał. Może trochę z bólu, może z wycieńczenia. I gdy go znalazły koleżanki z pracy, to się okazało, że złośliwy petent dał mu bombonierkę, nafaszerowaną wcześniej nowością na rynku. Pigułkami samogwałtu.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

spotter i nóżki kurczaka kentucky

Wprawdzie historyjka nie jest moja, ale świetnie mi tutaj pasuje... Ze spotted KZKGOP :-)

Od Spottera: Cześć. Z racji z tego, że jestem niezwykle kulturalną osobą na początku chciałbym życzyć wszystkim udanych nadchodzących wakacji 2014. Teraz przejdę do rzeczy. Podróżowałem dzisiaj (10 czerwca) autobusem nr 138, było to około godziny 14:20. Jechała tym autobusem między innymi również pewna dziewczyna, którą chcę pozdrowić i to jej jest poświęcone te nietuzinkowe ogłoszenie. Jesteś blo...ndynką o średniej długości włosów. Miałaś na sobie między innymi ubrane okulary przeciwsłoneczne ze złotymi oprawkami, czarne buty, krótkie szorty, różową koszulkę typu top, czarny stanik (wnioskując po widocznych sexy ramiączkach). Posiadałaś również telefon dotykowy z podłączonymi białymi słuchawkami. Jechałaś i siedziałaś obok koleżanki. Z tego co zaobserwowałem przez większość czasu patrzyłaś się na jakiegoś typa w niebieskiej koszulce, który był ryży. Ja stałem na końcu autobusu (ja blondyn, w czarnej koszulce). Nie podszedłem zagadać, ponieważ chwilę przed wejściem do autobusu skończyłem spożywać kebaba i śmierdziało mi czosnkiem z jamy ustnej. Mam nadzieję, że przeczytasz to ogłoszenie i się odezwiesz. Chętnie Cię zaproszę do restauracji KFC na nóżki kurczaka kentucky, ponieważ posiadam na ten produkt zniżkę. Dodam może jeszcze coś o sobie. Mam dobre serce oraz duszę romantyka. Jednak kiedy potrzeba, to też biję się. Spełniam się zawodowo, gdyż moją pasją jest ochrona środowiska (wiem, może wydawać się śmieszne) i pracuję w tej samej branży. Mimo wszystko nie posiadam dziewczyny. Kiedyś koledzy powiedzieli mi, że może tego powodem jest moja sylwetka. Byłem suchar i leszczu. Zmieniłem to zaczynając ćwiczyć na siłowni, uprawiając kulturystykę - mówiąc fachowo. Poszły mi między innymi plecki, bice, klata, a ja dalej nie mam dziewczyny. Mam świadomość, że miłość można znaleźć o każdej porze i wszędzie. Przykładowo mój kolega ,,wziął'' sobie dziewczynę, to znaczy na dyskotece w klubie Energy 2000 podszedł do dziewczyny i wziął ją na plecy zabierając. Tak się poznali i zostali parą.

piątek, 25 kwietnia 2014

dupa, jesień, średniowiecze

Wczoraj wieczorem przekonałem się boleśnie, co znaczy mieć z dupy jesień średniowiecza. Bo wczoraj wieczorem przyszedł do mnie Adrian. Ehh, ten cały Adrian. Wpadł niby przypadkiem, że podobno był w okolicy, właściwe tuż obok, prawie po sąsiedzku, przyniósł jakieś wino, no i było miło. Bo Adrian to jest naprawdę fajny facet. Zawsze bardzo go lubiłem. Właściwie wydaje mi się, że Adrian mnie tak trochę też. No może bardziej niż trochę. Byliśmy dla siebie kimś więcej, niż tylko kolegami. W końcu zawsze, w każdej kwestii świetnie się dogadywaliśmy. Zawsze mogliśmy też na siebie liczyć, lubiliśmy swoje towarzystwo. No i jak mówiłem, zawsze było miło. Ale nie tym razem.

Bo tym razem bolało...

Choć w zasadzie potrzebowałem dziś relaksu, w trakcie tego cholernego remontu, to przeholowałem z winem. Niewyspany od kilkunastu dni, utyrany od rana do wieczora, załatwiłem się na cacy nędzną butelczyną wina. W dodatku wypitą na spółę. Z kolegą Adrianem. On też był niewyraźny, ale to akurat nic nadzwyczajnego, bo odkąd pamiętam, to miał słabą głowę. I gdy skończyło się wino, wstaliśmy z podłogi i dość chwiejnym krokiem poszliśmy do sypialni, w której rozwaliłem wcześniej pół konstrukcji dachu. Adrian chciał zobaczyć i miał to ocenić swym fachowym okiem. I gdy tak oglądał nadwątlone krokwie, chwycił się sufitu, który runął na mnie, a ja na podłogę, upadając dupą na deskę z gwoździami.

czwartek, 24 kwietnia 2014

biały murzyn

Ten Andrzejek to czasem zachowuje się jak wieśniak. Jak dzisiaj. Akurat palił fajkę przy oknie w kuchni. Wykorzystał moment, gdy nie było w domu mamy, więc trochę przykozaczył. Palił, wydmuchując dym z całych sił, najdalej jak się dało i zobaczył czarnego. Nowego i zarazem pierwszego czarnego w ich klatce. Nie licząc Wietnamek z sąsiedniego bloku, to jedyna egzotyka, jaką Andrzejek widział ostanimi czasy. Wietnamki zresztą od zawsze były trochę podejrzane, bo o ile kojarzę, to nazywają się Kowalskie. Hmmm.

- ty. Rafał. Chodź szybko. Murzyn - zawołał.
- nie murzyn, tylko czarny. Co to ja czarnego nie widziałem?!
- no. Czarny murzyn.
- a widziałeś kiedyś białego murzyna? - zapytałem.

I właściwie od razu sobie przypomniałem, że ja widziałem. Kiedyś. W tefałenie. Czarnego albinosa, który był cały biały, choć w środku był czarny. Ale to akurat była wyjątkowa sytuacja. Taki wybryk natury. Nie wiem, gdzie oni go znaleźli, ale musiało to być tak samo trudne, jak znalezienie fajnej laski w Rudzie Śląskiej. Choć są tacy, co mówią, że wszystko jest możliwe.

- ja to zawsze bałem się murzynów - powiedział Andrzejek.
- i pewnie bałeś się, żeby ci jakiś nie wyskoczył z telewizora.
- coś ty. Ze mną do szkoły chodzili. I jeden tak się zawsze na nas dziwnie patrzył.
- może miał na was ochotę? - uśmiechnąłem się szeroko, że tak mi się żarcik udał.
- no. Cholera wie. Może to był jakiś ludożerca...

sobota, 12 kwietnia 2014

edukacja seksualna

- patrz mamo, jakie to miłe, że Lilianka zaprosiła nas na swoją osiemnastkę. Ja jej na swoją nie zapraszałem.
- bo jak ty miałeś osiemnaście lat, to Lilianka była dopiero w planach na przyszły rok.

Kurczę. Mama to jednak jest bystrzacha. Od dziecka taka była, to znaczy od czasu, kiedy ja byłem dzieckiem. A to powodowało, że strasznie ciężko było zrobić mamę w ch... Znaczy w konia. Było to zwłaszcza kłopotliwe, gdy wyrywałem się, na przykład, na zakupy i chodziłem od sklepu do sklepu, żeby kupować wszystko najtaniej i zaoszczędzić sobie na fajki. Było o tyle łatwo, bo kasy fiskalne były jedynie w supersamie, ale mama skrupulatnie mnie zawsze z reszty rozliczała. Ale ja też byłem bystrym chłopcem. Po mamie. I właściwie nie wpadłbym nigdy z tymi fajkami, gdyby nie ciotka Greta, mama Lilianki.

Ciotka Greta z wujem Adamem odwiedzili nas kiedyś w sobotę, akurat gdy byłem na zakupach. Przyjechali sprzedać samochód na giełdzie. I po wszystkim wpadli do nas. Kiedy, nie spodziewając się niczego złego, wróciłem do domu, natknąłem się na ciotkę Gretę, która mnie wyściskała i wycałowała, po czym głośno skomentowała:
- oj Rafałku, Rafałku. Czuć od ciebie papieroski.
- ode mnie? Niemożliwe. To może od sąsiada, bo palił na dole, a ja stałem obok.
- chuchnij - powiedziała mama.
- sama sobie chuchnij - i plask. Ręka mamy na moim pysku była szybsza niż myśl. To właściwie jedyny raz w życiu, kiedy dostałem od mamy po gębie.
- ojojoj - skomentowała ciotka, cmokając z dezaprobatą.

A kiedy goście wyszli, miałem trzygodzinną pogadankę na temat palenia, głupoty, niewdzięczności, złego wychowania i takie tam ogólnie. Kurde, już chyba wolałbym rozmawiać z ciotką Gretą na temat mojego ożenku. Bo ciotka Greta, od czasu, gdy skończyłem chyba szesnaście lat, pytała mnie czy mam dziewczynę i kiedy się ożenię. I tak za każdym razem.

A dzisiaj? Dzisiaj Lilianka kończy osiemnaście lat i najwyższy czas, żeby ciotka Greta przeprowadziła z nią rozmowę na tematy seksu. Bo z nami mama o "tych rzeczach" nigdy nie rozmawiała. Ale ciotka Greta ma szansę czegoś jeszcze o seksie się nauczyć.

niedziela, 6 kwietnia 2014

remont sremont

Dżizas. Nic mnie tak nie wku*wia jak myśl o remoncie mieszkania. Zbierałem się do niego dwa lata. Dwa cholernie dłuuuugie lata. Za każdym razem, kiedy wchodziłem do domu, chciało mi się rzygać na widok eleganckich, choć już nieco przykurzonych brązowo-beżowych ścian. Bo i te kolory i ten syf działały na mnie depresyjnie. Wchodziłem i siarczyście kląłem w duchu, obiecując sobie, że za miesiąc, że wiosną, że latem. Jak ja nienawidzę tego kurzu, bajzlu i niekończącej się roboty. A jednak.

W ten weekend wziąłem się ostro do roboty, obmyśliłem plan, lecz jasny szlag go trafił już na samym początku. Kląłem i tyrałem, tyrałem i kląłem. I wciąż tak na zmianę. Od rana do wieczora. No nie ma nic gorszego. Narobiłem się jak diabli, harowałem jak wół, ale w końcu widzę już efekty i jakoś od razu mi tak radośniej. I ma to sens.

Przypomniał mi się Tadek. On też nienawidził remontów. Co do niego przychodziłem, to mówił, że musi się wziąć za malowanie mieszkania. Mówił: kufa, jak ja nienawidzę remontów. Tego całego, cholernego syfu. Muszę się w końcu za to zabrać.
Mieszkanie Tadzia bylo wielkie, więc wcale mu się nie dziwiłem.

Po dwóch długich latach wziął się w końcu Tadek za to malowanie. Klął i tyrał, tyrał i klął. I wciąż tak na zmianę. Od rana do wieczora. No nie było nic gorszego. Narobił się jak diabli, harował jak wół, ale  końcu widział już efekty i jakoś od razu było mu radośniej. I miało to sens.

Niedługo jednak się nacieszył swym odnowionym mieszkaniem, bo dzień po skończeniu remontu wpadł pod ciężarówkę.

czwartek, 3 kwietnia 2014

don't drive drunk

Obudził się bardzo późnym rankiem, w zasadzie to już chwilę przed południem. Łeb rozsadzał mu tępy ból, w oczach ciemniało, a przy próbie oderwania głowy od poduszki strasznie mu się w niej kręciło. No tak. Zabalował wczoraj na całego, w osiedlowym barze, przy sklepie, na rogu. I przesadził z wódką. Nie pamiętał z wczorajszego wieczoru prawie nic, od chwili, gdy przybił gwoździa i zasnął przy stole. Zresetował się na dobre. Masakra.

Nie wie, jak wrócił do domu, nie wie też, o której. Rozglądał się dookoła, bo do końca nie był pewien, czy jest w swoim łóżku. No dawno się tak nie załatwił. Właściwie to chyba jeszcze nigdy wcześniej nie doprowadził się do takiego stanu utraty swiadomości. Próbował przypomnieć sobie cokolwiek, ale było ciężko. Ból głowy nie ustępował, lecz gdy przymykał oczy, cały świat wirował. I mocno go mdliło. Zachciało mu się pić. Resztkami sił zwlókł się z wyra i zrobił dwa kroki, po czym runął w dół, prosto na podłogę. Wstał, znów zrobił dwa kroki i znów padł jak długi. No. Nie było dobrze. Nim dotarł do kuchni, wywalił się z pięć razy. Średnio co dwa kroki. Ciągle był pijany i wciąż nie pamiętał, co porabiał w nocy i jak z baru wrócił.

Siadł przy kuchennym stole, oparł głowę na rękach i czekał cierpliwie, aż się zrobi kawa. Od tych cholernych upadków bolały go wszystkie kości. Właściwie przypominał sobie, jak spał przy tym stole i gdzieś po północy obudził go barman, mówiąc, że już koniec i że zamykają. Podniósł się powoli i się wypie*dolił. Upadał tak zresztą jeszcze wiele razy. Ostatni raz przed klatką, tuż przed swoim blokiem. Przypomniał sobie również Kowalską spod trójki, jak patrzyła na niego swym zdziwionym wzrokiem. No tak. Bo choć można by rzec, że Kowalska spod trójki widziała już prawie wszystko, to jego zataczającego się po pijanemu widzieć okazji nie miała, choć starał się udawać, że jest całkiem trzeźwy i gdy się podniósł z ziemi, stanął całkiem prosto.

I gdy przypomniał sobie, jak wrócił piechotą, zadzwonili z baru, że wczoraj wieczorem, po ostrej imprezie, zostawił przez przypadek wózek inwalidzki.

środa, 2 kwietnia 2014

bo spiralka była za długa - czyli o antykoncepcji

Krystyna przez całe długie lata była zwolenniczką naturalnej antykoncepcji. Żyjąc zgodnie z naukami swojego kościoła, stosowała wyłącznie kalendarzyk małżeński. Starała się też nie ulegać pokusom męża i używać seksu tylko w celach prokreacji. A że chciała utrzymać Kazika i czasem też jej się zachciało...

Oznaczała więc dni płodne i niepłodne, sporo na ten temat czytała, słuchała też porad eksperta proboszcza i wszystkim się szczyciła, że oni z Kazikiem tylko naturalnie. Bez żadnych pigułek, czy prezerwatywy. Metoda Krystyny okazała się dość zawodna, no chyba, że Kazik czasem ją zaskoczył, gdy dość mocno spała.

W każdym razie, mając trzydzieści dwa lata i ośmioro dzieci Krystyna poczuła, że już jest styrana. Postanowiła porzucić ten swój kalendarzyk i stosować metody bardziej nowoczesne i raczej sprawdzone. Krystyna założyła sobie spiralkę.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby spiralka Krystyny nie była za długa. Bo jadąc PKS-em, do miasta, do pracy i siedząc wygodnie, Krystyna podskakiwała na każdym wertepie. Właściwie na wertepach podskakiwali wszyscy, lecz ona najwyżej, uderzając głową w sufit autobusu. Podróże do pracy były dość bolesne i Krystyna wychodziła wciąż poturbowana. Zaczęły ją wkurzać bandaże na głowie. A wszystkiemu winna przeklęta spiralka, z którą Krycha w końcu bez żalu się rozstała, opisując szkodliwość tej metody w gazetce parafialnej.

bring it