część pierwsza tu... [click]
Jak postanowiły, tak zrobiły. W drodze losowania wypadło, że na pierwszy ogień, na rozkręcenie tego interesu, pójdzie nerka Gracjeli. Jeżeli można by tu jakoś rozróżnić, to spośród dwóch brzydul, Gracjela była tą mniej brzydką. Ale przy okazji głupszą. Dlatego zawsze przegrywała z Grizeldą wszelkie zakłady oraz losowania. Nie było to dla niej żadnym powodem do dumy, bo bycie najładniejszą wśród najbrzydszych nie było honorem.
Stanęły więc razu pewnego Grizelda z Gracjelą tuż koło kościoła, na chwilę przed nieszporem, z dużym ogłoszeniem, że sprzedadzą nerkę. Jako, że siostry były wyjątkowo brzydkie, brzydka pewnie była również nerka. A brzydkiej nerki żaden klient by nie chciał. Choćby i za darmo. Wiadomo, takie czasy, klyjent płaci, klyjent wymaga. Wszystkie staruszki w drodze do kościoła omijały je szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem. Zaalarmowany kościelny wybiegł nawet przed kościół z kropidłem i wiaderkiem wody, ale kiedy je zobaczył, szybko się wycofał. Zainteresowanie było niestety słabiutkie. Zainteresowała się nimi jedynie miejscowa policja, robiąc obławę i oskarżając siostry o nielegalny handel.
Akcja policyjna odbiła się szerokim echem we wszystkich lokalnych mediach. Gazety pisały, a radia nadawały serwisy co godzinę, o skutecznym rozbiciu szajki handlarzy organami.
Z tą akcją rozbijania szajki było zresztą tak, że kiedy wozy policyjne nadjechały na sygnałach z każdej strony, wyskoczyli z nich dzielni policjanci oraz antyterroryści, którzy minęli Grizeldę i Gracjelę szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem, po czym wielkim taranem wyważyli drzwi kościoła, wrzucając świece dymne i granaty hukowe. Dopiero po opatrzeniu ran i ocuceniu staruszek oraz kościelnego, posterunkowy Malik zadzwonił na zapamiętany przez jedną z nich numer telefonu. Tak oto wpadły Grizelda z Gracjelą. Nie dane im chyba było odmienić swego losu.
Grizelda i Gracjela dość szybko zostały z pierdla zwolnione, ze względu na duże zaludnienie. Bo kiedy je tam przewieziono, do jednej z dwóch celi posterunkowego aresztu, pozostałe aresztantki omijały je szerokim łukiem, patrząc na nie z obrzydzeniem i zażądały przeniesienia pod groźbą samobójstwa. Siostry miały więc dla siebie całą celę, w drugiej zaś siedziało czterdzieści turystek z bułgarskiej wycieczki. Przeniosły się tam również wszystkie szczury.
Choć Gracjela była głupia, to ona wymyśliła inny sposób na zrobienie kasy. I wpadła na niego przypadkiem. Słuchając wystąpień posłów Palikota….
Pewnie niektórzy trafią tu przypadkiem. Jednych skusi nazwa i chęć przeżycia niesamowitej przygody na boku. Innych, chęć pooglądania gorących akcji. Geneza nazwy jest jednak prosta, jak budowa cepa. Cyber-burdel to pomieszanie z poplątaniem. Pisanie o wszystkim i o niczym. W sieci. Ze zwykłej chęci pisania dla siebie i wprawiania się w tym. Dla przyjemności.
poniedziałek, 30 września 2013
niedziela, 29 września 2013
gdzie te gorące akcje?
No to mi wcisnęli niezły kit w tej bibliotece. Jakiś czas temu przeczytałem, a właściwie przebrnąłem przez „50 twarzy Greya”. Wziąłem się za to z czystej ciekawości. I się załamałem. No bo wyszło na to, że nie ma tam nic takiego, czego człowiek by nie robił. I to w podstawówce. Nie wiem, co mnie wzięło, by poczytać dalej, chyba trochę z nudów. Poszedłem więc do biblioteki, mojej ulubionej i mi to wcisnęli. „Portret Doriana Graya” od jakiegoś Wilde’a. Ja tam gościa nie kojarzę, więc wziąłem tę książkę ze sobą do domu i w pierwszej wolnej chwili zabrałem za czytanie. Czytałem i czekałem, aż się zacznie akcja. Lecz się nie zaczęła. No jasna cholera.
czwartek, 26 września 2013
walc Krystyny
pierwsza część jest tu... [click]
Krista po swoim wyskoku z telefonem z urzędu skarbowego omal nie umarła. Ze strachu. Było nam jej żal. Wymyśliliśmy więc na szybko strategię, że będziemy robić z siebie głupków. Wredny Rak musiał wtrącić te swoje trzy grosze i powiedział, że nie będzie trudno. Więc, gdy kilka minut później znów zadzwonił telefon, odebrałem i powiedziałem, że główna księgowa jest na urlopie. Poprosiłem o kontakt następnego dnia.
Dzień później nasza księgowa odebrała telefon i zmienionym głosem umówiła się na kontrolę kolejnego dnia. O ósmej. Będąc głównym sprawcą zamieszania, zobowiązałem się, że przyjadę po nią i podwiozę do pracy, żeby się nie tłukła autobusem z rana. Dziesięć razy mi przypominała, że mam być punktualnie. Wstałem więc o szóstej, poszedłem pod prysznic, napiłem się kawy. Czasu miałem mnóstwo. Do Kristy jechało się piętnaście minut i dziesięć do firmy. Dwadzieścia po siódmej ruszyłem spod domu. Przejechałem skrzyżowanie, a później kolejne. Przejechałem ze dwa kilometry i gdy wjechałem na estakadę, zobaczyłem trzy zamknięte pasy a na środku walec. I kiedy tak się wlokłem za tym walcem i setką samochodów, uświadomiłem sobie, że nikt mi nie uwierzy. A na pewno Krista.
Kiedy podjeżdżałem pod dom Krystyny i zobaczyłem ją tupiącą ze złości, krew mi odpłynęła. Otworzyła drzwi i zaczęła krzyczeć. O, jak ona krzyczała. Darła się wniebogłosy, a ja nie mogłem dojść do słowa. I co mi znowu powiesz? Co teraz wymyślisz? – zapytała. Więc odparłem zgodnie z prawdą, że wstrzymał mnie walec. Bałem się, że mnie zabije i trochę skuliłem, ale ona zaczęła się śmiać. Śmiała się równie głośno, jak wcześniej krzyczała. Śmiech przeszedł w histeryczny, gdy uświadomiła sobie, że już jest spóźniona. Można było przypuszczać, że ten ze skarbówki tak śmiał się nie będzie.
I choć gość był sztywny, jak jego koleżanka, to kontrola poszła dobrze. Mieliśmy trochę zamieszania i troszeczkę stresów. Krystyna podśpiewując, sprzątała papiery, a my poszliśmy na fajkę. Gdy wróciliśmy, zdziwiliśmy się tylko, że wyszła tak znienacka i bez pożegnania. Zamknęliśmy ten burdel i poszliśmy w cholerę. Właściwie na piwo, by odreagować. I gdy tak siedzieliśmy w tej knajpie, dzwoniła do nas Krista. Do wszystkich po kolei. Żeby się nie denerwać, nikt z nas nie odebrał. Pewnie nic ważnego.
Kiedy następnego dnia przyszedłem do pracy pierwszy, zobaczyłem Kristę. Pomyślałbym, że była tak wcześnie, gdyby nie to, że nie miała kluczy i ciągle słodko spała. Na biurku naszego szefa, z torebką pod głową...
Krista po swoim wyskoku z telefonem z urzędu skarbowego omal nie umarła. Ze strachu. Było nam jej żal. Wymyśliliśmy więc na szybko strategię, że będziemy robić z siebie głupków. Wredny Rak musiał wtrącić te swoje trzy grosze i powiedział, że nie będzie trudno. Więc, gdy kilka minut później znów zadzwonił telefon, odebrałem i powiedziałem, że główna księgowa jest na urlopie. Poprosiłem o kontakt następnego dnia.
Dzień później nasza księgowa odebrała telefon i zmienionym głosem umówiła się na kontrolę kolejnego dnia. O ósmej. Będąc głównym sprawcą zamieszania, zobowiązałem się, że przyjadę po nią i podwiozę do pracy, żeby się nie tłukła autobusem z rana. Dziesięć razy mi przypominała, że mam być punktualnie. Wstałem więc o szóstej, poszedłem pod prysznic, napiłem się kawy. Czasu miałem mnóstwo. Do Kristy jechało się piętnaście minut i dziesięć do firmy. Dwadzieścia po siódmej ruszyłem spod domu. Przejechałem skrzyżowanie, a później kolejne. Przejechałem ze dwa kilometry i gdy wjechałem na estakadę, zobaczyłem trzy zamknięte pasy a na środku walec. I kiedy tak się wlokłem za tym walcem i setką samochodów, uświadomiłem sobie, że nikt mi nie uwierzy. A na pewno Krista.
Kiedy podjeżdżałem pod dom Krystyny i zobaczyłem ją tupiącą ze złości, krew mi odpłynęła. Otworzyła drzwi i zaczęła krzyczeć. O, jak ona krzyczała. Darła się wniebogłosy, a ja nie mogłem dojść do słowa. I co mi znowu powiesz? Co teraz wymyślisz? – zapytała. Więc odparłem zgodnie z prawdą, że wstrzymał mnie walec. Bałem się, że mnie zabije i trochę skuliłem, ale ona zaczęła się śmiać. Śmiała się równie głośno, jak wcześniej krzyczała. Śmiech przeszedł w histeryczny, gdy uświadomiła sobie, że już jest spóźniona. Można było przypuszczać, że ten ze skarbówki tak śmiał się nie będzie.
I choć gość był sztywny, jak jego koleżanka, to kontrola poszła dobrze. Mieliśmy trochę zamieszania i troszeczkę stresów. Krystyna podśpiewując, sprzątała papiery, a my poszliśmy na fajkę. Gdy wróciliśmy, zdziwiliśmy się tylko, że wyszła tak znienacka i bez pożegnania. Zamknęliśmy ten burdel i poszliśmy w cholerę. Właściwie na piwo, by odreagować. I gdy tak siedzieliśmy w tej knajpie, dzwoniła do nas Krista. Do wszystkich po kolei. Żeby się nie denerwać, nikt z nas nie odebrał. Pewnie nic ważnego.
Kiedy następnego dnia przyszedłem do pracy pierwszy, zobaczyłem Kristę. Pomyślałbym, że była tak wcześnie, gdyby nie to, że nie miała kluczy i ciągle słodko spała. Na biurku naszego szefa, z torebką pod głową...
wtorek, 24 września 2013
Grizelda i Gracjela
Jeżeli bylibyście w stanie wyobrazić sobie istoty tak brzydkie, że brzydszych już sobie wyobrazić nie można, to prawdopodobnie byłyby to właśnie Grizelda z Gracjelą. Dwie siostry, mieszkające razem, w odrapanej, walącej się kamienicy nieopodal wysypiska śmieci, po drugiej stronie bagna. Tak koszmarnie brzydkie, że nawet imię Grizelda było dla nich zbyt ładne. Nie mówiąc o Gracjeli.
Grizelda z Gracjelą nienawidziły ludzi. Z wzajemnością. Kiedy wychodziły z domu, dzieci uciekały z krzykiem, chowając się w spódnicach matek, psy skomląc uciekały w krzaki, ptaki przestawały ćwierkać, słońce kryło się za chmury. Nawet wiatr ucichał, choć na wysypisku śmieci zawsze wiało jak cholera.
Grizeldzie i Gracjeli nigdy się nie przelewało. Od dziecka, kiedy jeszcze mieszkały w tej kamienicy razem z rodzicami. Rodzice zresztą też nie poświęcali córkom czasu, zajęci zbieraniem butelek i czasami złomu. Grizelda i Gracjela nie miały w szkole koleżanek. Nie miały też zwierzątek. Raz tylko, gdy rodzice znaleźli w lesie pieska, przywiązanego do drzewa, postanowili sprawić córkom radość i wzięli go do domu. Piesek był bialutki z czarnymi łatkami. Słodziutki kundelek, z dużymi oczami. Płaczom i krzykom nie było końca, gdy matka Grizeldy i Gracjeli zaczęła go przymierzać do dużej brytfanny. Rodzice się zlitowali. Zachwytom nie było końca. Karmiły go przysmakami, pieściły, głaskały, a pies wył wniebogłosy. Skulony, wystraszony. I kiedy tylko nadarzyła się okazja, uciekł sam do lasu i przywiązał się do drzewa. Rozpacz była wielka. Aaa. Był jeszcze kotek. Lecz ten akurat popełnił samobójstwo, skacząc z okna strychu, na którym mieszkały Grizelda z Gracjelą. Razem z rodzicami. Wtedy też był dramat. Żeby jakoś rozweselić córki, rodzice przebrali je za śmierć i zarazę i kazali postraszyć dzieci od sąsiadów.
Na takich to rozrywkach płynęło im życie. Grizelda i Gracjela żyły sobie wspólnie, kontynuując rodzinne tradycje. Żyły sobie z tego, co znalazły na śmietniku. Tak, jak ich rodzice, ze złomu i butelek. Choć zdarzało im się czasem trafić rarytasy. Jak wtedy, gdy znalazły wśród śmieci pięć puszek mielonki. Siostry lubiły swoje towarzystwo. W żadnym innym nie czuły się tak dobrze. Zresztą innego nie miały. Czas spędzały wspólnie . Lubiły wieczorami pospacerować sobie koło oczyszczalni ścieków, wcinając przysmaki, które ukradły wcześniej dzieciakom sąsiadów. Tak było i tego dnia, gdy wspominając nieszczęśliwe dzieciństwo, postanowiły odmienić swój los.
Postanowiły sprzedać nerkę...
część II tu... click
Grizelda z Gracjelą nienawidziły ludzi. Z wzajemnością. Kiedy wychodziły z domu, dzieci uciekały z krzykiem, chowając się w spódnicach matek, psy skomląc uciekały w krzaki, ptaki przestawały ćwierkać, słońce kryło się za chmury. Nawet wiatr ucichał, choć na wysypisku śmieci zawsze wiało jak cholera.
Grizeldzie i Gracjeli nigdy się nie przelewało. Od dziecka, kiedy jeszcze mieszkały w tej kamienicy razem z rodzicami. Rodzice zresztą też nie poświęcali córkom czasu, zajęci zbieraniem butelek i czasami złomu. Grizelda i Gracjela nie miały w szkole koleżanek. Nie miały też zwierzątek. Raz tylko, gdy rodzice znaleźli w lesie pieska, przywiązanego do drzewa, postanowili sprawić córkom radość i wzięli go do domu. Piesek był bialutki z czarnymi łatkami. Słodziutki kundelek, z dużymi oczami. Płaczom i krzykom nie było końca, gdy matka Grizeldy i Gracjeli zaczęła go przymierzać do dużej brytfanny. Rodzice się zlitowali. Zachwytom nie było końca. Karmiły go przysmakami, pieściły, głaskały, a pies wył wniebogłosy. Skulony, wystraszony. I kiedy tylko nadarzyła się okazja, uciekł sam do lasu i przywiązał się do drzewa. Rozpacz była wielka. Aaa. Był jeszcze kotek. Lecz ten akurat popełnił samobójstwo, skacząc z okna strychu, na którym mieszkały Grizelda z Gracjelą. Razem z rodzicami. Wtedy też był dramat. Żeby jakoś rozweselić córki, rodzice przebrali je za śmierć i zarazę i kazali postraszyć dzieci od sąsiadów.
Na takich to rozrywkach płynęło im życie. Grizelda i Gracjela żyły sobie wspólnie, kontynuując rodzinne tradycje. Żyły sobie z tego, co znalazły na śmietniku. Tak, jak ich rodzice, ze złomu i butelek. Choć zdarzało im się czasem trafić rarytasy. Jak wtedy, gdy znalazły wśród śmieci pięć puszek mielonki. Siostry lubiły swoje towarzystwo. W żadnym innym nie czuły się tak dobrze. Zresztą innego nie miały. Czas spędzały wspólnie . Lubiły wieczorami pospacerować sobie koło oczyszczalni ścieków, wcinając przysmaki, które ukradły wcześniej dzieciakom sąsiadów. Tak było i tego dnia, gdy wspominając nieszczęśliwe dzieciństwo, postanowiły odmienić swój los.
Postanowiły sprzedać nerkę...
część II tu... click
poniedziałek, 23 września 2013
wesele ceregiele
Choć Malik już nieco przetrzeźwiał, to wyciągnięcie od niego informacji, w którym ten ślub ma być kościele, graniczyło z cudem. Dokładnie pamiętaliśmy z Mireczkiem, że o ten chodziło. Pod takim wezwaniem, ale może w innym mieście?! Mogliśmy zgadywać do usranej śmierci, lub do siedemnastu, bo tyle jest miast w aglomeracji. Plus do tego wiochy. Isiu był w drodze do domu Malika. Po buty. Więc zadzwoniliśmy do niego, by przejrzał papiery. No musiał być gdzieś jakiś ślad, cholera jasna. Marzyłem tylko o tym, by ten dzień się skończył. My, by nie marnować czasu, wsiedliśmy do auta Miriam, a Isiu miał dojechać, z głupimi butami. Miriam słynął z tego, że zawsze się gubił. Tak, jak i tym razem. Choć upierał się, że wie, dokąd jedzie. I gdy piętnaście minut później zobaczyliśmy auto Isia, jadące z naprzeciwka, dał nam się przekonać i zawrócił za nim.
Kiedy podjechaliśmy pod kościół, to już były tłumy. Całe stado gości. A było tak pięknie. Byliśmy przed czasem, ale w złym kościele. Wszyscy na nas patrzyli, z przerażeniem w oczach, jak na jakieś zjawy. Fakt. Prezentowaliśmy się pięknie. Sflaczali i na kacu. Postanowiliśmy się jednak nie zrażać i wyciągneliśmy Malika z tego cinquecento. Dokładnie z bagażnika, bo Miriam miał vana. W tym czasie podeszła do nas jego narzeczona. Przyznać trzeba... ładna. Choć też trochę stara, ale bardzo niezła i z kompletem zębów. Przedstawiliśmy się ładnie i ją wyściskaliśmy. A ta tylko spojrzała na Malika i się rozpłakała. To pewnie ze szczęścia. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że stał przed nią narzeczony, trochę pokiereszowany, z rozbitym łbem i w spalonym garniturze. W dodatku bez butów. Bałem się, żeby w ostatniej chwili się nie rozmyśliła, bo te wszystkie starania byłyby do dupy. Malik na jej widok bardzo się ożywił, choć ledwo stał na nogach.
W trakcie ślubu Malik zasnął. My z chłopakami również. Jego obudzili w trakcie, a nas pod sam koniec. Przespaliśmy to wszystko, przysięgę i ceregiele. No cholera. Szkoda. Miriam powiedział, że już tam kiedyś w życiu ślub jeden widział, Mireczek miał to w dupie a ja zapytam Isia. On jedyny godnie nas reprezentował. Po życzeniach wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy do restauracji.
Gdy goście weszli do środka, szczęśliwy małżonek chciał przenieść świeżo upieczoną żonę przez próg. I kiedy tak wziął Malik zamaszystym ruchem małżonkę swą na ręce, obrócił się i przekraczając próg, przypieprzył jej głową w futrynę. Na całe szczęście, na całe cholerne szczęście, panna młoda zemdlała tylko na chwilę. Bo kiedy wniósł ją taką, bezwładnie zwisającą mu na rękach, cała sala zamarła. I nikt nie śpiewał "sto lat". Jedynie Miriam nie stracił zimnej krwi i oblał ją zmrożonym szampanem, niszcząc jej tym przy okazji misternie ułożoną fryzurę. - Na szczęście mamy kapelusz - skwitowałem. - No. I ciemne okulary - dorzucił Mireczek. Co on z tymi okularami? Nieważne. Spadł mi poziom stresu i zrobiłem się głodny.
O dziwo, przy obiedzie nie stało się nic strasznego. Zresztą, gdyby nawet, to nie nasza brocha. My już swoje zrobiliśmy. Ożeniliśmy Malika i to było najważniejsze. Niech się martwi żona. Choć trzeba przyznać, że doprowadzenie go do ołtarza kosztowało nas tyle, że musieliśmy się upić. Z nerwów. Bo Malik to jak zawsze.
No i gdy tak po raz któryś wznoszono za nich toast i śpiewano "sto lat", Malik ucałował żonę tak namiętnie, że aż stracił głowę. Stracił także równowagę, gdy siadając, potknął się o krzesło i padł z nim na podłogę. Dokładnie to o jej krzesło, gdy właśnie miała na nim usiąść. Patrzyliśmy spokojnie, jak ta swieżo upieczona żona resztkami sił, rozpaczliwie machając w powietrzu rękami, próbuje złapać równowagę. W ostatniej chwili łapiąc się obrusu, upadła na dupę ze wszystkim ze stołu. - Odleciała. No to zdrowie! - wzniósł toast Mireczek.
Kiedy podjechaliśmy pod kościół, to już były tłumy. Całe stado gości. A było tak pięknie. Byliśmy przed czasem, ale w złym kościele. Wszyscy na nas patrzyli, z przerażeniem w oczach, jak na jakieś zjawy. Fakt. Prezentowaliśmy się pięknie. Sflaczali i na kacu. Postanowiliśmy się jednak nie zrażać i wyciągneliśmy Malika z tego cinquecento. Dokładnie z bagażnika, bo Miriam miał vana. W tym czasie podeszła do nas jego narzeczona. Przyznać trzeba... ładna. Choć też trochę stara, ale bardzo niezła i z kompletem zębów. Przedstawiliśmy się ładnie i ją wyściskaliśmy. A ta tylko spojrzała na Malika i się rozpłakała. To pewnie ze szczęścia. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że stał przed nią narzeczony, trochę pokiereszowany, z rozbitym łbem i w spalonym garniturze. W dodatku bez butów. Bałem się, żeby w ostatniej chwili się nie rozmyśliła, bo te wszystkie starania byłyby do dupy. Malik na jej widok bardzo się ożywił, choć ledwo stał na nogach.
W trakcie ślubu Malik zasnął. My z chłopakami również. Jego obudzili w trakcie, a nas pod sam koniec. Przespaliśmy to wszystko, przysięgę i ceregiele. No cholera. Szkoda. Miriam powiedział, że już tam kiedyś w życiu ślub jeden widział, Mireczek miał to w dupie a ja zapytam Isia. On jedyny godnie nas reprezentował. Po życzeniach wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy do restauracji.
Gdy goście weszli do środka, szczęśliwy małżonek chciał przenieść świeżo upieczoną żonę przez próg. I kiedy tak wziął Malik zamaszystym ruchem małżonkę swą na ręce, obrócił się i przekraczając próg, przypieprzył jej głową w futrynę. Na całe szczęście, na całe cholerne szczęście, panna młoda zemdlała tylko na chwilę. Bo kiedy wniósł ją taką, bezwładnie zwisającą mu na rękach, cała sala zamarła. I nikt nie śpiewał "sto lat". Jedynie Miriam nie stracił zimnej krwi i oblał ją zmrożonym szampanem, niszcząc jej tym przy okazji misternie ułożoną fryzurę. - Na szczęście mamy kapelusz - skwitowałem. - No. I ciemne okulary - dorzucił Mireczek. Co on z tymi okularami? Nieważne. Spadł mi poziom stresu i zrobiłem się głodny.
O dziwo, przy obiedzie nie stało się nic strasznego. Zresztą, gdyby nawet, to nie nasza brocha. My już swoje zrobiliśmy. Ożeniliśmy Malika i to było najważniejsze. Niech się martwi żona. Choć trzeba przyznać, że doprowadzenie go do ołtarza kosztowało nas tyle, że musieliśmy się upić. Z nerwów. Bo Malik to jak zawsze.
No i gdy tak po raz któryś wznoszono za nich toast i śpiewano "sto lat", Malik ucałował żonę tak namiętnie, że aż stracił głowę. Stracił także równowagę, gdy siadając, potknął się o krzesło i padł z nim na podłogę. Dokładnie to o jej krzesło, gdy właśnie miała na nim usiąść. Patrzyliśmy spokojnie, jak ta swieżo upieczona żona resztkami sił, rozpaczliwie machając w powietrzu rękami, próbuje złapać równowagę. W ostatniej chwili łapiąc się obrusu, upadła na dupę ze wszystkim ze stołu. - Odleciała. No to zdrowie! - wzniósł toast Mireczek.
sobota, 21 września 2013
o rżnięciu proboszcza
W parafii, w pipidówie, w której mieszkała moja babcia, rżnęli księdza proboszcza. Rżnęli go dwaj inni księża z sąsiedniej parafii, w sąsiedniej pipidówie. I wiedzieli o tym wszyscy. Żywot księdza był hulaszczy, a to kosztowało. Rozrywki finansowali mu wierni parafianie. Prawdziwi katolicy, lud głębokiej wiary. I nikomu to nie przeszkadzało. Do czasu.
O ekscesach księdza proboszcza zaczęło się jednak robić głośno. We wsi aż huczało. Szczególnie po tym, gdy ksiądz ogłosił zbiórkę. Na naprawę dachu. Ksiądz był rozrywkowy, a parafia biedna. Więc i zbiórka nie szła dobrze. Co niedzielę, ksiądz z ambony wzywał z imienia i nazwiska tych, którzy jeszcze nie wspomogli. Gdy już forsę zebrał, to wkrótce przewalił, bo żywot wiódł hulaszczy. I rżnęli go ci księża. W pokera. Na kasę.
O ekscesach księdza proboszcza zaczęło się jednak robić głośno. We wsi aż huczało. Szczególnie po tym, gdy ksiądz ogłosił zbiórkę. Na naprawę dachu. Ksiądz był rozrywkowy, a parafia biedna. Więc i zbiórka nie szła dobrze. Co niedzielę, ksiądz z ambony wzywał z imienia i nazwiska tych, którzy jeszcze nie wspomogli. Gdy już forsę zebrał, to wkrótce przewalił, bo żywot wiódł hulaszczy. I rżnęli go ci księża. W pokera. Na kasę.
piątek, 20 września 2013
zaświadczenie praktykującego katolika
Ja wiedziałem. Ja, do jasnej cholery, się tego spodziewałem. Po tylu latach niechodzenia do kościoła, wypadłem z obiegu. I kiedy miałem zostać ojcem chrzestnym mojej siostrzenicy, okazało się, że nie wystarczy pójść już tylko do spowiedzi. Potrzebne było zaświadczenie o praktykowaniu wiary. No to lipa. Zadzwoniłem do mamy. Ona zawsze tak się udzielała w tej swojej parafii i miała znajomości. Powiedziała, żebym się w łeb palnął, bo ona ona nie będzie o nic prosić i wstydu sobie robić przed księdzem proboszczem. No jasna cholera. Ile się przy tym nagadała. O jeden głupi świstek. Poradzę sobie sam.
Z okna mojej kuchni widać jakiś kościół. Kiedyś obok niego nawet przejeżdżałem. Poszedłem więc pełen wiary, że pójdzie mi gładko. Lecz się przeliczyłem. A wszystko przez tę wredną, co siedziała w kancelarii.
- Dzień dobry.
Cisza.
- Dzień dooobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony.
- Kto?
- Rafał XXXX. Ja chciałem…
- Kto pochwalony?
- Aaa. No Jezus Chrystus.
- Od początku proszę.
- Dzień dobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony…
- Kto?
- No Jezus Chrystus.
- Jeszcze raz.
- Dzień dobry. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków.
- Ja chciałem dostać zaświadczenie. Takie na chrzestnego. Podeszła do kartotek, do jednej szuflady. Jak ją otworzyła, to dyndały w niej dwie kartki. Mnie na nich nie było. Wredna je przejrzała i spytała, czy przyjmuję kolędę.
- No ja to nie bardzo, ale za to moja mama….
- A kto ma być chrzestnym? - i siadła do biurka.
- A może dałoby się tak ofiarę przekazać? Może jakąś większą..
Spojrzała na mnie tylko, znad tych okularów i zapytała:
- Czy pan urwał się z choinki?????
Z choinką akurat było tak. Grałem kiedyś w badmintona z synem koleżanki. Na ich działce pod miastem. Dałem smarkaczowi fory, więc się rozochocił i walił z całej siły. No i w końcu odbił tak, że lotka poleciała dość wysokim łukiem i spadła na czubek sosienki sąsiadów. A, że lotka była jedna, to po nią poszedłem. Normalnie bym to olał, ale smarkacz wygrywał, więc chciałem mu pokazać, że łatwo nie będzie. No i wszedłem na tę cholerną sosnę. Nie była w końcu wielka. Tylko bardzo wiotka, więc gdy byłem tuż przy czubku i już trzymałem lotkę, sosna się ugięła i runąłem na dół. Strasznie głupio to musiało wyglądać, kiedy tak wisiałem dwa metry nad ziemią, dzierżąc w łapie sosnę. O tym, że są to dwa metry przekonałem się później, oglądając zdjęcia. Bo myślałem, że jest wyżej. W chwili, gdy spadałem.
- Tak. – odpowiedziałem, no bo grzechem było skłamać – gdy syn mojej koleżanki odbił lotkę z badmintona tak, że spadła na czubek choinki sąsiadów. A że lotka była jedna…..
- Dość! – krzyknęła – Niech się pan wynosi.
- Ale ja naprawdę… Choć to dawno temu.
- Do diabła! Wynochaaaaa!!!!!
Z okna mojej kuchni widać jakiś kościół. Kiedyś obok niego nawet przejeżdżałem. Poszedłem więc pełen wiary, że pójdzie mi gładko. Lecz się przeliczyłem. A wszystko przez tę wredną, co siedziała w kancelarii.
- Dzień dobry.
Cisza.
- Dzień dooobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony.
- Kto?
- Rafał XXXX. Ja chciałem…
- Kto pochwalony?
- Aaa. No Jezus Chrystus.
- Od początku proszę.
- Dzień dobry.
Znowu cisza.
- Niech będzie pochwalony…
- Kto?
- No Jezus Chrystus.
- Jeszcze raz.
- Dzień dobry. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków.
- Ja chciałem dostać zaświadczenie. Takie na chrzestnego. Podeszła do kartotek, do jednej szuflady. Jak ją otworzyła, to dyndały w niej dwie kartki. Mnie na nich nie było. Wredna je przejrzała i spytała, czy przyjmuję kolędę.
- No ja to nie bardzo, ale za to moja mama….
- A kto ma być chrzestnym? - i siadła do biurka.
- A może dałoby się tak ofiarę przekazać? Może jakąś większą..
Spojrzała na mnie tylko, znad tych okularów i zapytała:
- Czy pan urwał się z choinki?????
Z choinką akurat było tak. Grałem kiedyś w badmintona z synem koleżanki. Na ich działce pod miastem. Dałem smarkaczowi fory, więc się rozochocił i walił z całej siły. No i w końcu odbił tak, że lotka poleciała dość wysokim łukiem i spadła na czubek sosienki sąsiadów. A, że lotka była jedna, to po nią poszedłem. Normalnie bym to olał, ale smarkacz wygrywał, więc chciałem mu pokazać, że łatwo nie będzie. No i wszedłem na tę cholerną sosnę. Nie była w końcu wielka. Tylko bardzo wiotka, więc gdy byłem tuż przy czubku i już trzymałem lotkę, sosna się ugięła i runąłem na dół. Strasznie głupio to musiało wyglądać, kiedy tak wisiałem dwa metry nad ziemią, dzierżąc w łapie sosnę. O tym, że są to dwa metry przekonałem się później, oglądając zdjęcia. Bo myślałem, że jest wyżej. W chwili, gdy spadałem.
- Tak. – odpowiedziałem, no bo grzechem było skłamać – gdy syn mojej koleżanki odbił lotkę z badmintona tak, że spadła na czubek choinki sąsiadów. A że lotka była jedna…..
- Dość! – krzyknęła – Niech się pan wynosi.
- Ale ja naprawdę… Choć to dawno temu.
- Do diabła! Wynochaaaaa!!!!!
czwartek, 19 września 2013
panna młoda, kolo i awantura
No co za k.... kretyn. Ręce mi opadły, kiedy wysiedliśmy z Isiem i Mireczkiem pod kościołem. To, że ja zapomniałem założyć Malikowi buty, to jedno. To, że Mireczek zapomniał, to drugie. Ale to, że ten ku*wa kretyn nic nam nie powiedział, jak biegliśmy przez piaskownicę w stronę samochodu Isia to kuriozum jakieś. Po drodze kupiliśmy mu całkiem zgrabny kapelusik i ciemne okulary. Tak na wszelki wypadek. A teraz dodatkowo okazało się, że nie ma butów. No ręce mi opadły. Mireczek powiedział, że ma wszystko w dupie i poszedł na fajkę. Ja byłem świadkiem, więc nie mogłem, choć też miałem ochotę.
Mimo, że z Mireczkiem nigdy łatwo się nie poddawaliśmy, to tym razem nie mieliśmy już pomysłu ani czasu na szukanie butów. My nosiliśmy 44 a Malik dwa rozmiary większe. Pościągaliśmy durniowi plastry oraz bandaż z głowy. Zaprowadziliśmy go do kościoła, posadziliśmy przed ołtarzem i obstawiliśmy kwiatami. Wymyśliliśmy, że ślub będzie trwał, a my w jego trakcie podrzucimy mu te buty. Pojechał po nie Isiu. Zyskaliśmy tym sposobem jakąś godzinę. Pozostało jeszcze tylko uzgodnić wszystko z panną młodą. A tej ciągle nie znaliśmy.
Pewnie nikt się nie spodziewał, że przyjdziemy pierwsi. A tu taka niespodzianka. Wyszliśmy z Mireczkiem z kościoła, by przechwycić narzeczoną. Staliśmy za rogiem, paliliśmy fajki i trzęśliśmy się z nerwów. Zupełnie, jakby to któryś z nas miał za chwilkę się ożenić. Trzeba przyznać, że trochę nas to nerwów kosztowało. Może trzeba było lepiej tego Malika kopami w drzwi nie budzić? Zawsze uważałem, że byliśmy dla niego za dobrzy. Ale przynajmniej wszystko było już na dobrej drodze. Pozostało jedynie wyjaśnić, co i jak z butami.
W końcu podjechała panna młoda. Schowaliśmy się za rogiem. Jakoś odruchowo. Przecież nic nie przeskrobaliśmy, a chowaliśmy się, jak dzieci. Postanowiłem wziąć byka za rogi i poszedłem z nią pogadać. Z daleka widziałem, że piękna nie była, ale co się w sumie dziwić? Która normalna laska zdecydowałaby się na ślub z nim i to po tak krótkim czasie? Panna była nieco stara, bardzo brzydka i nie miała zęba. No tego akurat się nie spodziewałem. Sam już nie wiedziałem, kto większą desperacją się wykazał. Czy ona, czy Malik? Przedstawiłem się brzyduli oraz pozostałym i wziąłem ją na boczek. Kolo, który stał tuż obok, dziwnie na nas patrzył. Kiedy laska zaryczała: Cooooooo?? poczułem się nieswojo. W życiu każdej panny młodej, nawet takiej brzydkiej, ten dzień jest najpiękniejszym i ma być idealny. Próbowałem ją uciszyć. Ale nie pomogło. Laska wściekła się okrutnie i wbiegła do środka. Zaraz za nią kolo. No i zaczęła się awantura. O Malika. Gdy wtrącił się kolo. Czyli narzeczony.
I wtedy się okazało, że wprawdzie byliśmy przed czasem, to w niewłaściwym kościele.
Mimo, że z Mireczkiem nigdy łatwo się nie poddawaliśmy, to tym razem nie mieliśmy już pomysłu ani czasu na szukanie butów. My nosiliśmy 44 a Malik dwa rozmiary większe. Pościągaliśmy durniowi plastry oraz bandaż z głowy. Zaprowadziliśmy go do kościoła, posadziliśmy przed ołtarzem i obstawiliśmy kwiatami. Wymyśliliśmy, że ślub będzie trwał, a my w jego trakcie podrzucimy mu te buty. Pojechał po nie Isiu. Zyskaliśmy tym sposobem jakąś godzinę. Pozostało jeszcze tylko uzgodnić wszystko z panną młodą. A tej ciągle nie znaliśmy.
Pewnie nikt się nie spodziewał, że przyjdziemy pierwsi. A tu taka niespodzianka. Wyszliśmy z Mireczkiem z kościoła, by przechwycić narzeczoną. Staliśmy za rogiem, paliliśmy fajki i trzęśliśmy się z nerwów. Zupełnie, jakby to któryś z nas miał za chwilkę się ożenić. Trzeba przyznać, że trochę nas to nerwów kosztowało. Może trzeba było lepiej tego Malika kopami w drzwi nie budzić? Zawsze uważałem, że byliśmy dla niego za dobrzy. Ale przynajmniej wszystko było już na dobrej drodze. Pozostało jedynie wyjaśnić, co i jak z butami.
W końcu podjechała panna młoda. Schowaliśmy się za rogiem. Jakoś odruchowo. Przecież nic nie przeskrobaliśmy, a chowaliśmy się, jak dzieci. Postanowiłem wziąć byka za rogi i poszedłem z nią pogadać. Z daleka widziałem, że piękna nie była, ale co się w sumie dziwić? Która normalna laska zdecydowałaby się na ślub z nim i to po tak krótkim czasie? Panna była nieco stara, bardzo brzydka i nie miała zęba. No tego akurat się nie spodziewałem. Sam już nie wiedziałem, kto większą desperacją się wykazał. Czy ona, czy Malik? Przedstawiłem się brzyduli oraz pozostałym i wziąłem ją na boczek. Kolo, który stał tuż obok, dziwnie na nas patrzył. Kiedy laska zaryczała: Cooooooo?? poczułem się nieswojo. W życiu każdej panny młodej, nawet takiej brzydkiej, ten dzień jest najpiękniejszym i ma być idealny. Próbowałem ją uciszyć. Ale nie pomogło. Laska wściekła się okrutnie i wbiegła do środka. Zaraz za nią kolo. No i zaczęła się awantura. O Malika. Gdy wtrącił się kolo. Czyli narzeczony.
I wtedy się okazało, że wprawdzie byliśmy przed czasem, to w niewłaściwym kościele.
środa, 18 września 2013
jak zrobiłem loda
Zrobiłem dzisiaj lodaaaaa. Bo od dawna chciałem. Yhmmm.
Wziąłem pół litra mleka i do tego jajka. Ćwierć litra śmietanki i ćwierć kilo cukru. Wykonanie? Bardzo proste. Wrzucić żółtka, wsypać cukier, a później ucierać. Mleko zagotować i stopniowo wlewać. Do garnuszka. Później dodać żółtka. Mieszać, mieszać, mieszać i tak, aż zgęstnieje. Ściągnąć z ognia, mieszać dalej i tak aż ostygnie.
Zmiksowałem figi, ubiłem śmietankę. Dodałem do żółtek. Przelałem, zamroziłem a po sześciu godzinach... wyrzuciłem go do śmieci, bo coś pomyliłem i był bardzo słony.
Wziąłem pół litra mleka i do tego jajka. Ćwierć litra śmietanki i ćwierć kilo cukru. Wykonanie? Bardzo proste. Wrzucić żółtka, wsypać cukier, a później ucierać. Mleko zagotować i stopniowo wlewać. Do garnuszka. Później dodać żółtka. Mieszać, mieszać, mieszać i tak, aż zgęstnieje. Ściągnąć z ognia, mieszać dalej i tak aż ostygnie.
Zmiksowałem figi, ubiłem śmietankę. Dodałem do żółtek. Przelałem, zamroziłem a po sześciu godzinach... wyrzuciłem go do śmieci, bo coś pomyliłem i był bardzo słony.
poniedziałek, 16 września 2013
spier*alaj
Zawsze dobrze pracowało mi się w małych firmach. Jak w tej, przed 15 laty. Z Ulką, Tomkiem, głupim Rakiem i p. Krystyną. Mieliśmy małe, eleganckie biuro, na ostatnim piętrze starego biurowca, w zielonej części miasta. Urządzone ze smakiem, nowocześnie, z efektownymi, szklanymi ściankami. Jak w akwarium. Jedno z nich zajmowała Krista.
Krystyna to nasza księgowa, główna, starsza od nas wszystkich średnio o dwadzieścia pięć lat. Ale babka z niej była fajna. Trochę nas wszystkich musztrowała, więc dostała ksywę Frau Krista. Współpraca jednak układała nam się dobrze. Bo musiała. Czasem chodziliśmy do niej pod koniec miesiąca na żebry, czyli po zaliczkę. Krista zawsze wywracała oczami, robiła groźną minę, a na koniec wykład o umiejętnym gospodarowaniu finansami. Na koniec sięgała do kasetki i dawała nam kasę.
W zasadzie wszyscy bardzo się lubiliśmy. Często przynosiliśmy do pracy ciacha z ulubionej cukierni Kristy. Czasem jako przekupstwo, a często tak z sympatii. Utuczyliśmy ją w sumie o piętnaście kilo.
Z Kristy robiłem sobie czasem jaja. Jak wtedy, gdy wcinała kanapkę na sucho, w tym swoim akwarium. Stałem akurat koło biurka Ulki i wzięło mnie na żarty. Wykręciłem wewnętrzny 203 i obserwowałem ją przez szyby. Krista z pełnymi ustami odebrała:
- halo?
- dzień dobry, Broniewski. Z główną księgową proszę.
- przy telefonie.
- dzwonię z Izby Skarbowej. Jest Pani podejrzana o nadużycia..
W tym momencie Krista wypluła nieprzemielone śniadanie do kosza na śmieci.
- jakie nadużycia??? - zapytała wystraszona.
- to ja tu zadaję pytania. Potrzebuję informacji za ostatni kwartał...
- chwileczkę, bardzo proszę poczekać, wezmę segregator.
I kiedy tak Krista biegała między regałem a szafą, zauważyła przez te szyby mnie i Ulkę, płaczących i składających się ze śmiechu. Ubaw mieliśmy po pachy. Ulka stała zgięta w pół, jedną ręką podpierała się o biurko a drugą trzymała się za brzuch. Ja klęczałem przy niej. Dawno się tak nie uśmiałem. Co innego Krista. Zawsze harda trzęsła się jak galareta. Teraz chyba już ze złości, której dała upust, rzucając w nas segregatorem i tłukąc dwie szyby.
Dzień później, kiedy Kriście na biurku zadzwonił telefon, rzekomo znów z urzędu skarbowego, rzuciła do słuchawki krótkie "spierdalaj" i triumfalnie spojrzała w stronę biurka Ulki, a potem mojego. Akurat do niego podchodziłem, wycierając jeszcze ręce papierowym ręcznikiem, prosto po wyjściu z kibla...
część druga jest tu [click]
Krystyna to nasza księgowa, główna, starsza od nas wszystkich średnio o dwadzieścia pięć lat. Ale babka z niej była fajna. Trochę nas wszystkich musztrowała, więc dostała ksywę Frau Krista. Współpraca jednak układała nam się dobrze. Bo musiała. Czasem chodziliśmy do niej pod koniec miesiąca na żebry, czyli po zaliczkę. Krista zawsze wywracała oczami, robiła groźną minę, a na koniec wykład o umiejętnym gospodarowaniu finansami. Na koniec sięgała do kasetki i dawała nam kasę.
W zasadzie wszyscy bardzo się lubiliśmy. Często przynosiliśmy do pracy ciacha z ulubionej cukierni Kristy. Czasem jako przekupstwo, a często tak z sympatii. Utuczyliśmy ją w sumie o piętnaście kilo.
Z Kristy robiłem sobie czasem jaja. Jak wtedy, gdy wcinała kanapkę na sucho, w tym swoim akwarium. Stałem akurat koło biurka Ulki i wzięło mnie na żarty. Wykręciłem wewnętrzny 203 i obserwowałem ją przez szyby. Krista z pełnymi ustami odebrała:
- halo?
- dzień dobry, Broniewski. Z główną księgową proszę.
- przy telefonie.
- dzwonię z Izby Skarbowej. Jest Pani podejrzana o nadużycia..
W tym momencie Krista wypluła nieprzemielone śniadanie do kosza na śmieci.
- jakie nadużycia??? - zapytała wystraszona.
- to ja tu zadaję pytania. Potrzebuję informacji za ostatni kwartał...
- chwileczkę, bardzo proszę poczekać, wezmę segregator.
I kiedy tak Krista biegała między regałem a szafą, zauważyła przez te szyby mnie i Ulkę, płaczących i składających się ze śmiechu. Ubaw mieliśmy po pachy. Ulka stała zgięta w pół, jedną ręką podpierała się o biurko a drugą trzymała się za brzuch. Ja klęczałem przy niej. Dawno się tak nie uśmiałem. Co innego Krista. Zawsze harda trzęsła się jak galareta. Teraz chyba już ze złości, której dała upust, rzucając w nas segregatorem i tłukąc dwie szyby.
Dzień później, kiedy Kriście na biurku zadzwonił telefon, rzekomo znów z urzędu skarbowego, rzuciła do słuchawki krótkie "spierdalaj" i triumfalnie spojrzała w stronę biurka Ulki, a potem mojego. Akurat do niego podchodziłem, wycierając jeszcze ręce papierowym ręcznikiem, prosto po wyjściu z kibla...
część druga jest tu [click]
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)